Morze psot i krwawa miazga

  Dni mijają, są do siebie bliźniaczo podobne i niczym nie zaskakują. Od miesięcy robię to samo i trochę się irytuję, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, kto odpowiada za ten stan rzeczy. Oczywiście ja, bowiem nie potrafię cieszyć się drobiastkami i nie doceniam tego, co mam. A mam naprawdę dużo, ponieważ miłość i szczęście to bezcenne uczucia, których nie można kupić za żadne pieniądze. Najwidoczniej proza życia przyćmiła mi umysł i dlatego ciągle narzekam. Czas wreszcie wziąć się w garść, ruszyć dupskiem i wykorzystać na maksa miejsce mojego zamieszkania. Będzie zresztą ku temu okazja, gdyż od poniedziałku mąż ma wolne, więc mam nadzieję pozwiedzać dalsze zakątki Ligurii. Na razie obserwuję wzmożony ruch na klatce schodowej, bo znowu mamy nowych sąsiadów. Jedni odchodzą, inni przychodzą, a zostają tylko desperaci, czyli właśnie my, jak to żartobliwie określam.

  Gaja nadaje jak katarynka. Rozumie oba języki, powtarza słówka, lecz szybciej przyswaja język ojczysty tatusia. Ostatnio zaś, oglądając Peppę, wymówiła za nią "dzień dobry" po francusku (bonjour), czym byliśmy naturalnie zachwyceni. Pan P. od razu stwierdził, że z małej wyrośnie poliglotka, ale mnie zadowoli wtedy, jeśli nauczy się poprawnie polskiego. Im więcej języków pozna, tym lepiej, wszelako teraz priorytety mamy dwa i bynajmniej nie jest to francuski. W ustach Gai "bonjour" zabrzmiało jak "o-żur", który chętnie bym zjadła, bo uwielbiam żurek śląski. Od jakiegoś czasu usiłuję wytłumaczyć mężowi, co to jest za zupa, jednak nie udaje mi się ta sztuka. Nie ma wyrazu "żur" w języku włoskim i nikt tu nie słyszał o takiej potrawie. Biedni Włosi, nie wiedzą ile tracą.

  Kluseczka to mała buntowniczka. Nie chce siedzieć w wózku, być prowadzona za rączkę też sobie nie życzy i wyrywa mi się z całej siły. Jest niezależna i próbuje wszystko robić sama, a gdy mówię jej, żeby dała mi rękę, ucieka i nie ma zamiaru mnie słuchać. Krzyczy "no" i drepcze dzielnie obok, a ja wzruszam się patrząc na idącą radośnie Gaję. Dopiero niedawno przynieśliśmy ją ze szpitala do domu, a dzisiaj biega już jak szalona. Jej sandałki stoją dumnie koło naszych butów, a mieszkanie roi się od zabawek i gadżetów dla dzieci. Dzięki pojawieniu się małej wszystko nabrało rumieńców, dziwne jest więc to, że wiecznie psioczę na monotonię. Z córeczką nuda jest wykluczona i codziennie zaskakuje nowymi pomysłami, a te nierzadko przyprawiają mnie o porządny stres oraz ból głowy.

  Od niedawna Gaja zaczęła wreszcie korzystać z nocnika, aczkolwiek nie tak, jakby sobie tego życzyła jej mamusia. Do tej pory trzymała w nim grzebyki, a wczoraj posłużył jej jako garnek. Udało jej się zwinąć z koszyka na warzywa pomidory, które wrzuciła właśnie do nocnika i beztrosko je rozpłaszczyła. Kiedy zobaczyłam, że ma czerwone palce i patrzy na nie z obrzydzeniem, przeraziłam się. Sądziłam, że to krew, lecz gdy zajrzałam w głąb nocnika, wszystko stało się jasne. Planowałam zrobić sałatkę z pomidorów na kolację, ale została z nich krwawa miazga, toteż mąż musiał zadowolić się tylko ziemniakami i mięsem. Historia z tomatami bardzo mu się spodobała, choć następny figiel Gai już tak śmieszny nie był. Otworzyła krem do opalania i zwyczajnie go opróżniła, zapewniając mi kupę roboty. Włożyłam ją do kojca, żeby posprzątać w spokoju pomidorowo-kremowe pobojowisko, a córeczka i tam zdążyła nabroić. Pomalowała nóżki czarnym długopiem, zniszczyła jedną z książeczek i zasnęła, bo widocznie zmęczyła ją ta ilość psot. Jakby nie patrzeć, znalazłam lekarstwo na chwilowy marazm, zatem psoć mała, psoć!
Obsługiwane przez usługę Blogger.