Zwariuję jak nic

  Wszystko umyka mi dzisiaj. Nie wyspałam się, więc z trudem wygramoliłam się z łóżka, a kiedy to zrobiłam, zaraz tego pożałowałam. Wyjrzałam bowiem przez okno, gdzie czekała mnie niespodzianka, którą tak lubię- deszcz. Przyzwyczaiłam się już do tego, że im bliżej do weekendu, tym pogoda robi się coraz mniej znośna i krzyżuje mi szyki. Nadchodzi jesień, zatem muszę się przygotować na wahania temperatur, a tym samym i moich nastrojów, gdyż jestem przekonana, że deprecha jesienna prędzej czy później nadejdzie. Wygląda też na to, że sobotnie plany po raz kolejny spalą na panewce, bo burzy przechytrzyć się nie da. Oby prognozy okazały się mylne, inaczej znów spędzimy daremny weekend.

  Gaja nie przejęła się wcale ulewą. W przeciwieństwie do mamy, mała jest jak zwykle energiczna i uśmiech nie schodzi z jej ślicznej buzi. Najchętniej cały dzień spędziłaby na podłodze, jako że uwielbia latać po mieszkaniu i odkrywać nieznane zakątki. Bryka od rana i nie przerażają jej grzmoty, których ja panicznie się boję. Obserwuję córeczkę w akcji i myślę sobie, jak niewiele potrzeba, żeby zadowolić dziecko. Wystarczy odrobina przestrzeni, szczypta niezależności i kochający rodzice, a to Kluseczka ma w nadmiarze. Nie ma takiej rzeczy, której bym dla niej nie zrobiła, bo Gaja już dawno temu okręciła sobie mnie wokół małego paluszka i wykorzystuje ten fakt z pełną świadomością prawie dwuletniej spryciuli.

  Wczoraj mąż miał wolne, zatem skorzystałam z okazji i udałam się do fryzjera, wybiegając z domu w podskokach. Nie da się ukryć, że wypad ten był dla mnie odskocznią od rutyny oraz okazją do chwilowego relaksu. Pan P. zapewnił mnie, że mam się niczym nie przejmować, ponieważ zajmie się córeczką i zrobi porządki. Co do opieki nad małą nie miałam żadnych wątpliwości, natomiast czy mieszkanie będzie wysprzątane, w to raczej nie wierzyłam. I bynajmniej nie dlatego, że mąż ma dwie lewe ręce i nic nie potrafi. Wprost przeciwnie, jest wielkim pedantem i przez to czasem doprowadza mnie do szewskiej pasji. Tak się złożyło, że rzadko zostaje sam z Gają i jej możliwości psocenia dopiero musi docenić. A skoro mi nie jest łatwo mieć na oku Kluseczkę i cały dom (choć nieskromnie przyznam, że się wyrobiłam), to mężowi tym bardziej lekko być nie powinno.

  Moje obawy okazały się uzasadnione, bo gdy wróciłam, to natknęłam się na mini tsunami. Brudne naczynia w zlewie, rozwalona pościel, zabawki porozrzucane dosłownie wszędzie, a w środku tego chaosu zadowolony mężuś z zachwyconą córeczką szaleli w najlepsze. Biedny mąż nie dał rady nic zrobić i na własnej skórze przekonał się, że bycie kurem domowym nie jest takie proste, jak mu się wydawało. Bałagan postanowiłam ogarnąć wieczorem, gdyż miałam w planach jeszcze jedno wyjście- do sklepu dziecięcego. Poszliśmy tam i dobrze się stało, bowiem za sprawą pewnej tlenionej blondynki nieźle się uśmiałam.

  Kobieta przykuła moją (i nie tylko) uwagę niekonwencjonalnym ubiorem, szpilkami na niebotycznych obcasach i jeszcze większym ego, które biło od niej na kilometr. Poruszała się tak, jakby była na wybiegu, słała powłóczyste spojrzenia każdemu napotkanemu mężczyźnie i nie ominęła mojego męża, a jej wzrok mówił tyle co: "wystarczy, że palcem kiwnę, a będziesz mój". Pan P. nie znosi wulgarnych bab z kilogramową tapetą na twarzy, toteż nic sobie z tego nie robiłam, niemniej jednak babsztyl mnie wkurzył. Nie znoszę kobiet, którym wydaje się, że są najpiękniejsze i muszą to demonstrować na każdym kroku.

  Kiedy damulka zeszła piętro niżej (sklep ma dwa poziomy), a my również zamierzaliśmy tam iść, zdecydowałam, że wolę zostać na górze, bo nie chciałam sobie psuć humoru jej widokiem, więc mąż poszedł sam. Czekałam na niego spokojnie z Gają, gdy znów zobaczyłam blondi, tym razem wchodzącą po schodach. Olałam babę i miałam się odwrócić, lecz nagle usłyszałam przeraźliwy krzyk. Tleniona potknęła się o stopień i wyrżnęła jak długa na ziemię, a jeden z jej butów wylądował w pobliskim łóżeczku. Miłej pani zrzedła mina, zaczerwieniła się jak wiśnia i szybko wybiegła ze sklepu, chwytając w locie pechowe czółenko. No cóż, jeśli nie widzi się nic poza końcówką własnego nosa i cudzymi mężami, zdecydowanie kiepsko się na tym wychodzi. Zawsze twierdziłam, że szpilki nie są odpowiednim obuwiem na zakupy i okazało się, że miałam rację:). A kysz, modliszko!

A taka pogoda jest dziś u nas:


Obsługiwane przez usługę Blogger.