Morderstwo z premedytacją

  Małe stworzenie co wieczór wydziera się jak szalone, a mnie ogarnia coraz większa złość i powoli tracę cierpliwość! Do tej pory jakoś dawałam sobie radę, zatykając uszy lub chowając głowę pod poduszkę, ale w końcu nie wytrzymałam. Ileż można słuchać koncertu na jeden głos? Królestwo za spokój! Pozbędę się tej krzykaczki, nawet jeśli będę musiała użyć przemocy, nic mnie to nie obchodzi. Jeszcze nie wiem dokładnie, co zrobię, lecz coś wymyślę, bo za niedługo naprawdę zwariuję. Zdaję sobie sprawę z tego, jak niegodnie postąpię, jednak desperacja sprawia, że jestem gotowa praktycznie na wszystko i niech tylko ktoś spróbuje mnie powstrzymać. Od ponad trzech miesięcy nie sypiam dobrze, bowiem ta mała złośnica daje mi popalić, więc zemsta będzie słodka, już ja się o to postaram!

  Do współpracy przy zbrodni próbowałam nakłonić męża, ale rzecz jasna się nie zgodził. Stwierdził, że nie chce z tym mieć nic wspólnego i poradził mi melisę na uspokojenie. Tak to jest z mężczyznami, że potrafią dawać nietrafione rady, zamiast działać i pokazać, jaki drzemie w nich lew, albo chociaż jego łagodna odmiana. Zaopatrzyłam się w narzędzie niezbędne do popełnienia przestępstwa, przykucnęłam blisko miejsca, gdzie zwykła przebywać moja ofiara i czekałam, aż nadejdzie odpowiedni moment. Zanim to się stało, zdążyłam wlecieć na męża i nadepnąć na najwrażliwszą część jego ciała, a wrzask towarzyszący temu zdarzeniu obudził moją prześladowczynię, gdyż usłyszałam charakterystyczny stęk.

  Serce zaczęło mi walić, oddech stał się nierówny, w ustach mi zaschło, a podniecenie sięgnęło zenitu, bo za chwilę miałam stać się bezwzględną oprawczynią sympatycznej skądinąd istotki. Nigdy bym nie przypuszczała, że ja, spokojna z natury osoba, jestem w stanie zmienić się w okrutną kryminalistkę. Obracałam w rękach kamień, którym zamierzałam skończyć żywot gadziny, ale niespodziewanie obudziły się we mnie wyrzuty sumienia. Gdy tak dumałam, czy okazać litość, niewdzięcznica na swoje nieszczęście odezwała się po raz kolejny. Wściekła jak osa, nie myśląc już o darowaniu winy, wzięłam nieszczęsny minerał, otwarłam okno, zamachnęłam się z całej siły i...chybiłam. Nadal tam była, ponieważ znowu usłyszałam ten potworny, skrzeczący głos, a upiorna sąsiadka widocznie nic sobie z mojej żądzy mordu nie robiła i szydziła ze mnie, wrzeszcząc niczym natchniona. Rzuciłam się więc zrezygnowana na łóżko, aby odpłynąć w objęcia Morfeusza oraz ukoić moje skołatane do granic możliwości nerwy. Pomogło.

  I biada temu, kto pomyślał, że to córeczka doprowadziła mnie do chęci zabójstwa. Spokojnie, to tylko ropucha:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.