A gdyby tak

  Z tematem, który poruszę w dzisiejszym poście, noszę się już od dawna, a właściwie to od bardzo dawna. Kiedy jeszcze nie miałam Gai, ani nie myślałam o założeniu rodziny, zakiełkowała we mnie nieśmiała idea i z biegiem czasu coraz mocniej zakorzeniała się w mojej głowie. Obiecałam sobie, że w nieokreślonej przyszłości, bez względu na to, czy zostanę matką, czy nie, adoptuję dziecko. Nie był to chwilowy kaprys lub tymczasowe widzimisię znudzonej singielki- ja naprawdę tego pragnęłam. Lata mijały i chociaż na horyzoncie nie zauważyłam jeszcze księcia na białym koniu, nadal byłam zdecydowana na ten krok. Gdy poznałam Pana P. (książę z niego żaden, a konia zamienił na białego fiata) i wiedziałam, że to z nim spędzę resztę życia, nie zastanawiałam się nad tym, jak zareaguje na mój pomysł. Rozmowę na temat adopcji przełożyłam na później, bo kiedy przeprowadziłam się do Italii, najpierw musiałam załatwić formalności związane z legalnym pobytem tutaj i całą resztę spraw. Pobraliśmy się, w międzyczasie zaszłam w ciążę, urodziłam Gaję, przeszliśmy historię (albo raczej histerię) z jej dysplazją i motyw kolejnego dziecka gdzieś się ulotnił. Nieoczekiwanie też pojawił się pewien kłopot, do którego wstyd mi się przyznać, jednakże to zrobię. Staram się być szczera, nawet w trudnych sprawach, zresztą nigdy nie zamierzałam tu lukrować. Otóż kłopotem tym jestem ja sama...Dlaczego?

  Nie boję się wizyt psychologów, nie przerażają mnie długie rozmowy (zawsze mogę się dowiedzieć o nas czegoś nowego), niestraszne mi wywiady środowiskowe (w końcu porządni z nas ludzie) oraz natrętne pytania. Obawiam się innej rzeczy i nie daje mi to spokoju- nie jestem pewna swoich uczuć. Nie mam pojęcia, czy umiałabym pokochać adoptowane dziecko tak mocno, jak kocham Kluseczkę. Podobno miłości można się nauczyć, ale to tylko przypuszczenia i pobożne życzenia, a w praktyce z pewnością nie wygląda to tak kolorowo. Patrzę na inne maluchy, które i owszem, są słodkie, lecz są mi całkowicie obojętne. Nie chciałabym kiedyś usłyszeć słów: "Bo to zła matka była, potrafiła kochać tylko swoją biologiczną córkę". Dzieci, które się wychowuje, powinny być traktowane przez rodziców jednakowo i nieważne jest skąd, że się tak wyrażę, pochodzą. Mąż podziela moje zdanie w tej kwestii, natomiast na wieść o adopcji nie odpowiedział zbyt entuzjastycznie. Nie jest jej co prawda przeciwny, lecz na razie nie jest w stanie udźwignąć tego wątku. Muszę uszanować zdanie męża i liczyć się z jego uczuciami, bowiem decyzję podejmiemy razem, jakakolwiek by ona nie była. Gdyby Pan P. był zwolennikiem takiej formy powiększenia rodziny, wszystko stałoby się prostsze. A tak znowu muszę ją przesunąć...

  Nie odkładam jej na nigdy, daję sobie czas. Mam nadzieję, że do niej dojrzeję i zrozumiem, że serce może sprawić rozmaite niespodzianki. Nie mam duszy wielkiej altruistki, nie planuję być drugą Angeliną Jolie, okazywanie uczuć również nie jest moją mocną stroną, choć dla najbliższych jestem aż zanadto wylewna. Stworzyć rodzinę dla łaknącego miłości malucha, dać mu bezpieczną przystań i w miarę godne dzieciństwo, byłoby czymś naprawdę wyjątkowym. Nie zbawię całego świata, nie mam na to ochoty, ale jeśli pomogę jednej duszyczce, to właśnie jej świat zbawię. I to jest argument trudny do przebicia, a poza tym marzę o rodzeństwie dla Gai. Mogłabym to załatwić drogą naturalną, aczkolwiek różnie z tym bywa. Jedno jest pewne- jeśli w naszym życiu nastąpi rewolucja i to za sprawą adopcji, niesłychanie mnie ten fakt ucieszy. Musimy jednak tego chcieć tak samo, ponieważ nie mogę tak po prostu wymagać od męża, aby kogoś na siłę pokochał. Od siebie też nie, przynajmniej nie teraz, dlatego jeszcze trochę poczekam. Ufam, że niezbyt długo...
Obsługiwane przez usługę Blogger.