W poszukiwaniu straconego czasu

  Koniec lata zbliża się powoli, acz nieuchronnie, mimo że pogoda wcale na to nie wskazuje. Temperatury powariowały i jest naprawdę gorąco, co widać zresztą na okolicznych plażach. Morze już nie świeci pustkami i nawet my wybraliśmy się tam z Gają, która była zachwycona wodą i pluskała się w niej niczym mała syrenka. W związku z tym poniewczasie ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, czemu nie chodziłam częściej z małą się kąpać, ale niejako mogę się usprawiedliwić niezbyt korzystnymi warunkami atmosferycznymi. Obiecałam sobie, że w przyszłym roku nadrobimy straty i choćbym miała przypominać orkę, nie poddam się kompleksom. Najważniejsze jest to, żeby Gaja się dobrze bawiła i korzystała z morza ile wlezie, a mama przecież zawsze może przykryć się ręcznikiem tudzież zasłonić mężem.

  Ostatnio mamy w domu głośne dni (z Włochem te ciche są wykluczone)- irytujemy się nawzajem i wiecznie szukamy dziury w całym. Pan P. przysiadł na laurach i jak na razie rozbrat z jego uczelnią wydaje się niemożliwy, a ja z tego powodu niepomiernie się irytuję. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką jestem niewdzięcznicą, lecz to miejsce od dawna wywołuje we mnie jakieś negatywne fluidy i nie mogę pogodzić się z faktem, że najprawdopodobniej przyjdzie nam się tu zestarzeć. Straciłam nadzieję na lepsze jutro, więc postanowiłam więcej nie wymagać od losu rzeczy nieosiągalnych oraz pogodzić się z otaczającą mnie rzeczywistością. Czas przestać marzyć i zacząć żyć, bo ani się obejrzę, a będę zbierała kwiatki od spodu. Krótko mówiąc, koniec z bujaniem w obłokach!

  Aby poprawić mi humor mąż zabrał mnie do centrum na zakupy, gdzie jak zwykle nakupiłam najwięcej ubrań dla Gai, jako że jesień może nas zaskoczyć lada chwila. Przy tej okazji naszła mnie refleksja, że odkąd mam Kluseczkę, widzę jak czas nieubłaganie pędzi. Przedtem nie zwracałam uwagi na to, że latka lecą i nie odczuwałam ich upływu, dopiero od momentu pojawienia się Gai czas stał się dla mnie zwyczajnie wymierny. Za niedługo miną dwa lata od urodzenia córeczki i czasami aż trudno mi uwierzyć, że to już tyle. Niedawno wybierałam śpioszki w rozmiarze 56 i gdy dzisiaj na nie patrzę (zachowałam komplet na pamiątkę), nadziwić się nie mogę, jaką Gaja była kruszynką. Leżała sobie spokojnie w łóżeczku, później grzecznie siedziała w kojcu, natomiast teraz biega jak szalona po mieszkaniu i nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Za żadne skarby nie chce iść pod rękę, kiedy jesteśmy na dworze i wyrywa mi się z całej siły, jakbym wyrządzała jej krzywdę. Kluseczka to nie tylko mały uparciuch, lecz także potworna złośnica, zatem można powiedzieć, że charakterek odziedziczyła w genach po tatusiu. Jest moim największym szczęściem i dla niej muszę być silna, ponadto gdyby nie ona, uciekłabym stąd gdzie pieprz rośnie.

  Wczoraj przez moment byłam przekonana, że zostaliśmy milionerami. Chcąc rozmienić pieniądze kupiłam zdrapkę (choć rzadko się w to bawię), a po zeskrobaniu liczb jakimś cudem pomyliłam wygrany numer i wydawało mi się, że przypadła nam w udziale suma dwóch milionów euro. Z wrażenia prawie stanęło mi serce i już zaczęłam w myślach robić plany, gdy mąż rzucił okiem na feralną zdrapkę, po czym brutalnie przywrócił mnie porządku. Okazało się, że owszem, wygraliśmy, ale tylko 20 euro i bynajmniej nie staliśmy się nowobogackimi. Bardzo tego żałuję, ponieważ dwa miliony euro bez wątpienia ułatwiłoby nam funkcjonowanie i zapewniłoby bezpieczną przyszłość Gai. Pan P. powiada, że mam się nie zadręczać, bo ważne jest to, że jesteśmy zdrowi, a milionerami na pewno kiedyś będziemy. Chyba tylko incognito, chociaż w głębi duszy czuję się miliarderką, gdyż posiadam największy skarb na ziemi- moją małą córeczkę!


Udało mi się zrobić zdjęcie promu wycieczkowego- chętnie bym się wybrała na rejs po morzu, ale jedynie mogę sobie popatrzeć:).


Obsługiwane przez usługę Blogger.