Najwyższa pora

  Brzydkie popołudnie dzisiaj. Czarne chmury mkną po niebie niczym rumaki, zapowiadając niechybne nadejście burzy. Nie jest zimno, ale tak jakoś nieprzyjemnie, a wiejący dosyć silnie wiatr uniemożliwia mi kontemplowanie w spokoju ostatnich dni lata. Mimo to jestem cała w skowronkach, a moje sampoczucie wywindowało się na dosyć wysoki poziom w mej prywatnej i zupełnie niepotrzebnej hierarchii dobrego humoru. Nie wydarzyło się nic specjalnego, tylko po prostu zauważyłam, że wreszcie zaczynam zakopywać dołek, do którego niespodziewanie wpadłam i robi się on coraz mniej widoczny. I bardzo dobrze, bo w końcu mogę śmiało powiedzieć, że przyszedł czas na zmiany!

  Odchudzam się, tym razem na serio. Po raz nie wiem już który postanowiłam przejść na poważną dietę i mam nadzieję, że przyniesie ona efekty. Mój rozmiar oscyluje wokół numeru 42 (w porywach 44), jednak moim marzeniem jest wbić się w czterdziestkę. Wczesnym latem już prawie mi się udało, jako że codziennie parę godzin spacerowałam z Gają, niewiele jadłam i dużo ćwiczyłam. Nieznośna apatia, która niespodziewanie mnie ogarnęła, pokrzyżowała resztę moich planów i zniweczyła cały mój wysiłek. W ciągu kilku tygodni przybrałam na wadze parę kilogramów i do tej pory ciągną się one za mną jak zaraza. Sama jestem sobie winna, że tak się stało, bowiem zamiast być silna, pocieszałam się słodyczami. A że często piekę ciasta, ponieważ mąż uwielbia moje wypieki, tym bardziej było mi ciężko nie podjadać. Przestałam dopiero wtedy, gdy zobaczyłam nowe fałdki na brzuchu (czyli na początku września), po czym zaczęłam sobie wyrzucać, jak mogłam być tak bezmyślna.

  Mąż sądzi, że przesadzam, bo gruba nie jestem i sama sobie stwarzam problemy. Według niego powinnam zaakceptować siebie i jeść wszystko, tyle że w małych ilościach. Gdyby to było możliwe, na pewno skorzystałabym z tej rady, lecz jest ona dla mnie niewykonalna. Wstyd się przyznać, ale nie potrafię się ograniczać. Nie umiem zadowolić się wyłącznie jedną kostką czekolady i muszę spałaszować co najmniej pół tabliczki, a wyrzuty sumienia przychodzą później. Tak już mam, więc wolę trzymać się z dala od słodyczy, choć nieustannie mnie nękają, gdyż uśmiechają się zapraszająco z każdego prawie miejsca w domu. Zazdroszczę mężowi, że może jeść wszystko, nawet wieczorami i nie przytyje ani grama. Gaja odziedziczyła jego geny, ponieważ jest szczuplutka i taką zapewne pozostanie, co bardzo mnie cieszy. Nie chciałabym, żeby była prześladowana przez równieśników, tak jak kiedyś ja. Domyślam się, że moje kompleksy mają swe źródło w dzieciństwie, które zostawiło we mnie trwały ślad i zaważyło na dalszym życiu. Patrząc w lustro, nadal widzę małą, zagubioną i wyszydzaną przez otoczenie dziewczynkę. Dlatego właśnie trudno mi pogodzić się z dodatkowymi kilogramami, mimo że obiektywnie rzecz biorąc, daleko mi do otyłości. I chociaż przeglądając się w oczach męża widzę atrakcyjną kobietę, to zmory przeszłości kładą cień na tym wizerunku.

  No dobra, czas zacząć działać, a nie wciąż narzekać! Rowerek stacjonarny od dziś zajmuje główne miejsce w pokoju (dwa już zajechałam, w związku z tym za niedługo pójdziemy z torbami), lodówkę zamknę na klucz, ewentualnie ją "zapustoszę", a słodycze przestanę kupować czy piec. Pan P. będzie co prawda zrozpaczony, ale że zmusza mnie do tego wyższa konieczność, to ufam, że długo nie pobiadoli. Na pocieszenie próbował odwrócić kota ogonem, stwierdzając, że wina leży po jego stronie, bo jest za chudy i musi przytyć, lecz nie ze mną te numery. Do końca roku muszę wrócić do formy, zatem żegnajcie ulubione łakocie:). Zaczynam od jutra!
Obsługiwane przez usługę Blogger.