Majtkowa afera, koncepcja od zera

  Wypadki chodzą po ludziach, szczególnie mnie kochają miłością wyjątkową, lecz oczywiście nieodwzajemnioną. Zawsze to mi się coś przytrafia (jakby nie mogło mężowi) i do tej pory rumienię się ze wstydu na samo wspomnienie ostatniej wpadki. A wszystkiemu winien jest przeklęty wiatr, który od początku tygodnia wieje z całej siły i przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Takie są uroki życia nad morzem i trzeba się po prostu z nimi oswoić, bo nie ma się innego wyjścia. Jednak wtorkowy wyczyn spowodował, że miałam ochotę zebrać manatki, wynieść się stąd najdalej, jak się da i już nigdy więcej nie wrócić.

  Jedynym plusem silnie dmącego wiatru jest ten, że pranie bardzo szybko się suszy, więc pralka chodzi w domu na okrągło, a sama latam na balkon jak durna. Parę dni temu zdejmowałam nasze szmatki, ale zrobiłam to niestety tak nieopatrznie, że parę moich majtek zdmuchnął zdradziecki wiatr. Zamiast w koszyku, wylądowały na głowie najbardziej obleśnego z sąsiadów, a ściślej mówiąc na jego postępującej łysinie. Typek wychodził z klatki schodowej i trafił go cios w postaci mojej bielizny, a ja, zawstydzona niczym panienka szybko uciekłam do domu. Przekonałam męża (choć nie było to łatwe), aby udał się po zgubę, ponieważ za żadne skarby świata bym po nią nie poszła. Pan P. wrócił wielce rozbawiony i streścił mi rozmowę z pechowym sąsiadem, który podobno wcale się nie rozgniewał z powodu zaistniałej sytuacji. Unikam teraz gościa, jak mogę, mimo to wiecznie się na niego natykam, zaś mąż, jak to on, wciąż ze mnie drwi (to się nazywa podpora małżeńska). Przestałam ściągać pranie, przynajmniej do czasu, gdy ktoś wyłączy wiatr, tymczasem zupełnie się na to nie zanosi. Północne Włochy opanowała jesień i prognozy grzmią wszem i wobec, że mamy się jeszcze nie nastawiać na ciepło. Naprawdę fajowo jest mieszkać w słonecznej Italii, która pozostała słoneczna wyłącznie z nazwy.

  Rozważamy opcję przeprowadzki do Polski lub gdziekolwiek indziej. Doszliśmy do wniosku, że tutaj nie dorobimy się niczego (chyba że żylaków), wobec tego koniecznie musimy coś zmienić. Chcemy dać Gai niezapomniane dzieciństwo i pragniemy stworzyć dla niej ostoję w postaci domu, lecz we Włoszech jest to niemożliwe. Stopa życia jest wysoka, natomiast zarobki są takie sobie i nie pozwalają na zrealizowanie naszych marzeń. Nie twierdzę, że mąż powinien zarabiać krocie, bo jest nie wiadomo kim, ale nie po to studiował prawie 10 lat, by teraz nie dostać nawet umowy na stałe. Jego studia doktoranckie były ciężkie, ponieważ dały mu lekcję wytrwałości i próby charakteru, której ja na pewno nie przetrwałabym. W trakcie doktoratu firma sponsorująca męża wycofała stypendium (przez kryzys) i bez skrupułów zostawiła go na lodzie. Ponad rok L. musiał żyć praktycznie o chlebie i wodzie, aby tylko dokończyć studia, co udało mu się dzięki pomocy rodziny. Obronił doktorat mimo przeciwieństw losu, naiwnie sądząc, że przeszkody na krętej drodze jego kariery zaprocentują w przyszłości. Tak się jednak nie stało, dlatego nieśmiało myślimy o radykalnej zmianie. Gdyby tak rzucić wszystko w cholerę i zacząć od początku? Czy jesteśmy na tyle przebojowi, żeby zdecydować się na tak drastyczny krok? Do odważnych świat należy, zatem...
Obsługiwane przez usługę Blogger.