Chłopaki nie płaczą

  Każdy z nas ma jakiegoś trupa w szafie, a pod fasadą idealnego życia często kryje się ludzki dramat. Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć historię rodziny tylko z pozoru doskonałej, a tak naprawdę przez lata przeżywającej piekło na ziemi. Poznajcie historię rodziny R.

  Państwo R. mieli wszystko- pieniądze, pozycję społeczną, duży dom z ogrodem i trójkę ślicznych dzieciaków- dwóch chłopców i dziewczynkę. Pan R. był cenionym chirurgiem, jego piękna żona zajmowała się dziećmi i chyba nie było nikogo, kto by im nie zazdrościł. Do przystojnego pana doktora wzdychały kobiety, atrakcyjna doktorowa była ozdobą przyjęć, a ich grzeczne potomstwo stawiano za wzór. Jedynie garstkę osób dziwiło to, że pani R. rzadko się uśmiechała, ale mało kto się tym przejmował. Przyczynę jej zatroskanej twarzy tłumaczono pracoholizmem męża i nikt nie przypuszczał, że pani R. może mieć problemy. Tymczasem od wielu lat doktorowa zakładała na twarz maskę, ponieważ nie chciała, aby świat zobaczył jej łzy i dowiedział się, że coś jest nie tak. Paniczny strach nie pozwalał jej przyznać się do tego, że dzieli życie z tyranem, który bije ją regularnie, a dzieci tresuje niczym cyrkowe zwierzęta. Nikomu do głowy nie przyszło, że wspaniały i szarmancki doktor to prawdziwy despota, a jego ulubioną zabawą jest dręczenie swych maluchów i okładanie żony z chirurgiczną (a jakże) precyzją.

  Doktor R. bijąc dzieci nie używał rąk. Wolał pasek, chociaż jeszcze bardziej odpowiadała mu szpicruta, odziedziczona po dziadku. Pan R. nie znosił łez- grzmocąc synów powtarzał im do znudzenia, że "chłopaki nie płaczą". Doktor był przekonany, że w ten sposób nauczy ich męskości i nie wyrosną z nich, jak to określał, płaczliwe baby. Wyrzuty sumienia u niego nie występowały i nie wzruszał się nawet wtedy, gdy jego siedmioletnia córeczka krzyczała: "przestań tatusiu", widząc zakrwawionych braci. Doktor córkę bił mniej niż chłopców, za to szkolił ją niemal wojskowo, kazał jej kucać godzinami w kącie i nie pozwalał na żadne zabawy. Kiedyś przy obiedzie, gdy nie chciała dokończyć obiadu, zmusił ją do tego, żeby zjadła to, co zostało na talerzu. Córka wykonała rozkaz, jednak po chwili zwymiotowała wszystko na podłogę, a ojciec nie znoszącym sprzeciwu głosem polecił zjeść małej z ziemi jej własne wymioty. Dziewczynka połykała je wymieszane ze łzami, nie ośmielając się sprzeciwić ojcu psychopacie. Później doktor beztrosko tłumaczył kolegom z pracy, że jego najdroższa córeczka miała niestrawność żołądkową i z tego powodu niedawno nie chodziła do szkoły.

  Mijały lata, a koszmar rodziny trwał. Piękna pani doktorowa zamieniła się w strzęp człowieka i zakończyła swe udręki, połykając opakowanie środków nasennych, które ukradła z kliniki męża. Pani R. uodporniła się na fizyczny ból, ale nie mogła poradzić sobie z tym, że zawaliła jako matka i nie potrafiła uchronić dzieci przed ich ojcem katem. Po tej tragedii doktor stał się całkowicie nieobliczalny, lecz nie przewidział jednego- jego własna broń obróciła się przeciw niemu. Synowie nie byli już niewinnymi chłopcami, tylko dwudziestoletnimi siłaczami, a pragnienie zemsty potęgowało się w nich z każdym dniem coraz mocniej. Do tej pory powstrzymywali się przed użyciem siły wyłącznie dlatego, że prosiła o to ich matka, ale gdy jej zabrakło, załatwili sprawę po męsku. Poszli do gabinetu ojca, wzięli jego ukochaną szpicrutę i zapłacili mu z nawiązką za życie pełne upokorzeń. "Obyś zdechnął jak najszybciej"- to były ostatnie słowa, jakie pan R. usłyszał od swoich dzieci.

   Dziś doktor R. jest jowialnym staruszkiem, poruszającym się z trudnością na wózku inwalidzkim. Mieszka w swej ogromnej posiadłości razem z opiekunką, która jest jedyną towarzyszką jego gorzkiej starości. Synów nie widział od kilkunastu lat, zaś o córce wie tyle, że jest mamą trójki chłopców i przebywa na antypodach. Codziennie myśli o żonie i o dzieciach, tęsknota zżera go bardziej niż choroba, a zwiędłe policzki doktora ciągle są mokre od łez...

Obsługiwane przez usługę Blogger.