Niczego nie żałuję

by 25 września
  W życiu potrzebne są radykalne zmiany. Trzy lata temu, gdy wprawiłam wszystkich w zdumienie oznajmiając, że rzucam pracę i wyjeżdżam, nie przypuszczałam jeszcze, iż będzie to najmądrzejsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam. Bo mimo że opuszczałam kraj dla miłości, miałam swoje obawy. Jako osoba, która całe dni spędzała w pracy, nie wyobrażałam sobie siedzieć w domu, nic nie robić, tylko zbijać przysłowowie bąki i gapić się bezmyślnie w ekran telewizora.

  I rzeczywiście, na początku było mi dosyć ciężko. Z dala od rodziny, z którą rzadko się rozstawałam, pomimo opieki narzeczonego, czasami czułam się samotna. Nie potrafiłam się przyzwyczaić do nowego porządku dnia, a godziny spędzone w domu niemiłosiernie mi się dłużyły. Z tego powodu w pierwszych tygodniach pobytu tutaj wyrzucałam sobie, że chyba za szybko zdecydowałam się na przeprowadzkę. Do głowy przychodziły mi różne pomysły, że mogliśmy to jakoś inaczej urządzić, zamieszkać w Polsce etc. Trochę potrwało, zanim nareszcie zaczęłam dostrzegać uroki przebywania na włoskiej ziemi. Już nie musiałam wstawać przed szóstą, mogłam wysypiać się do woli, czy delektować się smakiem porannej kawy. A kiedy na początku 2012 roku zaszłam w upragnioną ciążę, moje szczęście sięgnęło zenitu. Dotknął mnie cud macierzyństwa i chłonę go jak gąbka, a przebywanie z Gają daje mi niewyczerpane pokłady radości. I wszystko byłoby idealne, gdyby nie to, że wpadłam w sidła nostalgii, a pogłębiający się kryzys skutecznie zaburzył mój spokojny byt.

  Ostatnie miesiące były bardzo trudne. Ogarnął mnie posępny nastrój i tym samym zgubiłam gdzieś cel, do którego tak mozolnie dążyłam. Poczułam się tu jak w klatce, a brak znajomych dodatkowo spotęgował narastającą frustrację. Obwiniałam męża o to, że jesteśmy odludkami i zapomniałam, jak wiele uczynił dla naszego dobra. Piętno kury domowej również mocno się na mnie odcisnęło i często przeklinałam tę jałową niczym pustynia egzystencję. Przestało mnie cieszyć blogowanie, chociaż przeważnie dzięki pisaniu się relaksowałam, a nawet w pewien sposób spełniałam. Tymczasem odkąd przekonałam się, że w świecie internetu też dzieli się ludzi na lepszych oraz gorszych, odechciało mi się blogowania i nosiłam się z zamiarem zamknięcia strony. Nie zrobiłam tego, ponieważ mąż przekonał mnie do pielęgnowania pasji, ale radość z tworzenia i tak się ulotniła. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że przelewanie myśli na ten wirtualny papier ma dla mnie niebagatelne znaczenie, więc wróciłam do pisania ze zdwojoną energią. Ponadto widzę wreszcie światełko w tunelu i jestem pewna, że największy kryzys został zażegnany. Zdaję sobie sprawę ze tego, że powróci w najmniej oczekiwanym momencie, lecz znowu postaram się go ujarzmić. W końcu znamy się jak łyse konie.

  Co roku w rocznicę przyjazdu dostaję od męża symboliczną różę. Miałam zamiar dać mu do zrozumienia, że mógł się bardziej wysilić, bo mierzi mnie już ten kwiat, ale spojrzałam na różę i zwyczajnie się wzruszyłam. Warto było rzucić się na głęboką wodę, mimo ciągłych przeciwieństw losu i dobijającej tęsknoty. Opuściłam rodzinę, kraj i przyjaciół, jednak dostałam więcej niż mogłam sobie wymarzyć- ukochaną córeczkę, słońce mojego życia. Dlatego właśnie z pełną świadomością mogę powiedzieć, że niczego nie żałuję!
 


A gdyby tak

by 23 września
  Z tematem, który poruszę w dzisiejszym poście, noszę się już od dawna, a właściwie to od bardzo dawna. Kiedy jeszcze nie miałam Gai, ani nie myślałam o założeniu rodziny, zakiełkowała we mnie nieśmiała idea i z biegiem czasu coraz mocniej zakorzeniała się w mojej głowie. Obiecałam sobie, że w nieokreślonej przyszłości, bez względu na to, czy zostanę matką, czy nie, adoptuję dziecko. Nie był to chwilowy kaprys lub tymczasowe widzimisię znudzonej singielki- ja naprawdę tego pragnęłam. Lata mijały i chociaż na horyzoncie nie zauważyłam jeszcze księcia na białym koniu, nadal byłam zdecydowana na ten krok. Gdy poznałam Pana P. (książę z niego żaden, a konia zamienił na białego fiata) i wiedziałam, że to z nim spędzę resztę życia, nie zastanawiałam się nad tym, jak zareaguje na mój pomysł. Rozmowę na temat adopcji przełożyłam na później, bo kiedy przeprowadziłam się do Italii, najpierw musiałam załatwić formalności związane z legalnym pobytem tutaj i całą resztę spraw. Pobraliśmy się, w międzyczasie zaszłam w ciążę, urodziłam Gaję, przeszliśmy historię (albo raczej histerię) z jej dysplazją i motyw kolejnego dziecka gdzieś się ulotnił. Nieoczekiwanie też pojawił się pewien kłopot, do którego wstyd mi się przyznać, jednakże to zrobię. Staram się być szczera, nawet w trudnych sprawach, zresztą nigdy nie zamierzałam tu lukrować. Otóż kłopotem tym jestem ja sama...Dlaczego?

  Nie boję się wizyt psychologów, nie przerażają mnie długie rozmowy (zawsze mogę się dowiedzieć o nas czegoś nowego), niestraszne mi wywiady środowiskowe (w końcu porządni z nas ludzie) oraz natrętne pytania. Obawiam się innej rzeczy i nie daje mi to spokoju- nie jestem pewna swoich uczuć. Nie mam pojęcia, czy umiałabym pokochać adoptowane dziecko tak mocno, jak kocham Kluseczkę. Podobno miłości można się nauczyć, ale to tylko przypuszczenia i pobożne życzenia, a w praktyce z pewnością nie wygląda to tak kolorowo. Patrzę na inne maluchy, które i owszem, są słodkie, lecz są mi całkowicie obojętne. Nie chciałabym kiedyś usłyszeć słów: "Bo to zła matka była, potrafiła kochać tylko swoją biologiczną córkę". Dzieci, które się wychowuje, powinny być traktowane przez rodziców jednakowo i nieważne jest skąd, że się tak wyrażę, pochodzą. Mąż podziela moje zdanie w tej kwestii, natomiast na wieść o adopcji nie odpowiedział zbyt entuzjastycznie. Nie jest jej co prawda przeciwny, lecz na razie nie jest w stanie udźwignąć tego wątku. Muszę uszanować zdanie męża i liczyć się z jego uczuciami, bowiem decyzję podejmiemy razem, jakakolwiek by ona nie była. Gdyby Pan P. był zwolennikiem takiej formy powiększenia rodziny, wszystko stałoby się prostsze. A tak znowu muszę ją przesunąć...

  Nie odkładam jej na nigdy, daję sobie czas. Mam nadzieję, że do niej dojrzeję i zrozumiem, że serce może sprawić rozmaite niespodzianki. Nie mam duszy wielkiej altruistki, nie planuję być drugą Angeliną Jolie, okazywanie uczuć również nie jest moją mocną stroną, choć dla najbliższych jestem aż zanadto wylewna. Stworzyć rodzinę dla łaknącego miłości malucha, dać mu bezpieczną przystań i w miarę godne dzieciństwo, byłoby czymś naprawdę wyjątkowym. Nie zbawię całego świata, nie mam na to ochoty, ale jeśli pomogę jednej duszyczce, to właśnie jej świat zbawię. I to jest argument trudny do przebicia, a poza tym marzę o rodzeństwie dla Gai. Mogłabym to załatwić drogą naturalną, aczkolwiek różnie z tym bywa. Jedno jest pewne- jeśli w naszym życiu nastąpi rewolucja i to za sprawą adopcji, niesłychanie mnie ten fakt ucieszy. Musimy jednak tego chcieć tak samo, ponieważ nie mogę tak po prostu wymagać od męża, aby kogoś na siłę pokochał. Od siebie też nie, przynajmniej nie teraz, dlatego jeszcze trochę poczekam. Ufam, że niezbyt długo...

Morderstwo z premedytacją

by 20 września
  Małe stworzenie co wieczór wydziera się jak szalone, a mnie ogarnia coraz większa złość i powoli tracę cierpliwość! Do tej pory jakoś dawałam sobie radę, zatykając uszy lub chowając głowę pod poduszkę, ale w końcu nie wytrzymałam. Ileż można słuchać koncertu na jeden głos? Królestwo za spokój! Pozbędę się tej krzykaczki, nawet jeśli będę musiała użyć przemocy, nic mnie to nie obchodzi. Jeszcze nie wiem dokładnie, co zrobię, lecz coś wymyślę, bo za niedługo naprawdę zwariuję. Zdaję sobie sprawę z tego, jak niegodnie postąpię, jednak desperacja sprawia, że jestem gotowa praktycznie na wszystko i niech tylko ktoś spróbuje mnie powstrzymać. Od ponad trzech miesięcy nie sypiam dobrze, bowiem ta mała złośnica daje mi popalić, więc zemsta będzie słodka, już ja się o to postaram!

  Do współpracy przy zbrodni próbowałam nakłonić męża, ale rzecz jasna się nie zgodził. Stwierdził, że nie chce z tym mieć nic wspólnego i poradził mi melisę na uspokojenie. Tak to jest z mężczyznami, że potrafią dawać nietrafione rady, zamiast działać i pokazać, jaki drzemie w nich lew, albo chociaż jego łagodna odmiana. Zaopatrzyłam się w narzędzie niezbędne do popełnienia przestępstwa, przykucnęłam blisko miejsca, gdzie zwykła przebywać moja ofiara i czekałam, aż nadejdzie odpowiedni moment. Zanim to się stało, zdążyłam wlecieć na męża i nadepnąć na najwrażliwszą część jego ciała, a wrzask towarzyszący temu zdarzeniu obudził moją prześladowczynię, gdyż usłyszałam charakterystyczny stęk.

  Serce zaczęło mi walić, oddech stał się nierówny, w ustach mi zaschło, a podniecenie sięgnęło zenitu, bo za chwilę miałam stać się bezwzględną oprawczynią sympatycznej skądinąd istotki. Nigdy bym nie przypuszczała, że ja, spokojna z natury osoba, jestem w stanie zmienić się w okrutną kryminalistkę. Obracałam w rękach kamień, którym zamierzałam skończyć żywot gadziny, ale niespodziewanie obudziły się we mnie wyrzuty sumienia. Gdy tak dumałam, czy okazać litość, niewdzięcznica na swoje nieszczęście odezwała się po raz kolejny. Wściekła jak osa, nie myśląc już o darowaniu winy, wzięłam nieszczęsny minerał, otwarłam okno, zamachnęłam się z całej siły i...chybiłam. Nadal tam była, ponieważ znowu usłyszałam ten potworny, skrzeczący głos, a upiorna sąsiadka widocznie nic sobie z mojej żądzy mordu nie robiła i szydziła ze mnie, wrzeszcząc niczym natchniona. Rzuciłam się więc zrezygnowana na łóżko, aby odpłynąć w objęcia Morfeusza oraz ukoić moje skołatane do granic możliwości nerwy. Pomogło.

  I biada temu, kto pomyślał, że to córeczka doprowadziła mnie do chęci zabójstwa. Spokojnie, to tylko ropucha:).

Zwariuję jak nic

by 18 września
  Wszystko umyka mi dzisiaj. Nie wyspałam się, więc z trudem wygramoliłam się z łóżka, a kiedy to zrobiłam, zaraz tego pożałowałam. Wyjrzałam bowiem przez okno, gdzie czekała mnie niespodzianka, którą tak lubię- deszcz. Przyzwyczaiłam się już do tego, że im bliżej do weekendu, tym pogoda robi się coraz mniej znośna i krzyżuje mi szyki. Nadchodzi jesień, zatem muszę się przygotować na wahania temperatur, a tym samym i moich nastrojów, gdyż jestem przekonana, że deprecha jesienna prędzej czy później nadejdzie. Wygląda też na to, że sobotnie plany po raz kolejny spalą na panewce, bo burzy przechytrzyć się nie da. Oby prognozy okazały się mylne, inaczej znów spędzimy daremny weekend.

  Gaja nie przejęła się wcale ulewą. W przeciwieństwie do mamy, mała jest jak zwykle energiczna i uśmiech nie schodzi z jej ślicznej buzi. Najchętniej cały dzień spędziłaby na podłodze, jako że uwielbia latać po mieszkaniu i odkrywać nieznane zakątki. Bryka od rana i nie przerażają jej grzmoty, których ja panicznie się boję. Obserwuję córeczkę w akcji i myślę sobie, jak niewiele potrzeba, żeby zadowolić dziecko. Wystarczy odrobina przestrzeni, szczypta niezależności i kochający rodzice, a to Kluseczka ma w nadmiarze. Nie ma takiej rzeczy, której bym dla niej nie zrobiła, bo Gaja już dawno temu okręciła sobie mnie wokół małego paluszka i wykorzystuje ten fakt z pełną świadomością prawie dwuletniej spryciuli.

  Wczoraj mąż miał wolne, zatem skorzystałam z okazji i udałam się do fryzjera, wybiegając z domu w podskokach. Nie da się ukryć, że wypad ten był dla mnie odskocznią od rutyny oraz okazją do chwilowego relaksu. Pan P. zapewnił mnie, że mam się niczym nie przejmować, ponieważ zajmie się córeczką i zrobi porządki. Co do opieki nad małą nie miałam żadnych wątpliwości, natomiast czy mieszkanie będzie wysprzątane, w to raczej nie wierzyłam. I bynajmniej nie dlatego, że mąż ma dwie lewe ręce i nic nie potrafi. Wprost przeciwnie, jest wielkim pedantem i przez to czasem doprowadza mnie do szewskiej pasji. Tak się złożyło, że rzadko zostaje sam z Gają i jej możliwości psocenia dopiero musi docenić. A skoro mi nie jest łatwo mieć na oku Kluseczkę i cały dom (choć nieskromnie przyznam, że się wyrobiłam), to mężowi tym bardziej lekko być nie powinno.

  Moje obawy okazały się uzasadnione, bo gdy wróciłam, to natknęłam się na mini tsunami. Brudne naczynia w zlewie, rozwalona pościel, zabawki porozrzucane dosłownie wszędzie, a w środku tego chaosu zadowolony mężuś z zachwyconą córeczką szaleli w najlepsze. Biedny mąż nie dał rady nic zrobić i na własnej skórze przekonał się, że bycie kurem domowym nie jest takie proste, jak mu się wydawało. Bałagan postanowiłam ogarnąć wieczorem, gdyż miałam w planach jeszcze jedno wyjście- do sklepu dziecięcego. Poszliśmy tam i dobrze się stało, bowiem za sprawą pewnej tlenionej blondynki nieźle się uśmiałam.

  Kobieta przykuła moją (i nie tylko) uwagę niekonwencjonalnym ubiorem, szpilkami na niebotycznych obcasach i jeszcze większym ego, które biło od niej na kilometr. Poruszała się tak, jakby była na wybiegu, słała powłóczyste spojrzenia każdemu napotkanemu mężczyźnie i nie ominęła mojego męża, a jej wzrok mówił tyle co: "wystarczy, że palcem kiwnę, a będziesz mój". Pan P. nie znosi wulgarnych bab z kilogramową tapetą na twarzy, toteż nic sobie z tego nie robiłam, niemniej jednak babsztyl mnie wkurzył. Nie znoszę kobiet, którym wydaje się, że są najpiękniejsze i muszą to demonstrować na każdym kroku.

  Kiedy damulka zeszła piętro niżej (sklep ma dwa poziomy), a my również zamierzaliśmy tam iść, zdecydowałam, że wolę zostać na górze, bo nie chciałam sobie psuć humoru jej widokiem, więc mąż poszedł sam. Czekałam na niego spokojnie z Gają, gdy znów zobaczyłam blondi, tym razem wchodzącą po schodach. Olałam babę i miałam się odwrócić, lecz nagle usłyszałam przeraźliwy krzyk. Tleniona potknęła się o stopień i wyrżnęła jak długa na ziemię, a jeden z jej butów wylądował w pobliskim łóżeczku. Miłej pani zrzedła mina, zaczerwieniła się jak wiśnia i szybko wybiegła ze sklepu, chwytając w locie pechowe czółenko. No cóż, jeśli nie widzi się nic poza końcówką własnego nosa i cudzymi mężami, zdecydowanie kiepsko się na tym wychodzi. Zawsze twierdziłam, że szpilki nie są odpowiednim obuwiem na zakupy i okazało się, że miałam rację:). A kysz, modliszko!

A taka pogoda jest dziś u nas:


Najwyższa pora

by 16 września
  Brzydkie popołudnie dzisiaj. Czarne chmury mkną po niebie niczym rumaki, zapowiadając niechybne nadejście burzy. Nie jest zimno, ale tak jakoś nieprzyjemnie, a wiejący dosyć silnie wiatr uniemożliwia mi kontemplowanie w spokoju ostatnich dni lata. Mimo to jestem cała w skowronkach, a moje sampoczucie wywindowało się na dosyć wysoki poziom w mej prywatnej i zupełnie niepotrzebnej hierarchii dobrego humoru. Nie wydarzyło się nic specjalnego, tylko po prostu zauważyłam, że wreszcie zaczynam zakopywać dołek, do którego niespodziewanie wpadłam i robi się on coraz mniej widoczny. I bardzo dobrze, bo w końcu mogę śmiało powiedzieć, że przyszedł czas na zmiany!

  Odchudzam się, tym razem na serio. Po raz nie wiem już który postanowiłam przejść na poważną dietę i mam nadzieję, że przyniesie ona efekty. Mój rozmiar oscyluje wokół numeru 42 (w porywach 44), jednak moim marzeniem jest wbić się w czterdziestkę. Wczesnym latem już prawie mi się udało, jako że codziennie parę godzin spacerowałam z Gają, niewiele jadłam i dużo ćwiczyłam. Nieznośna apatia, która niespodziewanie mnie ogarnęła, pokrzyżowała resztę moich planów i zniweczyła cały mój wysiłek. W ciągu kilku tygodni przybrałam na wadze parę kilogramów i do tej pory ciągną się one za mną jak zaraza. Sama jestem sobie winna, że tak się stało, bowiem zamiast być silna, pocieszałam się słodyczami. A że często piekę ciasta, ponieważ mąż uwielbia moje wypieki, tym bardziej było mi ciężko nie podjadać. Przestałam dopiero wtedy, gdy zobaczyłam nowe fałdki na brzuchu (czyli na początku września), po czym zaczęłam sobie wyrzucać, jak mogłam być tak bezmyślna.

  Mąż sądzi, że przesadzam, bo gruba nie jestem i sama sobie stwarzam problemy. Według niego powinnam zaakceptować siebie i jeść wszystko, tyle że w małych ilościach. Gdyby to było możliwe, na pewno skorzystałabym z tej rady, lecz jest ona dla mnie niewykonalna. Wstyd się przyznać, ale nie potrafię się ograniczać. Nie umiem zadowolić się wyłącznie jedną kostką czekolady i muszę spałaszować co najmniej pół tabliczki, a wyrzuty sumienia przychodzą później. Tak już mam, więc wolę trzymać się z dala od słodyczy, choć nieustannie mnie nękają, gdyż uśmiechają się zapraszająco z każdego prawie miejsca w domu. Zazdroszczę mężowi, że może jeść wszystko, nawet wieczorami i nie przytyje ani grama. Gaja odziedziczyła jego geny, ponieważ jest szczuplutka i taką zapewne pozostanie, co bardzo mnie cieszy. Nie chciałabym, żeby była prześladowana przez równieśników, tak jak kiedyś ja. Domyślam się, że moje kompleksy mają swe źródło w dzieciństwie, które zostawiło we mnie trwały ślad i zaważyło na dalszym życiu. Patrząc w lustro, nadal widzę małą, zagubioną i wyszydzaną przez otoczenie dziewczynkę. Dlatego właśnie trudno mi pogodzić się z dodatkowymi kilogramami, mimo że obiektywnie rzecz biorąc, daleko mi do otyłości. I chociaż przeglądając się w oczach męża widzę atrakcyjną kobietę, to zmory przeszłości kładą cień na tym wizerunku.

  No dobra, czas zacząć działać, a nie wciąż narzekać! Rowerek stacjonarny od dziś zajmuje główne miejsce w pokoju (dwa już zajechałam, w związku z tym za niedługo pójdziemy z torbami), lodówkę zamknę na klucz, ewentualnie ją "zapustoszę", a słodycze przestanę kupować czy piec. Pan P. będzie co prawda zrozpaczony, ale że zmusza mnie do tego wyższa konieczność, to ufam, że długo nie pobiadoli. Na pocieszenie próbował odwrócić kota ogonem, stwierdzając, że wina leży po jego stronie, bo jest za chudy i musi przytyć, lecz nie ze mną te numery. Do końca roku muszę wrócić do formy, zatem żegnajcie ulubione łakocie:). Zaczynam od jutra!

Mała programistka, spadająca półka

by 14 września
  I znów katastrofa! Stało się już tradycją, że w weekendy w naszym domu coś się psuje i zaburza nam rytm dnia. Tym razem spadła szafka i to w najmniej odpowiednim momencie, kiedy spokojnie jedliśmy niedzielny obiad. Nagle tak mocno huknęło w pokoju, że aż podskoczyłam ze strachu, a pyszne śląskie kluski, zamiast w moich ustach, wylądowały na podłodze. Okazało się, że półka była przymocowana na zbyt małych gwoździach (tu "ukłon" w stronę właścicieli) i nie dała rady udźwignąć wszystkich książek, które na niej stały. Runęła na biurko, niszcząc kilka moich cennych rzeczy przywiezionych z Polski, rozsypując kredki (a jest ich cała masa) męża i tym samym doprowadzając go do szału.

  Ktoś postronny może pomyśleć, że to nic wielkiego, ale gdy wynajmuje się mieszkanie, nawet najmniejsza szkoda urasta do rangii tragedii. Nie uśmiecha nam się płacić więcej niż już bulimy za wynajem, zwłaszcza że pieniądze z nieba nie lecą. Dbamy o mieszkanie, jak o własne, bo niewdzięcznością z naszej strony byłoby je zapuścić. Gaja jest na razie szkodnikiem z gatunku umiarkowanych i nie przysparza domowych stresów, a klęski, które się nam ostatnio przytrafiają, to zwykła złośliwość rzeczy martwych. W związku z tym zastanawiam się, czy nie ubezpieczyć się na wypadek nieuchronnego zdarzenia losu. Zawsze przecież garnek może mi zlecieć na głowę, poślizgnę się na posadzce lub spadnę z łóżka i co wtedy? Trzeba być przygotowanym na najgorsze, chociaż mąż na wzmiankę o moim nowym pomyśle jak zwykle mnie wyśmiał, niewdzięcznik jeden.

  Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miałam w planach zakup nowych regałów, gdyż wypatrzyłam ładne i niedrogie w jednym ze sklepów, więc teraz mam pretekst, żeby je nabyć. Zamierzałam je kupić dopiero na początku przyszłego roku, tymczasem dzisiejsze zajście przyśpieszyło mój wybór. Mąż nie jest entuzjastycznie nastawiony do kolejnych wydatków, lecz już ja się postaram o to, aby go przekonać. Feralne szafki póki co odstawiliśmy do kąta, a na ich miejsce możemy postawić zgrabny regalik, który doda pokojowi uroku. Z tego powodu zadzwoniłam do teściowej, by zasięgnąć jej rady, a ta oczywiście przyznała mi rację, stwierdzając, że nowe meble są nam niezbędne. No cóż, jak mawiał Dobry Wojak Szwejk- więcej ludzi ma więcej rozumu, zatem L. musiał skapitulować, bo z żoną i teściową raczej nie wygra. Mam tylko nadzieję, że nadmiar pecha w naszym domu został na dobre wyczerpany, przynajmniej w tym miesiącu.

  Wczoraj spędziliśmy uroczy dzień i starym zwyczajem przemierzyliśmy kawał miasta, aż dobrnęliśmy do centrum, gdzie mieści się fontanna, w której Gaja uwielbia zanurzać rączki. Bawiła się tam dobrą godzinę, rozpryskując wodę dookoła nas oraz biegając w te i wewte, a my lataliśmy za nią jak kopnięci. Kluseczka uwielbia miejski gwar, obcy  ludzie jej niestraszni i z każdym chciałaby zamienić parę słów. Niektórzy twierdzą, że to gaduła, a nam nie pozostaje nic innego, jak przyznać im rację. Gai, mimo że mówi niezrozumiale, buzia się nie zamyka i prowadzi interesujące konwersacje, gestykulując przy tym rączkami, jak na pół-Włoszkę przystało. Gdy jakimś cudem udało nam się odciągnąć Kluseczkę od fontanny i wróciliśmy do domu, mężowi zachciało się na kolację placków ziemniaczanych (zrozum Makaroniarza), więc zabrałam się za tarcie ziemniaków, a Pan P. zajął się Gają. Mała zaczęła swoim zwyczajem okrążać mieszkanie, po czym zatrzymała się przy komputerze, by w niego postukać. Mąż przeglądał gazetę, a ja miałam na oku Gaję, która "pisała" w najlepsze na laptopie. Nie kontrolowałam, co robi, bo co najwyżej mogła pootwierać jakieś strony, jednak nie doceniłam możliwości mojej córeczki. Udało jej się skonfigurować komputer (mi ta sztuka nigdy nie wychodzi) i wprawić rodziców w niemałe zdumienie. Mam genialne dziecko, mam genialne dziecko;).











Osaczona krzykiem, opętana kawą

by 11 września
  Kawa- jedno małe słowo, a tak dużo dla mnie znaczy. To jedna z niewielu rzeczy, od których jestem uzależniona i nie funkcjonuję normalnie, gdy nie wypiję co najmniej dwóch filiżanek dziennie. A kiedy w domu brak kawy, dzień wywraca się do góry nogami i trudno jest mi skoncentrować się na czymkolwiek. I tak właśnie jest dzisiaj- od rana przetrącam półki w poszukiwaniu tego szlachetnego napoju, ale jedyne na co się natykam, to ten okropny szatan męża. Gdybym go wypiła, chodziłabym jak nakręcona i miałabym problemy z zaśnięciem. Daje bowiem niezwykłego kopa, spróbowałam go raz i już nigdy więcej się na to nie odważę.

  Gaja ogląda więc dziś mamę odrobinę zdesperowaną. Mogłabym co prawda zejść do sklepu, lecz jest on oddalony o pół kilometra i jakieś tysiąc schodów, toteż zwyczajnie mi się nie chce. Jak niektórzy z Was wiedzą, schody przytłaczają mnie od trzech lat i najprostsze wyjście z dzieckiem stało się dla mnie batalią. Nie mogę normalnie pójść na spacer, bo toczę boje już nie tylko ze schodami, a także z Gają, która chce schodzić z nich bez mojej pomocy, na co na razie jej nie pozwalam. Nic zatem dziwnego, że przy tych niezbyt sprzyjających okolicznościach architektonicznych kawa jest mi niezbędna, ponadto pomaga mi ukoić napięte nerwy. Ostatnio miałam wątpliwą okazję nieco się zirytować i to z naprawdę głupiego powodu, więc jak tak dalej pójdzie, zostanę kawową bankrutką. Recz miała miejsce w centrum handlowym i poważnie myślę nad tym, aby zawiesić na jakiś czas wizyty w galeriach.

  Nikt nie piszczy tak pięknie jak Gaja! Kiedy zacznie, nie może przestać i wyżywa się w ten sposób nie tylko w domu, ale też poza nim. Nie każdemu się to podoba, a niektórzy słysząc małą krzyczącą ze szczęścia, patrzą na nią z dezaprobatą. Na mnie zresztą tak samo, jakby chcieli powiedzieć: "ucisz ją, kobieto". Jest mi przykro, gdy widzę te spojrzenia, bo Kluseczka jest jeszcze malutka i nie potrafi zrozumieć, co jej wolno, a co nie. Mąż powtarza, że mam się nie przejmować, gdyż nasza córeczka to wspaniała dziewczynka i nikomu nie wyrządza krzywdy swoim zachowaniem. Według niego powinni się wstydzić ci, którzy spoglądają krzywo na Gaję, wszak niespełna dwuletnie dziecko nie jest w stanie przyswoić zasad kindersztuby. Pan P. ma rację, jednak tak już mam, że biorę wszystko osobiście. A wczorajszy, skądinad bardzo przyjemny wypad na zakupy, wspominam zgrzytając zębami ze złości.

  Wybraliśmy się do IKEI, żeby kupić parę drobiazgów i pooglądać nowe rewolucyjne rozwiązania. Buszowaliśmy po sklepie w poszukiwaniu perełek, a córeczka nie przeszkadzała nam w niczym, ponieważ spała w najlepsze. Obudziła się dopiero wtedy, gdy staliśmy w kolejce do kasy, no i zaczęła trochę marudzić.Wzięłam ją na ręce, lecz niewiele to pomogło i Gaja nadal kaprysiła. Po paru minutach zaczęły się zdegustowane spojrzenia klientów, a nawet niemiłe komentarze pod adresem Kluseczki. Czekaliśmy ponad 20 minut, zanim nas obsłużono i muszę przyznać, że było to dosyć męczące oczekiwanie.

  Nie lubię, gdy Kluseczka się denerwuje i jest zmierzła, ale na Boga, to jeszcze dziecko i nie wypada od niej żądać, by siedziała cicho jak mysz pod miotłą. Po tej przygodzie doszłam do wniosku, że albo to we mnie jest problem, bo jako przewrażliwiona mamuśka nie dopuszczam do siebie żadnej krytyki, albo z ludźmi faktycznie coś jest nie tak. Usłyszałam wczoraj zdanie, że kobiety z małymi dziećmi powinny siedzieć w domu, a nie pokazywać się w miejscach publicznych, gdyż zakłócają spokój innym. Może lepiej pozamykać nas w więzieniach, skoro nasze dzieci popełniają to przestępstwo, że zachowują się, jak na ich wiek przystało? Sama nie wiem, co dzieje się z tym światem i nawet nie mam kawy, żeby podumać na ten temat...

Nieznośna lekkość butów

by 09 września
  Dziś w nocy obudziła nas mała powódź. Pękła rura, więc sen diabli wzięli. Jako że niepodobna o tej porze znaleźć hydraulika, zakasaliśmy rękawy i zaczęliśmy usuwać szkody wyrządzone przez wodę. Nie okazały się one zbyt wielkie, ale byliśmy zaspani, toteż wydawało nam się, że mamy w domu jezioro. Aż tak źle oczywiście nie było, bo gdy oszacowaliśmy straty, wyszło na to, że ucierpiały jedynie kartony i reklamówki, które trzymaliśmy w pobliżu pechowej rury, także pozbyliśmy się ich bez żalu. Miałam w planach porządki, ale los jak zwykle postanowił za mnie, zatem gruntowne sprzątanie przesunęłam na czas nieokreślony.

  Rano pojawił się hydraulik- niemiły, opryskliwy i zmierzły, a do tego spóźnialski- przyszedł ponad godzinę po ustalonym terminie. Wszedł do domu i nie zdjął butów, bynajmniej nie przejmując się tym, że zapaskudzi mi podłogę. Włosi zresztą tak mają- chodzą po mieszkaniu w obuwiu, co dla mnie jest nie do przyjęcia, dlatego u nas w domu buty się ściąga. Wracając do hydraulika- naprawił wszystko sprawnie, biorąc za usługę niemałą kwotę i tyle go widziano. O fakturze rzec jasna zapomniał i Pan P. przez pół dnia próbował się do niego dodzwonić, lecz bezskutecznie. Widocznie nas nie polubił, wobec tego olewa telefony, choć uprzedziliśmy go o tym, że rachunek jest nam niezbędny, bowiem musimy przekazać go właścicielom.

  Miałam przestać bujać w obłokach, ale nie potrafię, ponieważ zwyczajnie to lubię. Często wykonując jakąś prostą czynność zatapiam się w marzeniach i zapominam o całym świecie, nie zważając na nic i na nikogo. Tak było i dzisiaj, kiedy kroiłam cebulę, która stała się dla mnie pretekstem do przeniesienia się w świat fantazji. Wyobrażałam sobie różne rzeczy i nawet nie zauważyłam, że deska do krojenia zabarwiła się na kolor intensywnie czerwony. Skaleczyłam się dość mocno i krew obficie sączyła się z mojego palca, przywracając mnie szybko do rzeczywistości. Nie znoszę widoku krwi i kiedy byłam dzieckiem, mdlałam z tego powodu dosyć regularnie. Tym razem zrobiło mi się tylko słabo i wylałam kilka łez, skarżąc się przy tym mężowi na zbyt ostry nóż, który ledwo co naostrzył. Jakiś czas później, mając rękę zablokowaną, stłukłam trzy talerzyki (niedawno zakupione) i prawie się poryczałam ze złości.

  Tymczasem początek tygodnia przyniósł niespodziankę. Mąż dostał kolejną propozycję uczenia w szkole, chociaż zazwyczaj dzwonią do niego pod koniec października z ofertami pracy. Cieszę się razem z Panem P., niemniej jednak nie jestem pewna, czy dwa etaty mają sens. W ciągu tygodnia praktycznie się nie widujemy i na samą myśl o tym, że nasze kontakty jeszcze bardziej się zawężą, wpadam w czarną rozpacz. Dodatkowy pieniądz zawsze się przyda, zwłaszcza gdy ma się małe dziecko, lecz obawiam się, że naszemu związkowi odbije się to czkawką. Nie ukrywam też, że jest we mnie nutka zazdrości, bo nie uśmiecha mi się być wyłącznie żoną swojego męża, a na to się niestety zanosi. Poza tym mąż będzie pracował nie tylko w tygodniu, ale również w weekendy, a i tak nie zarobi kokosów. Szkoda, że nie jest "z zawodu dyrektorem", wtedy proporcja byłaby odwrotna:).

W poszukiwaniu straconego czasu

by 08 września
  Koniec lata zbliża się powoli, acz nieuchronnie, mimo że pogoda wcale na to nie wskazuje. Temperatury powariowały i jest naprawdę gorąco, co widać zresztą na okolicznych plażach. Morze już nie świeci pustkami i nawet my wybraliśmy się tam z Gają, która była zachwycona wodą i pluskała się w niej niczym mała syrenka. W związku z tym poniewczasie ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, czemu nie chodziłam częściej z małą się kąpać, ale niejako mogę się usprawiedliwić niezbyt korzystnymi warunkami atmosferycznymi. Obiecałam sobie, że w przyszłym roku nadrobimy straty i choćbym miała przypominać orkę, nie poddam się kompleksom. Najważniejsze jest to, żeby Gaja się dobrze bawiła i korzystała z morza ile wlezie, a mama przecież zawsze może przykryć się ręcznikiem tudzież zasłonić mężem.

  Ostatnio mamy w domu głośne dni (z Włochem te ciche są wykluczone)- irytujemy się nawzajem i wiecznie szukamy dziury w całym. Pan P. przysiadł na laurach i jak na razie rozbrat z jego uczelnią wydaje się niemożliwy, a ja z tego powodu niepomiernie się irytuję. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką jestem niewdzięcznicą, lecz to miejsce od dawna wywołuje we mnie jakieś negatywne fluidy i nie mogę pogodzić się z faktem, że najprawdopodobniej przyjdzie nam się tu zestarzeć. Straciłam nadzieję na lepsze jutro, więc postanowiłam więcej nie wymagać od losu rzeczy nieosiągalnych oraz pogodzić się z otaczającą mnie rzeczywistością. Czas przestać marzyć i zacząć żyć, bo ani się obejrzę, a będę zbierała kwiatki od spodu. Krótko mówiąc, koniec z bujaniem w obłokach!

  Aby poprawić mi humor mąż zabrał mnie do centrum na zakupy, gdzie jak zwykle nakupiłam najwięcej ubrań dla Gai, jako że jesień może nas zaskoczyć lada chwila. Przy tej okazji naszła mnie refleksja, że odkąd mam Kluseczkę, widzę jak czas nieubłaganie pędzi. Przedtem nie zwracałam uwagi na to, że latka lecą i nie odczuwałam ich upływu, dopiero od momentu pojawienia się Gai czas stał się dla mnie zwyczajnie wymierny. Za niedługo miną dwa lata od urodzenia córeczki i czasami aż trudno mi uwierzyć, że to już tyle. Niedawno wybierałam śpioszki w rozmiarze 56 i gdy dzisiaj na nie patrzę (zachowałam komplet na pamiątkę), nadziwić się nie mogę, jaką Gaja była kruszynką. Leżała sobie spokojnie w łóżeczku, później grzecznie siedziała w kojcu, natomiast teraz biega jak szalona po mieszkaniu i nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Za żadne skarby nie chce iść pod rękę, kiedy jesteśmy na dworze i wyrywa mi się z całej siły, jakbym wyrządzała jej krzywdę. Kluseczka to nie tylko mały uparciuch, lecz także potworna złośnica, zatem można powiedzieć, że charakterek odziedziczyła w genach po tatusiu. Jest moim największym szczęściem i dla niej muszę być silna, ponadto gdyby nie ona, uciekłabym stąd gdzie pieprz rośnie.

  Wczoraj przez moment byłam przekonana, że zostaliśmy milionerami. Chcąc rozmienić pieniądze kupiłam zdrapkę (choć rzadko się w to bawię), a po zeskrobaniu liczb jakimś cudem pomyliłam wygrany numer i wydawało mi się, że przypadła nam w udziale suma dwóch milionów euro. Z wrażenia prawie stanęło mi serce i już zaczęłam w myślach robić plany, gdy mąż rzucił okiem na feralną zdrapkę, po czym brutalnie przywrócił mnie porządku. Okazało się, że owszem, wygraliśmy, ale tylko 20 euro i bynajmniej nie staliśmy się nowobogackimi. Bardzo tego żałuję, ponieważ dwa miliony euro bez wątpienia ułatwiłoby nam funkcjonowanie i zapewniłoby bezpieczną przyszłość Gai. Pan P. powiada, że mam się nie zadręczać, bo ważne jest to, że jesteśmy zdrowi, a milionerami na pewno kiedyś będziemy. Chyba tylko incognito, chociaż w głębi duszy czuję się miliarderką, gdyż posiadam największy skarb na ziemi- moją małą córeczkę!


Udało mi się zrobić zdjęcie promu wycieczkowego- chętnie bym się wybrała na rejs po morzu, ale jedynie mogę sobie popatrzeć:).


Ciąża urojona

by 04 września
  Pracuję nad sobą! Jestem na diecie, staram się regularnie ćwiczyć i codziennie schodzę po pieczywo, pokonując znienawidzone przeze mnie schody. Jaki jest tego efekt? Ano żaden, przynajmniej w oczach innych.

  Dziś rano wyszłam jak zwykle po bułki, zahaczając dodatkowo o warzywniaka, bowiem skończyły mi się banany. W sklepie ucięłam sobie pogawędkę ze sprzedawcą (Włosi to straszne gaduły są), który ni z tego, ni z owego zapytał mnie, kiedy ma nastąpić rozwiązanie!

  W pierwszej chwili miałam ochotę wykrzyczeć: "nie jestem w ciąży, matołku", ale jako osoba z natury spokojna, zdołałam się opanować. Grzecznie odpowiedziałam, że nie spodziewam się dziecka, zapłaciłam za owoce i opuściłam lokal. Mina sklepikarza była bezcenna, a ja od razu postanowiłam, że moja noga już w tym sklepie nie postanie. Decyzja ta jest naturalnie zbyt pochopna, lecz na razie nie zamierzam jej zmieniać, bo facet głęboko zranił moją miłość własną.

  Z niewiadomych dla mnie przyczyn historia o "urojonej ciąży" szalenie rozbawiła mojego męża. Tak bardzo się śmiał, że nawet Gaja spoglądała na niego skonsternowana, nie rozumiejąc rzecz jasna powodu dobrego humoru tatusia. Kiedy mąż w końcu łaskawie przestał, zaczął mnie pocieszać i przekonywać, że nic takiego się nie stało, ponieważ mała pomyłka może się przydarzyć każdemu. Bynajmniej mała! Jestem przewrażliwiona na punkcie wagi i gdy ktoś sądzi, że zostanę ponownie mamusią, a wcale tak nie jest, czuję się jak wieloryb. Nie mam płaskiego brzucha, ale nie jest on ogromny jak u kobiet w ciąży, więc nie ogarniam czemu Pan P. bronił delikwenta, zamiast solidaryzować się z żoną. W domu rozważyłam sprawę i doszłam do wniosku, że mam dwa wyjścia- albo olać to, co powiedział "uprzejmy" sprzedawca, albo naprawdę zacząć starać się o dziecko. To jest myśl!

  Nie ukrywam, że chciałabym mieć jeszcze jednego malucha, jednak brak stabilizacji ekonomicznej sprawia, że ambitne plany powiększenia rodziny musimy odłożyć na później. Bobas kosztuje niemało, a z pensji Pana P. trudno będzie wykarmić cztery gęby. Mamy co prawda jakieś zaskórniaki na czarną godzinę, lecz nie są to wielkie pieniądze, poza tym ciułamy je na mieszkanie, tacy z nas niepoprawni optymiści. Z drugiej strony zegar biologiczny tyka, gdyż nie jestem młódką i mam ograniczone pole do ciążowego działania. Cholerna kasa, zawsze musi stać na przeszkodzie i kolidować z naszymi życiowymi zamiarami. Pojawienie się nowego członka familii na pewno postawiłoby mnie na nogi, no i Gaja miałaby się z kim bawić, a to jest argument ciężki do przebicia. Co by nie powiedzieć, mamy niełatwy orzech do zgryzienia, mimo że praca nad nim jest samą przyjemnością. Oby los zdecydował za nas.

  A sprzedawca niech sobie idzie do diabła!


Zdjęcie z czasów ciąży- naprawdę nie mam teraz takiego brzucha!

 

Poradnik negatywnego myślenia

by 02 września
  Zaczął się wrzesień, a mimo to nie nastąpiło żadne edukacyjne poruszenie, bowiem szkoły w Ligurii otwierają swe podwoje dopiero w przyszłym tygodniu, w niektórych zaś rejonach jeszcze później. Wróciła za to piękna pogoda i termometry wskazują ponad 30 stopni, lecz jakoś mnie to nie rusza. Mam rozległe plany dotyczące diety i zmian w moim życiu, niemniej jednak jestem przekonana, że jak zwykle skończy się na pustych słowach i tylko na nich. Od paru miesięcy nie mogę wyjść z marazmu, który mnie dotknął, a o tegorocznych wakacjach chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Przydałaby mi się jakaś egzystencjalna rewolucja, bo jak na razie to czas ucieka, a impas trwa, jakbym zatrzymała się w rozwoju.

  Mąż wrócił do umiłowanej pracy i nawet się z tego powodu cieszę, ponieważ trzy tygodnie spędzone razem niezbyt nam się udały. Bez przerwy wchodziliśmy sobie w paradę i nie potrafiliśmy uporać się z naszymi bolączkami. Tymczasem teraz w domu wszystko się ukształtowało, a otaczająca mnie cisza w niczym mi nie przeszkadza. Jak znam siebie, ten stan rzeczy potrwa krótko i za chwilę będę narzekać na to, że Pan P. pracuje całymi dniami, a ja czuję się opuszczona. Czasami wydaje mi się, że jest ze mnie zwykła jędza, a nie żona i w myślach dziękuję mężowi za jego świętą cierpliwość. Nic jednak nie poradzę na to, że czuję się przytłoczona tym miejscem i marzę o tym, aby się stąd jak najszybciej wynieść. Trzy lata tutaj w zupełności mi wystarczą i najchętniej już dzisiaj udałabym się na wędrówkę w poszukiwaniu lepszego jutra. Mój wpływ w tym zakresie jest niestety minimalny, bo jestem kurą domową i co ja mogę? Chyba tylko być rozgoryczona, co zresztą wyśmienicie mi się udaje. Gdyby nie Gaja, ocipiałabym do reszty, albowiem jedynie ona potrafi dbać o optymistyczne nastawienie mamy i umie przywrócić mnie do pionu. Kluseczka to mały domowy herszt, który stoi na straży prawa i porządku w naszej rodzinie, a jej uroczy uśmiech jest lekiem na parszywe zło oraz podstępną monotonię.

  Jakby nie dość było durnych pomysłów, to mam w zanadrzu jeszcze jeden (możliwe, że najgłupszy)- chodzi mi po głowie odnowa biologiczna. Niedawno śniło mi się, że przeszłam totalną metamorfozę i nikt nie poznawał mnie na ulicy. Moje włosy były lśniące, skóra gładka, brzuch miałam twardszy od Chodakowskiej, a spojrzenie zmysłowe niczym amantka. Sny zawsze bywają piękniejsze od rzeczywistości, a moje pragnienie zostania femme fatale chociaż w taki sposób się zrealizowało. Póki co zastanawiam się, jak ugryźć kończące się lato i staram się przywrócić utraconą dawno temu formę, z miernym rzecz jasna skutkiem. Jestem przepełniona negatywną energią i osobliwymi emocjami, mimo że humor dosyć mi dopisuje, a to za sprawą ogłoszenia, które znalazłam dziś w dziale praca (no, no). "Sprzedam męża, kupię kochanka"- autorka anonsu musi być widocznie nieźle zdesperowana (lub zwyczajnie cwana). Ja tam sądzę, że lepszy własny mąż w garści niż Brad Pitt na dachu, bo z mężczyznami nigdy nic nie wiadomo. A propos aktora, Pan P. oburzył się ostatnio na moje stwierdzenie, że jeśli Brad byłby naszym sąsiadem, siedziałabym nieustannie w oknie lub kukałabym zza firany (pokażcie mi chociaż jedną, która by tego nie robiła). "Wolisz go ode mnie"- spytał, rzucając mi zabójcze spojrzenie. Gdzie ja znajdę drugi taki oryginał?


Chciałam dać zdjęcie boskiego Brada, ale ten widoczek też jest fajny (w sam raz na koniec wakacji). Mąż nie czyta mojego bloga, za to ogląda zdjęcia, więc po co znów ma go zżerać zazdrość:).



Obsługiwane przez usługę Blogger.