Niczego nie żałuję

  W życiu potrzebne są radykalne zmiany. Trzy lata temu, gdy wprawiłam wszystkich w zdumienie oznajmiając, że rzucam pracę i wyjeżdżam, nie przypuszczałam jeszcze, iż będzie to najmądrzejsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam. Bo mimo że opuszczałam kraj dla miłości, miałam swoje obawy. Jako osoba, która całe dni spędzała w pracy, nie wyobrażałam sobie siedzieć w domu, nic nie robić, tylko zbijać przysłowowie bąki i gapić się bezmyślnie w ekran telewizora.

  I rzeczywiście, na początku było mi dosyć ciężko. Z dala od rodziny, z którą rzadko się rozstawałam, pomimo opieki narzeczonego, czasami czułam się samotna. Nie potrafiłam się przyzwyczaić do nowego porządku dnia, a godziny spędzone w domu niemiłosiernie mi się dłużyły. Z tego powodu w pierwszych tygodniach pobytu tutaj wyrzucałam sobie, że chyba za szybko zdecydowałam się na przeprowadzkę. Do głowy przychodziły mi różne pomysły, że mogliśmy to jakoś inaczej urządzić, zamieszkać w Polsce etc. Trochę potrwało, zanim nareszcie zaczęłam dostrzegać uroki przebywania na włoskiej ziemi. Już nie musiałam wstawać przed szóstą, mogłam wysypiać się do woli, czy delektować się smakiem porannej kawy. A kiedy na początku 2012 roku zaszłam w upragnioną ciążę, moje szczęście sięgnęło zenitu. Dotknął mnie cud macierzyństwa i chłonę go jak gąbka, a przebywanie z Gają daje mi niewyczerpane pokłady radości. I wszystko byłoby idealne, gdyby nie to, że wpadłam w sidła nostalgii, a pogłębiający się kryzys skutecznie zaburzył mój spokojny byt.

  Ostatnie miesiące były bardzo trudne. Ogarnął mnie posępny nastrój i tym samym zgubiłam gdzieś cel, do którego tak mozolnie dążyłam. Poczułam się tu jak w klatce, a brak znajomych dodatkowo spotęgował narastającą frustrację. Obwiniałam męża o to, że jesteśmy odludkami i zapomniałam, jak wiele uczynił dla naszego dobra. Piętno kury domowej również mocno się na mnie odcisnęło i często przeklinałam tę jałową niczym pustynia egzystencję. Przestało mnie cieszyć blogowanie, chociaż przeważnie dzięki pisaniu się relaksowałam, a nawet w pewien sposób spełniałam. Tymczasem odkąd przekonałam się, że w świecie internetu też dzieli się ludzi na lepszych oraz gorszych, odechciało mi się blogowania i nosiłam się z zamiarem zamknięcia strony. Nie zrobiłam tego, ponieważ mąż przekonał mnie do pielęgnowania pasji, ale radość z tworzenia i tak się ulotniła. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że przelewanie myśli na ten wirtualny papier ma dla mnie niebagatelne znaczenie, więc wróciłam do pisania ze zdwojoną energią. Ponadto widzę wreszcie światełko w tunelu i jestem pewna, że największy kryzys został zażegnany. Zdaję sobie sprawę ze tego, że powróci w najmniej oczekiwanym momencie, lecz znowu postaram się go ujarzmić. W końcu znamy się jak łyse konie.

  Co roku w rocznicę przyjazdu dostaję od męża symboliczną różę. Miałam zamiar dać mu do zrozumienia, że mógł się bardziej wysilić, bo mierzi mnie już ten kwiat, ale spojrzałam na różę i zwyczajnie się wzruszyłam. Warto było rzucić się na głęboką wodę, mimo ciągłych przeciwieństw losu i dobijającej tęsknoty. Opuściłam rodzinę, kraj i przyjaciół, jednak dostałam więcej niż mogłam sobie wymarzyć- ukochaną córeczkę, słońce mojego życia. Dlatego właśnie z pełną świadomością mogę powiedzieć, że niczego nie żałuję!
 


Obsługiwane przez usługę Blogger.