Osaczona krzykiem, opętana kawą

  Kawa- jedno małe słowo, a tak dużo dla mnie znaczy. To jedna z niewielu rzeczy, od których jestem uzależniona i nie funkcjonuję normalnie, gdy nie wypiję co najmniej dwóch filiżanek dziennie. A kiedy w domu brak kawy, dzień wywraca się do góry nogami i trudno jest mi skoncentrować się na czymkolwiek. I tak właśnie jest dzisiaj- od rana przetrącam półki w poszukiwaniu tego szlachetnego napoju, ale jedyne na co się natykam, to ten okropny szatan męża. Gdybym go wypiła, chodziłabym jak nakręcona i miałabym problemy z zaśnięciem. Daje bowiem niezwykłego kopa, spróbowałam go raz i już nigdy więcej się na to nie odważę.

  Gaja ogląda więc dziś mamę odrobinę zdesperowaną. Mogłabym co prawda zejść do sklepu, lecz jest on oddalony o pół kilometra i jakieś tysiąc schodów, toteż zwyczajnie mi się nie chce. Jak niektórzy z Was wiedzą, schody przytłaczają mnie od trzech lat i najprostsze wyjście z dzieckiem stało się dla mnie batalią. Nie mogę normalnie pójść na spacer, bo toczę boje już nie tylko ze schodami, a także z Gają, która chce schodzić z nich bez mojej pomocy, na co na razie jej nie pozwalam. Nic zatem dziwnego, że przy tych niezbyt sprzyjających okolicznościach architektonicznych kawa jest mi niezbędna, ponadto pomaga mi ukoić napięte nerwy. Ostatnio miałam wątpliwą okazję nieco się zirytować i to z naprawdę głupiego powodu, więc jak tak dalej pójdzie, zostanę kawową bankrutką. Recz miała miejsce w centrum handlowym i poważnie myślę nad tym, aby zawiesić na jakiś czas wizyty w galeriach.

  Nikt nie piszczy tak pięknie jak Gaja! Kiedy zacznie, nie może przestać i wyżywa się w ten sposób nie tylko w domu, ale też poza nim. Nie każdemu się to podoba, a niektórzy słysząc małą krzyczącą ze szczęścia, patrzą na nią z dezaprobatą. Na mnie zresztą tak samo, jakby chcieli powiedzieć: "ucisz ją, kobieto". Jest mi przykro, gdy widzę te spojrzenia, bo Kluseczka jest jeszcze malutka i nie potrafi zrozumieć, co jej wolno, a co nie. Mąż powtarza, że mam się nie przejmować, gdyż nasza córeczka to wspaniała dziewczynka i nikomu nie wyrządza krzywdy swoim zachowaniem. Według niego powinni się wstydzić ci, którzy spoglądają krzywo na Gaję, wszak niespełna dwuletnie dziecko nie jest w stanie przyswoić zasad kindersztuby. Pan P. ma rację, jednak tak już mam, że biorę wszystko osobiście. A wczorajszy, skądinad bardzo przyjemny wypad na zakupy, wspominam zgrzytając zębami ze złości.

  Wybraliśmy się do IKEI, żeby kupić parę drobiazgów i pooglądać nowe rewolucyjne rozwiązania. Buszowaliśmy po sklepie w poszukiwaniu perełek, a córeczka nie przeszkadzała nam w niczym, ponieważ spała w najlepsze. Obudziła się dopiero wtedy, gdy staliśmy w kolejce do kasy, no i zaczęła trochę marudzić.Wzięłam ją na ręce, lecz niewiele to pomogło i Gaja nadal kaprysiła. Po paru minutach zaczęły się zdegustowane spojrzenia klientów, a nawet niemiłe komentarze pod adresem Kluseczki. Czekaliśmy ponad 20 minut, zanim nas obsłużono i muszę przyznać, że było to dosyć męczące oczekiwanie.

  Nie lubię, gdy Kluseczka się denerwuje i jest zmierzła, ale na Boga, to jeszcze dziecko i nie wypada od niej żądać, by siedziała cicho jak mysz pod miotłą. Po tej przygodzie doszłam do wniosku, że albo to we mnie jest problem, bo jako przewrażliwiona mamuśka nie dopuszczam do siebie żadnej krytyki, albo z ludźmi faktycznie coś jest nie tak. Usłyszałam wczoraj zdanie, że kobiety z małymi dziećmi powinny siedzieć w domu, a nie pokazywać się w miejscach publicznych, gdyż zakłócają spokój innym. Może lepiej pozamykać nas w więzieniach, skoro nasze dzieci popełniają to przestępstwo, że zachowują się, jak na ich wiek przystało? Sama nie wiem, co dzieje się z tym światem i nawet nie mam kawy, żeby podumać na ten temat...
Obsługiwane przez usługę Blogger.