Naleśnikowy klops, zakupowy asekurant

  Ponury mam dzisiaj nastrój, chociaż pogoda wreszcie wyszła na prostą, a promienie słoneczne wpadające do mieszkania odrobinę poprawiły mi humor. Lato w tym roku obfituje w nadmiar niskich temperatur, więc wakacje są takie sobie. Zdążyłam już wielokrotnie żałować naszej decyzji o nie popłynięciu promem na Sardynię, ponieważ bez urlopu człowiek czuje się zdołowany. Tak, wiem, jestem kurą domową, jednakże bezrobotnej osobie też należy się psychiczny odpoczynek od codziennej rutyny. Dwa tygodnie bez stania przy garach i sprzątania niewątpliwie wyszłoby mi na dobre. Nie wkładam serca w to, co robię i przydarzają mi się ostatnio same kulinarne wpadki oraz kuchenne katastrofy, które nie wiedzieć czemu, powodują uśmiech na twarzy mojego męża, jakby się było z czego śmiać.

  Z powodu chaosu i ogólnego rozstrojenia stałam się nieuważna i najprostsza potrawa, jaką są krokiety, okazała się dla mnie prawie nie do przeskoczenia. Naleśniki wyszły mi grube jak denka od słoików, mimo że przeważnie robię je z zamkniętymi oczami, a o farszu do nich wolę nie wspominać, gdyż chyba dodałam do nich cyjanek. Na szczęście Pan P. nigdy nie kaprysi i zje wszystko, co ugotuję, nawet jeśli nie jest to arcydzieło gastronomiczne. Poza tym przyjęliśmy filozofię (o ile tak można rzec), że w naszym domu jedzenia się nie wyrzuca, zatem siłą rzeczy konsumujemy większość zapasów. Zasada ta dotyczy tylko mnie i męża, bowiem Gaja jest za mała i naturalnie zdarza jej się coś wypluć czy upuścić, z czego chętnie korzysta, ku rozpaczy mamusi. Karmienie małej jest dosyć trudne i bardzo bym chciała, żeby zaczęła normalnie jeść, lecz najwidoczniej nie przyszedł na to jeszcze czas.

  Wczoraj byliśmy na pierwszych jesiennych zakupach. Nowe kolekcje kuszą do wydawania pieniędzy, jednak niektóre ceny po prostu zwalają z nóg. Przechodząc obok markowych butików, zobaczyłam na jednej z wystaw przepiękną sukienkę, ale jej koszt już tak piękny nie był. 1800 euro- mogę zapomnieć o kiecce, bo z pensji męża raczej nie uda mi się jej kupić. Zresztą według Pana P. w każdym ubraniu wyglądam jak milion dolarów (zwariował na stare lata) i nie potrzebuję drogich ciuchów, żeby dostojnie się prezentować. Tymczasem zdarza mi się marzyć o wypchanym koncie i maratonach sklepowych od zmierzchu do świtu, aczkolwiek tylko czasami. Zazwyczaj nie zawracam sobie głowy takimi drobiazgami, wszelako jestem kobietą i miewam gorsze chwile. Z mężem zaś nie znoszę robić zakupów, ponieważ zwyczajnie mnie denerwuje i wyprowadza z równowagi.

  Jak to jest, że na pytanie kobiety, w czym jej najlepiej, mężczyzna zawsze odpowiada: "we wszystkim"? Bo tak najbezpieczniej. Pan P. nie jest wyjątkiem i obrał podobną strategię. Twierdzi, że podobam mu się w czymkolwiek i nie może mi doradzić, kiedy mam dylemat, w co się ubrać lub jaki ciuch kupić. Nienawidzę tej postawy! Asekurant z niego i tyle. On sam w kwestii ubioru nikogo nie słucha i gdyby czasem nie mój zdecydowany sprzeciw, wyglądałby jak pajac. Dla niego odzież musi być przede wszystkim praktyczna i użyteczna, a reszta nie ma znaczenia. Uważa również, że będzie nosił ubrania do całkowitego zużycia, albowiem są ważniejsze sprawy niż zakupy i przejmowanie się modą. Niby tak, lecz w dzisiejszych czasach wygląd ma znaczenie fundamentalne i trzeba mieć parę bluzek na zmianę. Udaje mi się raz na ruski rok namówić mojego krąbrnego męża na shopping i mam wielką uciechę, gdy wybieram rzeczy dla naszej trójki. Mąż co prawda czasem kręci nosem na mój wybór, ale przeważnie zgadza się potulnie na wszystko i grzecznie płaci. Dobrze wie, że z żoną na zakupach lepiej nie zadzierać!



Obsługiwane przez usługę Blogger.