Nieznośna lekkość butów

  Dziś w nocy obudziła nas mała powódź. Pękła rura, więc sen diabli wzięli. Jako że niepodobna o tej porze znaleźć hydraulika, zakasaliśmy rękawy i zaczęliśmy usuwać szkody wyrządzone przez wodę. Nie okazały się one zbyt wielkie, ale byliśmy zaspani, toteż wydawało nam się, że mamy w domu jezioro. Aż tak źle oczywiście nie było, bo gdy oszacowaliśmy straty, wyszło na to, że ucierpiały jedynie kartony i reklamówki, które trzymaliśmy w pobliżu pechowej rury, także pozbyliśmy się ich bez żalu. Miałam w planach porządki, ale los jak zwykle postanowił za mnie, zatem gruntowne sprzątanie przesunęłam na czas nieokreślony.

  Rano pojawił się hydraulik- niemiły, opryskliwy i zmierzły, a do tego spóźnialski- przyszedł ponad godzinę po ustalonym terminie. Wszedł do domu i nie zdjął butów, bynajmniej nie przejmując się tym, że zapaskudzi mi podłogę. Włosi zresztą tak mają- chodzą po mieszkaniu w obuwiu, co dla mnie jest nie do przyjęcia, dlatego u nas w domu buty się ściąga. Wracając do hydraulika- naprawił wszystko sprawnie, biorąc za usługę niemałą kwotę i tyle go widziano. O fakturze rzec jasna zapomniał i Pan P. przez pół dnia próbował się do niego dodzwonić, lecz bezskutecznie. Widocznie nas nie polubił, wobec tego olewa telefony, choć uprzedziliśmy go o tym, że rachunek jest nam niezbędny, bowiem musimy przekazać go właścicielom.

  Miałam przestać bujać w obłokach, ale nie potrafię, ponieważ zwyczajnie to lubię. Często wykonując jakąś prostą czynność zatapiam się w marzeniach i zapominam o całym świecie, nie zważając na nic i na nikogo. Tak było i dzisiaj, kiedy kroiłam cebulę, która stała się dla mnie pretekstem do przeniesienia się w świat fantazji. Wyobrażałam sobie różne rzeczy i nawet nie zauważyłam, że deska do krojenia zabarwiła się na kolor intensywnie czerwony. Skaleczyłam się dość mocno i krew obficie sączyła się z mojego palca, przywracając mnie szybko do rzeczywistości. Nie znoszę widoku krwi i kiedy byłam dzieckiem, mdlałam z tego powodu dosyć regularnie. Tym razem zrobiło mi się tylko słabo i wylałam kilka łez, skarżąc się przy tym mężowi na zbyt ostry nóż, który ledwo co naostrzył. Jakiś czas później, mając rękę zablokowaną, stłukłam trzy talerzyki (niedawno zakupione) i prawie się poryczałam ze złości.

  Tymczasem początek tygodnia przyniósł niespodziankę. Mąż dostał kolejną propozycję uczenia w szkole, chociaż zazwyczaj dzwonią do niego pod koniec października z ofertami pracy. Cieszę się razem z Panem P., niemniej jednak nie jestem pewna, czy dwa etaty mają sens. W ciągu tygodnia praktycznie się nie widujemy i na samą myśl o tym, że nasze kontakty jeszcze bardziej się zawężą, wpadam w czarną rozpacz. Dodatkowy pieniądz zawsze się przyda, zwłaszcza gdy ma się małe dziecko, lecz obawiam się, że naszemu związkowi odbije się to czkawką. Nie ukrywam też, że jest we mnie nutka zazdrości, bo nie uśmiecha mi się być wyłącznie żoną swojego męża, a na to się niestety zanosi. Poza tym mąż będzie pracował nie tylko w tygodniu, ale również w weekendy, a i tak nie zarobi kokosów. Szkoda, że nie jest "z zawodu dyrektorem", wtedy proporcja byłaby odwrotna:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.