Poradnik negatywnego myślenia

  Zaczął się wrzesień, a mimo to nie nastąpiło żadne edukacyjne poruszenie, bowiem szkoły w Ligurii otwierają swe podwoje dopiero w przyszłym tygodniu, w niektórych zaś rejonach jeszcze później. Wróciła za to piękna pogoda i termometry wskazują ponad 30 stopni, lecz jakoś mnie to nie rusza. Mam rozległe plany dotyczące diety i zmian w moim życiu, niemniej jednak jestem przekonana, że jak zwykle skończy się na pustych słowach i tylko na nich. Od paru miesięcy nie mogę wyjść z marazmu, który mnie dotknął, a o tegorocznych wakacjach chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Przydałaby mi się jakaś egzystencjalna rewolucja, bo jak na razie to czas ucieka, a impas trwa, jakbym zatrzymała się w rozwoju.

  Mąż wrócił do umiłowanej pracy i nawet się z tego powodu cieszę, ponieważ trzy tygodnie spędzone razem niezbyt nam się udały. Bez przerwy wchodziliśmy sobie w paradę i nie potrafiliśmy uporać się z naszymi bolączkami. Tymczasem teraz w domu wszystko się ukształtowało, a otaczająca mnie cisza w niczym mi nie przeszkadza. Jak znam siebie, ten stan rzeczy potrwa krótko i za chwilę będę narzekać na to, że Pan P. pracuje całymi dniami, a ja czuję się opuszczona. Czasami wydaje mi się, że jest ze mnie zwykła jędza, a nie żona i w myślach dziękuję mężowi za jego świętą cierpliwość. Nic jednak nie poradzę na to, że czuję się przytłoczona tym miejscem i marzę o tym, aby się stąd jak najszybciej wynieść. Trzy lata tutaj w zupełności mi wystarczą i najchętniej już dzisiaj udałabym się na wędrówkę w poszukiwaniu lepszego jutra. Mój wpływ w tym zakresie jest niestety minimalny, bo jestem kurą domową i co ja mogę? Chyba tylko być rozgoryczona, co zresztą wyśmienicie mi się udaje. Gdyby nie Gaja, ocipiałabym do reszty, albowiem jedynie ona potrafi dbać o optymistyczne nastawienie mamy i umie przywrócić mnie do pionu. Kluseczka to mały domowy herszt, który stoi na straży prawa i porządku w naszej rodzinie, a jej uroczy uśmiech jest lekiem na parszywe zło oraz podstępną monotonię.

  Jakby nie dość było durnych pomysłów, to mam w zanadrzu jeszcze jeden (możliwe, że najgłupszy)- chodzi mi po głowie odnowa biologiczna. Niedawno śniło mi się, że przeszłam totalną metamorfozę i nikt nie poznawał mnie na ulicy. Moje włosy były lśniące, skóra gładka, brzuch miałam twardszy od Chodakowskiej, a spojrzenie zmysłowe niczym amantka. Sny zawsze bywają piękniejsze od rzeczywistości, a moje pragnienie zostania femme fatale chociaż w taki sposób się zrealizowało. Póki co zastanawiam się, jak ugryźć kończące się lato i staram się przywrócić utraconą dawno temu formę, z miernym rzecz jasna skutkiem. Jestem przepełniona negatywną energią i osobliwymi emocjami, mimo że humor dosyć mi dopisuje, a to za sprawą ogłoszenia, które znalazłam dziś w dziale praca (no, no). "Sprzedam męża, kupię kochanka"- autorka anonsu musi być widocznie nieźle zdesperowana (lub zwyczajnie cwana). Ja tam sądzę, że lepszy własny mąż w garści niż Brad Pitt na dachu, bo z mężczyznami nigdy nic nie wiadomo. A propos aktora, Pan P. oburzył się ostatnio na moje stwierdzenie, że jeśli Brad byłby naszym sąsiadem, siedziałabym nieustannie w oknie lub kukałabym zza firany (pokażcie mi chociaż jedną, która by tego nie robiła). "Wolisz go ode mnie"- spytał, rzucając mi zabójcze spojrzenie. Gdzie ja znajdę drugi taki oryginał?


Chciałam dać zdjęcie boskiego Brada, ale ten widoczek też jest fajny (w sam raz na koniec wakacji). Mąż nie czyta mojego bloga, za to ogląda zdjęcia, więc po co znów ma go zżerać zazdrość:).



Obsługiwane przez usługę Blogger.