Najdalej jak się da

by 28 października
  Nadmiar pecha szkodzi zdrowiu, przekonałam się o tym na własnej skórze. Wszystko zaczęło się od tego, że wczoraj po raz kolejny został wyłączony dopływ wody i znowu nikt nas o tym fakcie nie uprzedził. Wielki pan kanalia administrator, który najeża się na każdą pierdołę, nie pokwapił się, aby wywiesić kartkę na klatce schodowej, mimo że poniekąd należy to do jego obowiązków (chyba tylko poniekąd). Kiedy patrzę na tego faceta, a zwłaszcza go słucham, od razu staje mi przed oczami gospodarz domu z kultowego serialu "Alternatywy 4" i jego słynne powiedzonka. Łazi po kamienicy jakby był jej właścicielem, patrzy uważnie w najmniejszy kąt i działa mi wyjątkowo na nerwy, bo nie przepadam za bucami. Spytałam go, czemu nie poinformowano lokatorów o tym, że nie będzie wody, a on oczywiście zbagatelizował sprawę. Powiedział do mnie: "my tu we Włoszech radzimy sobie nie z takimi niedogodnościami, a cztery godziny bez wody to nie jest przecież tragedia, więc wyluzuj, droga pani". Mieszkam tu już wystarczająco długo i śmiem twierdzić, że Włosi w obliczu katastrof dają sobie radę o wiele gorzej niż Polacy. No cóż, "tego by nawet i Sofronow nie wymyślił" drogi cieciu, przeto nie zamydlaj mi oczu.

  Brak wody spowodował, że przez pół dnia byłam praktycznie zablokowana i nie mogłam nic zrobić. Nie miałam nawet wody niegazowanej, chociaż zazwyczaj w domu jest zapas, jednak jak to w takich sytuacjach bywa, akurat się skończyła. Chodziłam zatem od pokoju do kuchni głodna i wkurzona, zastanawiając się, czy aby żyję w normalnym kraju. Okna, które chciałam umyć, musiałam na nowo pozamykać i gdy to robiłam, przydarzył mi się mały wypadek. Rąbnęłam nadgarstkiem w ciężką klamkę okna i efekt jest taki, że lewą rękę mam unieruchomioną, w związku z czym stukam na klawiaturze jak amatorka. Nie jest to rzecz jasna poważna kontuzja, niemniej ręka mnie boli i nie jestem w staniu długo nosić Gai.

  Jakby tego było mało, wysypałam dzisiaj sól i to nie szczyptę lub łyżeczkę, ale całą puszkę. Nie jestem osobą przesądną i nie wierzę w zabobony, lecz na wszelki wypadek wysypałam za siebie trochę feralnej soli. Podłoga, którą przedtem umyłam zrobiła się śnieżnobiała i ponownie byłam zmuszona zabrać się do tej samej roboty (nienawidzę powtarzać sprzątania). Zapomniałam wszakże o tym, że sól się poci (jak to określa mój mąż) i zamiast odkurzyć, pozamiatałam ją, więc podłoga cały czas sprawia wrażenie mokrej. Wspominałam już niejednokrotnie, że daremna pani domu ze mnie i nie zanosi się na to, żeby moje zapędy ambitnej kury domowej uległy poprawie. Czasem się dziwię, jak pedantyczny Pan P. jest w stanie ze mną wytrzymać, bowiem sama ze sobą często nie jestem w stanie. Niezmierzona jest potęga miłości.

  Niespełna dwa tygodnie dzielą nas od drugich urodzin Gai i właśnie się dowiedziałam, że spędzimy je sami. Teściowie nie przyjadą, ponieważ mają zaplanowane wizyty u lekarza i kupę innych spraw, ale moim zdaniem to ściema. Prawda jest taka, że teść nie za dobrze się u nas czuje i nie uśmiecha mu się tutaj przyjeżdżać. Teściowa z kolei namawia nas do odwiedzin Sardynii, lecz nie opłaca nam się jechać na parę dni, czego mama męża nie potrafi zrozumieć. Niezmiernie mi przykro, że Kluseczka nie będzie miała gości i babcia nie upiecze jej tortu, pomimo to wyprawimy jej huczne urodziny i będziemy świętować w trójkę. Przeklęta rodzinna izolacja zaczyna mi coraz mocniej doskwierać i nie mogę się doczekać, kiedy stąd uciekniemy. Mąż również ma dość życia tutaj i nieśmiało przebąkuje o tym, by rzucić pracę, przenieść się na jego wyspę i zacząć od nowa. Szczerze mówiąc, nie miałabym nic przeciwko temu, bo wszystko jest lepsze od samotni tutaj. "Albo rybka, albo pipka, jak powiedział Hamlet", więc do dzieła, mężu, do dzieła!


Sardynia- tak blisko, a tak daleko...

 






Rasizm, kryzys, brudne pranie

by 24 października
  Nie znoszę doczepiania łatek, oceniania na podstawie pozorów i patrzenia na innych przez pryzmat wyglądu czy grubości portfela. Takie podziały rodzą nietolerancję i chociaż to słowo jest nadużywane w dzisiejszych czasach, dużo wody musi jeszcze w rzece upłynąć, zanim naprawdę staniemy się wyrozumiali. Nie akceptuję wszystkiego, co narzucają media w imię szeroko rozumianej poprawności politycznej, gdyż odnoszę wrażenie, iż wymuszają coś od nas na siłę. Pewne rzeczy do mnie docierają, drugie natomiast nie i nikt nie jest w stanie mnie do nich przekonać. Nie krzywdzę jednak nikogo słowem, bo sama byłam przez lata wyszydzana z powodu nadwagi i wiem, jak wymierne w skutkach może być wyśmiewanie odmienności. Łatwo powiedzieć, że jest się tolerancyjnym, natomiast trudniej to wykonać, o czym przekonałam się niejeden raz. Dlatego szczerze nie znoszę, gdy przykleja mi się etykiety, które nijak mają się do mojej osoby, a tak właśnie niedawno się stało. Zostałam nazwana rasistką i nie będę ukrywać, że bardzo ubodło mnie to określenie. Taka bowiem ze mnie rasistka, jak z koziej dupy trąba.

  Kamienica, w której mieszkam jest skupiskiem różnych narodowości, wyznań i kultur. Pod nami przebywa rodzina Arabów, piętro wyżej małżeństo włosko-indyjskie, a jeszcze dalej żyje para z Ameryki Południowej. Nikt się z nami nie spoufala, niektórzy nawet nie odwzajemniają na moje ukłony, lecz tym przestałam się już przejmować. Ostatnio zaś wprowadzili się kolejni lokatorzy - młoda ciemnoskóra dziewczyna oraz typowy włoski żigolo i wydali mi się oni dosyć sympatyczni. Okazało się jednak, że była to ocena na wyrost, ponieważ wczoraj starłam się z żeńską przedstawicielką tej oryginalnej pary. Dziewczyna jest niesłychanie pewna siebie i nie brakuje jej ani języka w gębie, ani tupetu. A poszło o... pranie.

  Pogoda w tym tygodniu dopisuje, toteż korzystam z promieni słonecznych i wygrzewam się na balkonie wraz z Gają. Kluseczka bawi się radośnie na ziemi, ja czytam i tak spędzamy coraz krótsze jesienne dni. Wczoraj powiesiłam pranie i chciałam się zrelaksować, ale na dobrych chęciach się skończyło. Ubrania suszyły się w ekspresowym tempie, gdy nagle zauważyłam, że zaczęły ociekać brudną wodą. Spojrzałam w górę i zobaczyłam nową sąsiadkę, która wycierała podłogę na swoim balkonie, po czym opróżniła wiadro wylewając wodę na moje i dwa inne prania. W pierwszej chwili myślałam, że się przywidziałam, lecz nie były to spowodowane słońcem omamy. Wzięłam więc Kluseczkę, poszłam do tej dziewczyny i grzecznie ją zapytałam, co wyprawia. Sąsiadka zareagowała agresją i wyzwała mnie od rasistek, bo według niej zwróciłam jej uwagę wyłącznie dlatego, że "jest czarna". Z niespotykaną cierpliwością wytłumaczyłam dziewczynie, że jej kolor skóry nie ma znaczenia i dla mnie mogłaby być nawet zielona, ale nic to nie dało. Stwierdziła, że nie będzie dyskutować z wrednymi rasistkami i wyraziła zdumienie, jaki daję przykład córce. Pozbierałam się i poszłam do siebie, a w uszach nadal nieprzyjemnie brzmiało mi słowo "rasistka". Nie kłóciłam się z tą małolatą, niemniej po przyjściu do domu prawie się popłakałam, gdyż zawsze tak reaguję na wszelkiego rodzaju dyskusje. Nie umiem prowadzić rozmów w nerwach, bowiem tracę nad sobą kontrolę i łzy szybko mnie opanowują. Tak mam i nie potrafię znaleźć na to żadnego remedium.

  Czytałam gdzieś, że nie ma sensu wdawać się w polemiki z ciemnoskórymi przebywającymi na włoskiej ziemi, ponieważ sprowadzają oni wszystko do jednego i odwracają kota ogonem. Włosi stosunek do obcokrajowców mają taki sobie z tej przyczyny, iż jest ich w Italii za dużo. Poza tym w dobie kryzysu miejscowych denerwuje to, że państwo najpierw pomaga imigrantom, a dopiero później im. Przybysze ze świata dostają miesięcznie czek na ponad 1700 euro i nie muszą pracować, podczas gdy obywatelom Włoch nie przysługuje zapomoga. Z tego też powodu panuje tu niechęć społeczna do przyjezdnych, bo ludzie uważają, że obcy zabierają im kasę. Mój mąż też się na to zżyma, zwłaszcza że jedyne, co możemy dostać od państwa to wielka figa z makiem. Utrzymuje mnie mąż, więc teoretycznie nic nam nie brakuje i mamy za co żyć. Szkoda, że w praktyce nie wygląda to już tak kolorowo.

  Dzisiaj rano idąc po bułki natknęłam się na dziewczę, które zapaskudziło mi pranie. Powiedziałam jej "cześć", na co ona strzeliła focha, obróciła się na pięcie i oznajmiła, że z rasistkami się nie wita. Boski żigolo, który jej towarzyszył, uśmiechnął się szeroko, puścił mi oczko i szepnął ukochanej: "wyluzuj się". Widocznie dobrze zna napady humoru swojej dziewczyny. A pranie dla pewności powiesiłam w kuchni. Oby sąsiadce nie zachciało się umyć okien...

Gdy dziecko się boi

by 20 października
 Czasem chciałabym być odcięta od świata, nie słyszeć pewnych rzeczy i mieć święty spokój. Parę miesięcy temu Włochy obiegła tragiczna wiadomość o samobójstwie dziewięcioletniej dziewczynki, która wyskoczyła z balkonu mieszkania na ostatnim piętrze. Nikt nie rozumiał, dlaczego tak się stało, wszak mała nie miała ku temu powodów. Okazuje się, że jednak miała, bowiem autopsja wykryła przyczynę targnięcia się dziewczynki na swoje życie- ktoś wykorzystywał ją seksualnie. Gdy to usłyszałam, przeszły mnie ciarki. Jaką trzeba być bestią, żeby molestować bezbronne dziecko? Dla pedofilów nie mam litości i uważam, że kary dla nich przewidziane są zdecydowanie za niskie. Gdyby to ode mnie zależało, kazałabym wykastrować typa i na resztę życia wsadziłabym go do więzienia o zaostrzonym rygorze. Pedofilia to najgorsza ze zbrodni i trzeba ją ostro tępić. Matka aniołka nie wiedziała o niczym, za co zresztą już się jej dostało od opinii publicznej. No bo jak to możliwe, że nie była świadoma tego, co działo się z jej córeczką? To akurat jest wytłumaczalne, gdyż dzieci potrafią się dobrze maskować, a że boją się swych prześladowców, tym bardziej milczą i sprawiają wrażenie, iż wszystko jest w porządku. Matka dziewczynki zapowiedziała, że gdy dowie się kto gwałcił jej dziecko, zabije pedofila z zimną krwią, nawet jeśli będzie musiała za to odpowiedzieć. Nie jestem zwolenniczką przemocy, ale w tym wypadku całkowicie tę biedną kobietę popieram.

  Sprawa ta spowodowała, że powróciłam w myślach do lat dzieciństwa. Nigdy nie padłam ofiarą gwałtu, niemniej były sytuacje, w których czułam, że coś jest nie tak ze strony dorosłych osób. Kiedyś nocowałam u najlepszej koleżanki i miałam wątpliwą przyjemność doświadczyć na własnej skórze, czym jest zły dotyk. Do kumpeli przyjechał 40-letni wujek, przykładny ojciec rodziny, stawiany otoczeniu za wzór. Spałyśmy w pokoju z Karoliną, a gdy ta poszła wieczorem do łazienki, niepostrzeżenie pojawił się jej wujaszek i zaczął mnie głaskać po udach. Na szczęście Karolina szybko wróciła, więc jej stryjek wyniósł się z pokoju jak niepyszny, a ja przez całą noc nie mogłam zasnąć. Nie podobało mi się to, co zrobił ten człowiek i nie pojmowałam czemu ogarnął mnie paraliżujący strach, kiedy mnie dotykał. Miałam wtedy jedenaście lat i do głowy mi nie przyszło, że to co się wydarzyło podchodziło pod molestowanie seksualne. Nikomu o tym nie powiedziałam z tej prostej przyczyny, że się wstydziłam. U Karoliny już nie nocowałam.

  Innym razem wracałam wieczorem z osiedlowego sklepu, który był oddalony o naszego domu o jakieś 50 metrów. Mama posłała mnie po chleb i idąc z powrotem, zauważyłam naprzeciwko mnie brodatego mężczyznę. Dziwnie mi się przyglądał i gdy byłam już blisko niego, rozpiął spodnie i zaczął się masturbować. Spoglądał przy tym na mnie lubieżnym wzrokiem, a obleśny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Kiedy go minęłam, biegiem popędziłam do domu i uspokoiłam się dopiero na klatce schodowej. Serce biło mi jak szalone, bo byłam pewna, że facet pójdzie za mną i zrobi coś złego. Przekroczyłam próg mieszkania, położyłam chleb na stale i zamknęłam się u siebie w pokoju. Wiedziałam, że jestem już bezpieczna, lecz mimo to uczucie lęku towarzyszyło mi do rana, a gęstą brodę drania miałam ciągle przed oczami. Niezłe przeżycie jak na trzynastoletnią dziewczynkę.

  Mój mąż zwykł mawiać, że nie należy się obawiać ludzi nieznanych, ale tych, którzy są obok nas. Zawsze gdy o tym wspomina, przypominam sobie jednego z sąsiadów i historię z nim w roli głównej. Bawiłam się z koleżankami na podwórku, grałyśmy w dwa ognie i w pewnym momencie piłka wleciała nam do piwnicy. Zaoferowałam się, że po nią pójdę, a w piwnicy spotkałam sąsiada, którego podświadomie nie znosiłam. Powiedziałam mu "dzień dobry", a on pochylił się nade mną, chwycił mnie za ramię i chciał pocałować. Zdobyłam się wtedy na odwagę, spoliczkowałam go i uciekłam. Na odchodnym powiedział mi: "Nie mów nic mamie, bo cię dopadnę" i oczywiście udało mu się mnie wystraszyć. Mama dowiedziała się, jakiego wieprza ma za sąsiada dawno po fakcie i była bardzo zła o to, że przyznałam się jej tak późno. Poszła do niego i solidnie go ochrzaniła, a facet się wszystkiego wyparł. Stwierdził, że mam bujną wyobraźnię i żadnych dowodów przeciw niemu, więc nic mu zrobić nie możemy. Cóż, nie od dziś wiadomo, że najlepszą obroną jest atak.

 Po latach doszło do mnie, że zachowanie tych mężczyzn było niezgodne z prawem. Rozmawiałam o tym, co mi się przytrafiło w gronie koleżanek i zadziwiające było to, jak wiele dziewczyn doznało podobnych upokorzeń. I prawie każda z nich zostawiła to dla siebie, bo albo została przez łajdaka zastraszona, albo nie miała odwagi się przyznać. Od jednej ze znajomych usłyszałam zaś, że w sumie to nie dziwi się moim prześladowcom, ponieważ byłam nadzwyczaj rozwinięta jak na swój wiek, toteż mogli się pomylić. Gdyby głupota mogła fruwać... Nic nie usprawiedliwa i tłumaczy molestowania, a to, że w wieku 13 lat urosły mi piersi absolutnie nie dawało nikomu przyzwolenia na bezkarnie obłapianie mojego ciała. Jeśli tak będziemy myśleć, do niczego nie dojdziemy. Ktoś niedawno powiedział, że kobiety same sobie są winne gwałtu, gdyż ubierają się wyzywająco. Moja bystra koleżanka chyba sądzi podobnie- miałaś duże cycki, zatem to logiczne, że cię obmacywano. I tak z ofiary stałam się prowokatorką, co prawda nastoletnią i nieświadomą swojej kobiecej mocy sprawczej, ale co tam. Mea pieprzona culpa...
 

Kryminalne zagadki dzieciństwa

by 16 października
  Nie wiem, czy to oznaka tęsknoty za dzieciństwem, czy może tego, iż zwyczajnie się starzeję, ale wydaje mi się, że kiedyś wszystko było normalniejsze, a już zwłaszcza stosunki międzyludzkie. Gdy chciałam z kimś porozmawiać, nie musiałam odpalać komputera, tylko wychodziłam na dwór, spędzałam czas z koleżankami i przednie się bawiłam. Z sąsiadami znaliśmy się jak łyse konie, sąsiadki zostawiały u nas swoje dzieci (z racji tego, że mama nie pracowała), co dzisiaj jest nie do pomyślenia. Każdy żyje dla siebie, nie ma spoufalania się, ludzie ograniczają się wyłącznie do "dzień dobry", chociaż z tym w naszej klatce większość lokatorów ma problem. Mieszkamy tu od trzech lat, nie znamy praktycznie nikogo i przyznam szczerze, że nie podoba mi się ten stan rzeczy. Nie chodzi mi o to, by cały dzień plotkować z sąsiadkami o duperelach, lecz zwyczajnie pogadać, wymienić poglądy, spytać co u nich etc. Myślałam, że po urodzeniu Gai lody się przełamią i ludzie zainteresują się najmłodszą członkinią wspólnoty, ale były to jedynie moje pobożne życzenia.

  W latach 80-tych ubiegłego stulecia mieszkaliśmy w typowo śląskim familoku, gdzie toalety mieściły się na klatce schodowej, sąsiedzi wchodzili do nas jak do siebie i byliśmy jedną, wielką rodziną. Pamiętam, że szczerze nie znosiłam sąsiadki z naprzeciwka, gdyż uwielbiała mnie straszyć, a im bardziej widziała mnie przerażoną, tym mocniej się cieszyła. Pokazywała mi książkę jakiegoś słynnego misjonarza z Afryki oraz zdjęcia zagłodzonych dzieci, po czym zapewniała mnie, że gniew boży nie ominie nikogo i wszyscy za niedługo umrzemy na AIDS. Panicznie bałam się tego słowa i zatrwożona mówiłam mamie, że "nie chcę chorować i umrzeć na ten ejids jak małe murzynki" (poprawność polityczna wtedy nie istniała). Mama ostrzegała sąsiadkę, aby przestała się nade mną znęcać, ponieważ wyciągnie konsekwencje z jej postępowania, ale pani Gryjta bynajmniej się tym nie przejmowała. Sama miała siedmioro dzieci (w tym sześć córek), lecz nie przeszkadzało jej to prześladować kilkuletniej dziewczynki. Do tej pory widzę zieloną okładkę książki z chorymi maluchami na okładce i dochodzę do wniosku, że baba musiała mieć nierówno pod kopułą. Jak można się cieszyć z tego, że doprowadziło się do łez niewinne dziecko? Gdyby ktoś tak postąpił z Kluseczką, chyba bym mu nogi z dupy powyrywała (o ile nie gorzej). Moja mama aż tak radykalna nie była, jednak nie mam do niej o to pretensji, bo nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji.

  W familoku oprócz nas mieszkało jeszcze pięć rodzin, a jeden z jej członków okazał się być perfidnym złodziejem. Ukradł mamie przepiękny pierścionek zaręczynowy, choć dobrze wiedział, jakim sentymentem darzyli go rodzice. Miałam wtedy cztery lata, siostra pięć i to my byłyśmy niejako przyczyną wtargnięcia gagatka do naszego domu. Bawiłyśmy się na podwórku, mama gotowała obiad i spoglądała na nas przez okno, jednak w pewnym momencie zniknęłyśmy jej z widoku. Pobiegłyśmy beztrosko za blok, więc mama przyleciała za nami, a kiedy była już blisko, nagle krzyknęła: "pierścionek" i pobiegła z powrotem do mieszkania. Zostawiła go jak zwykle na lodówce, ale gdy wróciła do domu ślad po nim zaginął, o czym podpowiedział jej jakiś nadzwyczajny zmysł. Ktoś widział mamę wybiegającą z mieszkania i porwał bez skrupułów cenną pamiątkę rodzinną. Tylko sprawdzona osoba wiedziała, w jakim miejscu mama kładła biżuterię, zatem to logiczne, że złodziejem mógł być jedynie ktoś z sąsiadów. Na ten temat możemy sobie zaledwie polemizować, bo oczywiście żaden się nie przyznał. Moje podejrzenia już dawno zawęziły się do jednej osoby, lecz nie przyłapałam jej na gorącym uczynku, wobec tego nie będę jej publicznie oskarżać. Mogę powiedzieć tyle, że okradła nas kobieta.

  Mama po stracie pamiątki nie mogła sobie wybaczyć, że zostawiła otwarte drzwi. Wypytawała sąsiadów, którzy bardzo jej współczuli (niektórzy fałszywie), przestawiała lodówkę i szukała pierścionka w każdym możliwym kącie, łudząc się, że może gdzieś jej wpadł. Gdyby szerzej otworzyła oczy, zobaczyłaby kto jest sprawczynią zajścia, ale problem tkwił w tym, że tego nie chciała. Wolała pozostać w dobrej relacji z sąsiadką-sroką, mimo że ta na to nie zasługiwała. Do mnie prawda dotarła kilkanaście lat później, a że szczegóły miałam wyryte w pamięci, łatwo się domyśliłam kim jest winowajczyni. Mam nadzieję, że sprzedała pierścionek z zyskiem i przeznaczyła pieniądze na pożyteczny cel, a nie przehulała na błahostki. Niezmiernie żałuję, że "to se ne vrati", gdyż pokazałabym hienie, gdzie raki zimują i nie pozwoliłabym jej na kradzież. Mama ciągle się zastanawia, kto ją tak urządził, a przecież to oczywiste. Najciemniej jest pod latarnią, prawda?

W cieniu powodzi

by 13 października
   To miał być weekend pełen wrażeń, no i był.... Miasto po raz kolejny nawiedziła nawałnica, a noc z piątku na sobotę okazała się najcięższą, jaką do tej pory tutaj przeżyłam. Grzmiało i lało tak bardzo, iż spodziewałam się najgorszego. Byłam pewna, że deszcz wedrze się przemocą do mieszkania i nas zaleje, bo tak ogromną miał siłę. Przez całą noc nie zmrużyłam oka i rozważałam różne opcje ewakuacji, chociaż dobrze wiedziałam, że w razie czego nie mielibyśmy w starciu z naturą żadnych szans. Chodziłam od okna do drzwi i wydawało mi się, że za chwilę woda przełamie wrota, a my będziemy zmuszeni bezskutecznie się ratować. Mąż starał się mnie uspokoić, ale na próżno, gdyż wpadłam w panikę i dopiero bladym świtem jakoś udało mi się dojść do siebie. Cieszyłam się, że Kluseczka jest bezpieczna i nic jej nie grozi, bowiem to o nią drżałam najmocniej.

  Nigdy nie ukrywałam tego, że nie przepadam za Genuą i wolałabym żyć gdzie indziej, niemniej jednak widok miasta na kolanach zwyczajnie mnie zasmucił oraz spowodował, że uroniłam kilka łez. Mieszkamy wysoko i nasze osiedle nie poniosło dużych strat, lecz gdy zeszliśmy niżej, zobaczyliśmy potworne skutki powodzi. Genua została bezlitośnie zdewastowana, ponieważ woda wdarła się dosłownie wszędzie. Nie obroniły się przed nią sklepy, parterowe mieszkania, garaże i samochody, które pływały po ulicy, po czym zderzały się z latarnią czy drzewem. Miasto zamieniło się w morze błota i gdyby nie pomoc wolontariuszy, pewnie do tej pory byśmy w nim brodzili. Poruszające było to, że w obliczu klęski ludzie nie narzekali, choć mieli do tego święte prawo, tylko wzięli się do roboty. Nastąpiła powszechna mobilizacja, bo znowu się okazało, że na pomoc władz nie ma co liczyć.

  Jak to możliwe, że druga w ciągu paru lat powódź przyniosła jeszcze większe straty niż poprzednia? Prognozy zapowiadały załamanie pogody, zatem można było się przygotować i zminimalizować skutki katastrofy, zwłaszcza że rząd przeznaczył do tego niemałe środki. Problem w tym, że do tej pory są one zablokowane, bowiem opieszałość włoskiej biurokracji nie ma sobie równych. Trzy lata nie wystarczyły, aby urochomić proces wypłat, mimo że takie sprawy powinny być traktowane priorytetowo. Premier Renzi zapowiedział co prawda, że biurokracyjne błoto zostanie zlikwidowane, nawiązując tym samym do słynnego już błota zalewającego Genuę, wszelako po ptokach może sobie obiecywać do woli.Wczoraj porządkujących centrum zaszczycił obecnością burmistrz miasta, lecz nie spotkał się z miłym przyjęciem społeczeństwa. Chodził między ciężko pracującymi wolontariuszami, chcąc ich duchowo wesprzeć, aż jakiś człowiek krzyknął mu, żeby wziął łopatę i dał obywatelski przykład, zamiast pleść bzdury. Facet z jajami tak właśnie by postąpił, ale nieszczęsny burmistrz wolał wziąć dupę w troki i wynieść się jak najdalej. Wielkie panisko nie chciało sobie pobrudzić swych delikatnych rączek, aczkolwiek asystowanie w odbłoceniu przysporzyłoby mu najwięcej sympatii. Polityków obchodzi wyłącznie ich koryto i z tego powodu szczerze ich nie znoszę.

  Tak, jestem rozgoryczona i nie mam zamiaru tego ukrywać. Zdaję sobie sprawę z tego, że natury nie da się ujarzmić, lecz można załagodzić jej objawy. Podczas powodzi siedziałam w domu, jednak następnym razem mogę już nie mieć takiego szczęścia. Co będzie, gdy spotkamy się bezpośrednio z tak potężnym żywiołem i zastaniemy go jadąc samochodem? Nie mówcie mi, proszę, że mam o tym nie myśleć, bo w takich sytuacjach czarne myśli same wchodzą człowiekowi do głowy. Odkąd jestem mamą, boję się podwójnie, gdyż jestem odpowiedzialna za Gaję, a jej bezpieczeństwo jest dla mnie kluczowe. Tymczasem od piątku spoglądam na zalaną Genuę i nie mogę opanować lęku. Nadal leje jak z cebra, a ponadto wieje silny wiatr i ciężko mi jest skupić się na czymkolwiek. Urodzin nie świętowałam, ponieważ doszłam do wniosku, że nie jest to odpowiedni moment i ucztowanie przełożyłam na czas nieokreślony. Nie daj się, Genuo!

Listonosz wieloetatowy

by 10 października
  Znowu leje... Ba, żeby tylko! Po raz drugi, odkąd mieszkam w Genui, jestem świadkiem powodzi i to nic przyjemnego oglądać z okna skutki przerażającego żywiołu, jakim potrafi być woda. Trzy lata temu patrzyłam z góry na ten sam obrazek i byłam przerażona widokiem, a dziś jest tak samo. Podobno nic dwa razy się nie zdarza, ale mam wątpliwości co do tego zdania, bowiem jest identycznie jak podczas ostatniej klęski. Dobrze, że nie muszę się martwić o męża, ponieważ nie poszedł do pracy, gdyż szkoły i uczelnie zostały zamknięte. Siedzimy więc w domu trochę zaniepokojeni, a mnie naszło na wspomnienia dotyczące mojego dawnego pracodawcy- znanej i lubianej firmy Koloch Wielki. Kiedy mieszkałam w Polsce, byłam zatrudniona na stanowisku listonosza w jednej z placówek tego giganta i zostałam nieźle przez nich wyruchana. Ta sprawa gryzie mnie do teraz i nadal wyrzucam sobie, jak mogłam być taka głupia. O tym jednak za chwilę.

  Wielu ludziom się wydaje, że bycie listonoszem to wspaniała rzecz, bo do roboty nie ma zbyt dużo, można wypić kawę u klienta, poplotkować i nawet "końcówki" z emerytur się zdarzają. Ja również tak myślałam, przyznaję, lecz zweryfikowałam swoje pojęcie u źródła, kiedy sama zostałam doręczycielką. Na początku nie było źle, mimo że miałam kilka toreb na dzień do dźwigania, ale dłuższy czas odsiedziany na bezrobociu spowodował, iż chłonęłam pracę jak gąbka. Latałam z listami, poznawałam ludzi i choć do domu wracałam późno, byłam zadowolona i entuzjastycznie nastawiona do tej ciężkiej pracy. Niestety, tylko do bardzo krótkiego czasu, albowiem Koloch Wielki okazał się największym siedziskiem mobbingu, jaki w życiu widziałam. Na własnej skórze przekonałam się, że słowa "współczesny niewolnik" wcale nie są nadużyciem, gdyż tak właśnie traktowano mnie i innych kolegów po fachu. I nie ma w tym ani odrobiny przesady.

  W pracy panowała wyraźnia hierarchia- na samej górze królowała Szefowa Wszystkich Szefów, później Pierwszy Szef i jego zastępcy, potem zwykli pracownicy, a na końcu my-prości doręczyciele. Szefowa Wszystkich Szefów, Pierwszy Szef i cała reszta odnosili się do nas jak do niepiśmiennych, chociaż niektórzy listonosze o lata świetlne przewyższali ich inteligencją. Szefową Wszystkich Szefów i Pierwszego Szefa trzeba było traktować bałwochwalczo, a już najbardziej zadowoleni byli z tych pracowników, którzy donosili na innych (takie mendy wszędzie się panoszą). Pierwszy Szef, bespośrednio nami nadzorujący nie znosił, gdy podczas wykonywania obowiązków służbowych gawędziliśmy z kolegami i tryskaliśmy humorem. Aby przeszkodzić darmozjadom wymyślił nam dodatkową robotę, aczkolwiek miał osoby po to właśnie zatrudnione. Nic to, doręczyciele pomogą, zrobi się szybciej- tak uważał Pierwszy Szef, a sprzeciwić mu się nie śmiał nikt. Harowaliśmy więc jak mrówki na długo przed wyjściem na rejon, ale Pierwszy Szef chodził wiecznie niezadowolony i cały czas kombinował, co by tu jeszcze nam dołożyć.

  Na rejonie raczej się nie obijaliśmy. Praca listonosza nie polega na tym, żeby wrzucić listy do skrzynki, tak było za komuny. Współczesny doręczyciel to najpierw sprzedawca, agent bankowy, akwizytor, prenumerator, ulotkarz, a dopiero na samym końcu zajmuje się listami. Potężne władze Kolocha Wielkiego ubzdurały sobie, że listonosze nic nie robią, toteż dowalili tym leniom kupę roboty. Po co zatrudniać dodatkowych pracowników, skoro mają ludzi już wyszkolonych? Chcą pracować, niech nie narzekają, bo o pracę teraz trudno, zatem niech wykonują, co do nich należy. Wyrobią się, spokojnie, doba ma przecież 24 godziny. A jak nie zdążą poleci się po premii, ewentualnie pogrozi zwolnieniem, to zawsze skutkuje. Ile razy słyszałam: "cieszcie się, że pracujecie, na wasze miejsce są tysiące chętnych", tego nie jestem w stanie zliczyć. Bywały też skargi, lecz Pierwszy Szef nigdy nie stanął po naszej stronie i koił się nawet przed najgorszym żulem, gdyż widział w nim potencjalnego klienta. Kiedy byłam na urlopie jakaś kobieta napisała do Pierwszego Szefa, że zastała swój list na ziemi i po powrocie dostałam opieprz nie z tej ziemi. List ten nadany był z konkurencyjnej firmy, ale to był akurat nieistotny szczegół, jako że i tak zostałam ukarana. Dla zasady, bowiem te były i są fundamentalne.

  Wiecie co najbardziej mnie boli? To, że sama zostałam oszukana przez tych służbistów do kwadratu. Koloch Wielki co rok przyznaje nagrody pieniężne w dzień pracowników ich firmy i jest to (a przynajmniej był) konkretny zastrzyk gotówki. Kasę dostaje się w październiku, a ja zwalniałam się pod koniec września, lecz wcześniej skrupulatnie wypytałam Szefową Wszystkich Szefów, czy dostanę premię jeśli odejdę tydzień prędzej. Z fałszywym uśmiechem na ustach wytłumaczyła mi, że nie muszę się niczym martwić, ponieważ zwalniam się sama, więc nagrodę dostanę, a inaczej byloby, gdyby mnie wyrzucili. No i dostałam jedno wielkie gówno! Szefowa Wszystkich Szefów z premedytacją mnie okłamała, bo okazało się, że nie przysługuje mi nic. Za rok wytężonej pracy odwdzięczono mi się w tak perfidny sposób i zwyczajnie wystrychnięto mnie na dudka. Największych pretensji nie mam jednak do Szefowej Wszystkich Szefów, ale do siebie samej za to, że jej zaufałam i dałam się nabrać. Mogłam dokładniej przeczytać ustawy kolochowe, wtedy zostałabym o kilkanaście dni dłużej i dostałabym ciężko zarobioną nagrodę. W swojej naiwności sądziłam, że największa szycha i autorytet będzie wiedzieć najlepiej i zapłaciłam za to wymierne konsekwencje. Przepracowałam w Kolochu Wielkim ponad cztery lata i przez ten czas ani razu nie byłam na l-4, urlop brałam raz do roku i śmiało mogę powiedzieć, że byłam cennym pracownikiem (tak mi też powiedziano na odchodnym). Pięknie mi podziękowano za poświęcenie i uczciwość!

  Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie boli. Przeglądając fora i czytając komentarze, niejednokrotnie spotkałam się z opiniami, że listonosze to nieroby. Klienci narzekają, że zamiast paczki w skrzynce znajdują awiza i krew boska ich zalewa. Rozumiem zdenerwowanie, ale nazywanie doręczyciela nierobem lub leniem jest zwykłym przegięciem. Następnym razem, kiedy dostaniecie awizo, zapytajcie najpierw przełożonego listonosza, czemu tak się dzieje? Wiem, że nic Was to nie obchodzi, bo płacicie i żądacie, niemniej jednak spróbujcie wczuć się w skórę listonosza. Czasami miałam do rozniesienia i 50 paczek dziennie, a mimo to jakimś cudem doręczałam wszystko. Wielokrotnie paczki również zostawiałam, ponieważ nie miałam ich gdzie włożyć i jak przynieść, a musiałam wykonać dodatkowe zadania. Poza tym jak dostarczyć pakunki wielkości pudeł na buty w jednej, małej torbie? Odkąd liczą się plany, niewykonalne stało się normalne pracowanie, gdyż nie można robić za pięciu. Listonosz już dawno przestał być listonoszem, a został człowiekiem do zadań specjalnych. Wstydź się, Kolochu Wielki!
 

Jesienna deprecha

by 08 października
  Lato odpłynęło na dobre, ustępując miejsce ponurej pogodzie, która przyniosła ze sobą nastrój depresyjno-melancholijny. Zastanawiam się zatem, dlaczego tak jest, że złe wspomnienia tkwią w człowieku jak zadra? Otaczają mnie dzisiaj ze wszech stron, zaburzając tym samym spokojny byt szczęśliwej mamuśki. Marzę o tym, aby mój mózg posiadał funkcję "delete", mogłabym wtedy usunąć przykre momenty i zwyczajnie się zresetować. Niestety, ludzka pamięć jest o wiele bardziej skomplikowana niż ta komputerowa i nie da się jej tak po prostu usunąć jednym kliknięciem. A szkoda, bo takie wyłączenie świadomości i rozpoczęcie wszystkiego od nowa na pewno pomogłoby mi w końcu dojść do siebie.

  Koszmary z przeszłości mają to do siebie, że odzywają się nieproszone. Nagle i spontanicznie, niewiadomo dlaczego przypominam sobie to i owo, jakby ktoś wlał mi do mózgu kubeł katastrof. Wypływają na wierzch i nie chcą się ulotnić, podążając za mną gdzieś z zakamarków duszy i mrucząc mi do ucha: "mamy cię". Nie znoszę tych nieproszonych gości, ale nic nie mogę poradzić na ich obecność, gdyż sprytnie zasiadają w moim prywatnym siedzisku myśli i świetnie się bawią, psując mi humor. Czasami chciałabym być taką niezapisaną kartką, tabula rasa, czy jak to się tam zwie i nie martwić się już niczym. A tak muszę wracać do tego, co było, chociaż wcale tego nie pragnę i czuję, że niebo zwala mi się na głowę. Jesienna deprecha to ciężki i bardzo niewdzięczny przeciwnik.

  Moje ponure samopoczucie pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy mąż zreferował mi pierwszy dzień w nowej-starej pracy. Lekko nie było, ponieważ zapanować nad bandą krąbrnych nastolatków graniczy z cudem. Mam nadzieję, że Pan P. zdoła jakoś ujarzmić temperamenty tych młodych ludzi, inaczej uczenie ich nie będzie miało najmniejszego sensu. Nie ma co denerwować się z powodu zbuntowanych małolatów, którzy mają głęboko gdzieś nauczycieli. Na szczęście mąż to życiowy optymista i nawet z największej klęski potrafi się podnieść. Mówi, że takie rzeczy kształtują charakter, co być może jest prawdą, ale mamy tyle lat, że charakter zdążył nam się chyba już dawno ukształtować. Jednak skoro jest takim idealistą, niech sobie naucza, nie mam zamiaru go od tego odwodzić.

  Jak dobrze, że mam mój mały promyczek słońca! Gaja sprawia, że jestem radosna mimo trosk. Kiedy na nią patrzę, nie mogę się smucić, bo jaka by była ze mnie matka? Moja córeczka to istotka pod każdym względem doskonała i dla niej muszę być silna. Staram się więc normalnie funkcjonować, mimo że brak słońca oraz kofeiny wyraźnie na mnie działa. Od przygody z feralnym zębem przez kilka dni nie mogę pić kawy i cierpię przez to niemiłosiernie. Poranki bez kawy są dla mnie katorgą, a kiedy do tego są deszczowe i pochmurne niczym moje usposobienie, tym bardziej nie mam na nic ochoty. Kluseczka jednak potrafi przywrócić mnie do pionu:).

  A zmory odejdą, wyparują, uśpię je, przynajmniej na jakiś czas!

Chwila blogowej prawdy

by 05 października
  Przyznam się do czegoś w ten niedzielny wieczór- nie tak sobie wyobrażałam to całe blogowanie. Odkąd przeniosłam bloga z niszowej platformy, byłam przekonana, że chmara czytelników, którą miałam podąży za mną i będzie mi wierna do upadłego. Nic bardziej mylnego, bowiem okazało się, że zaglądający do mnie jakoś nie przejęli się nowym adresem i zwyczajnie wypięli się na moje wypociny. Statystyki spadły, a ja poczułam, że pisanie nie ma najmniejszego sensu. No bo kurczę, fajnie jest, gdy blog tętni życiem, prawda?

   Przyzwyczaiłam się do odwiedzin i ta cisza w wirtualnym eterze niemile mnie dotknęła, toteż postanowiłam spopularyzować bloga i za wszelką możliwą cenę odnieść sukces. Założyłam funpage i czekałam na masę lajków, a doczekałam się przysłowiowej kropelki w morzu moich ambitnych potrzeb. Zdecydowałam, że udostępnię zdjęcie Gai, wtedy na pewno liczba gości wzrośnie, bo Kluseczka jest śliczna i jej obecność pomogłaby mi wspiąć się na sam szczyt tej niewdzięcznej internetowej góry. Ten pomysł umarł jednak śmiercią naturalną, ponieważ nie jestem zwolenniczką pokazywania małej, przynajmniej do czasu, gdy skończy kilka lat. Wpadłam na następną genialną myśl, ale niezbyt się ona spodobała mężowi, zatem również musiałam ją odrzucić. Chciałam wypiąć cycki na blogu, bo przecież piersi zawsze się sprzedają, zwłaszcza te duże, więc sukces byłby murowany. Pan P., gdy wyłożyłam mu przyczyny, wpadł w szał i zarzucił mi tanią promocję. Poczułam się jak uczennica Kim Kardashian, której mąż szczerze nie znosi i ze zbolałą miną obiecałam, że cycki pozostaną wyłącznie do jego wglądu. I może nadal główkowałabym, co by tu zrobić, żeby zostać kimś, lecz w samą porę przyszło otrzeźwienie.

  Lubię pisać i jestem spełniona, tworząc wpisy, a to jest w końcu najważniejsze. Nie muszę być taka, jak matka pierwsza czy druga, gdyż wolę pozostać sobą, a nie marną kopią kogoś tam. Dzięki blogowaniu poznałam całą masę fajnych osób, które zostawiają tutaj ślad w postaci komentarza, co jest niebywale miłe, a do tego stymulujące. Miałam chwilę zwątpięnia, ponieważ bolało mnie, że nie zostałam zauważona, ale na szczęście szybko mi przeszło. Widocznie nie piszę tak dobrze, jak mi się wydawało i muszę nabrać trochę pokory, jako że często mi jej brakuje. Blog jest moją przestrzenią i jestem z niej zadowolona, a że świat nie upadł mi do stóp, to zmotywowało mnie tylko do dalszej wytężonej pracy. Moim celem jest wartościowy przekaz, a nie pisanie pod publikę i podniecanie się odwiedzinami. Dlatego właśnie pomimo wielu wątpliwości i różnych przeszkód na horyzoncie, nie zamierzam kasować bloga. Robię swoje, czego i życzę każdemu z Was!

Urodziny tu, liczby tam

by 03 października
  Zaczął się październik, a ja z powodu histerii zębowej nawet tego nie zauważyłam. To miesiąc, który bardzo lubię, gdyż jest jeszcze ciepło, lecz nie upalnie, co dosyć mi odpowiada, no i obchodzę urodziny. Jakoś specjalnie ich nie celebruję, bo w końcu jestem coraz starsza, ale miło jest otrzymywać życzenia i małe podarunki (wielkich się raczej nie spodziewam).

  W tym roku po raz kolejny moje urodziny będą w pewnym stopniu wyjątkowe, ponieważ dołączyła do nas Gaja, która nie jest co prawda świadoma, że to ważny dzień w życiu mamy, jednak na pewno się wzruszę. Urządzimy sobie skromne przyjęcie i będziemy świętować w trzyosobowym gronie, o ile oczywiście nic nie pokrzyżuje nam planów. Postanowiłam w ten dzień nie ograniczać się, mimo że jestem na diecie i jeść wszystko, na co będę miała ochotę. Należę do osób, u których dodatkowe kilogramy pojawiają się z zatrważającą szybkością, ale w urodziny można (albo i trzeba), popuścić pasa. Kiedy byłam w ciąży ani nie myślałam o odchudzaniu (to były naprawdę piękne chwile), a teraz znowu muszę uważać na to, co jem, chociaż z powodu bólu zęba przez ostatnie dni schudłam i to niemało.

  Zbliżają się również drugie urodziny Gai, a co za tym idzie, ponowne odwiedziny teściów. Rzadko miewamy gości, częściej to my podróżujemy, lecz postaram się przyjąć jak najlepiej dziadków Kluseczki. Cieszę się zresztą z tego, że tak ważnego dnia nie spędzimy sami, a Gaja będzie miała prawdziwy tort urodzinowy, już jej babcia się o to postara. Uwielbiam piec ciasta i nieźle mi wychodzą, niemniej jednak torty to zupełnie nie moja bajka. Teściowa tymczasem to prawdziwa mistrzyni, o czym niejednokrotnie wspominałam i z przyjemnością mnie wyręczy. Mąż, gdy przyjeżdżają jego rodzice, zawsze mnie prosi, aby dać jego mamie coś do roboty, bo nie potrafi wypoczywać. Musi sprzątać czy gotować, inaczej ją nosi, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak z wielką przyjemnością spełnić życzenie męża.

  Po kilkudniowej niedyspozycji ślad prawie zaginął, więc od rana wzięłam się do pracy. Wystarczy, że jeden dzień nic nie robię, a dom zamienia się w poligon. Nie cierpię nadrabiać zaległości związanych ze sprzątaniem, ponieważ latam ze szmatą przez pół dnia, a efekt nie jest zbyt zadowalający. Gdzie nie spojrzę, tam widzę Peppę, bowiem nasze mieszkanko stało się mekką dla wyznawców tej pociesznej świnki. Pan P. wiecznie znosi dla Gai gadżety związane z jej ukochaną kreskówką i jedynym miejscem, które się jeszcze broni przed obecnością Peppy, jest nasza sypialnia, ale chyba już niedługo. Mąż zamówił świnkową pościel dla Kluseczki i pęka z dumy, chociaż zastanawiam się dlaczego. Skoro tak bardzo mu się podoba, niech lepiej sobie kupi bieliznę z tym motywem, przynajmniej nie będę musiała jej oglądać.

  Około dwóch tygodni temu przyłapaliśmy Gaję na liczeniu od jednego do dziesięciu i było to dla nas szokujące odkrycie. Córeczka usiadła obok kaloryfera, zaczęła w niego stukać paluszkiem i wymawiać po włosku jakieś słowa. Dopiero gdy przysłuchałam się dokładniej, co mała mówi, doszło do moich uszu, że są to liczby i to w prawidłowej kolejności. Nie wymawia ich naturalnie poprawnie, ale i tak jesteśmy zachwyceni biegłością naszej Kluseczki, bo jak na 22 miesiące życia to niezły wyczyn. Podobno miałam zadziwiającą pamięć, kiedy byłam mała i widocznie Gaja odziedziczyłą ją po mnie (dobrze, że nie urodę). Liczenie tak jej się spodobało, że parę razy w ciągu dnia drepcze w kierunku okna, sadowi się wygodnie obok kaloryfera i powtarza do znudzenia: uno (jeden), due (dwa), ćike (pięć-piszę tak, jak Gaja mówi), otto (osiem), bjeczi (dziesięć). Mąż jest przekonany, że zostanie wybitną matematyczką. Kocham ten jego niepoprawny hurraoptymizm!
 

Ząb głupoty mamy

by 01 października
  Wróciłam do żywych. Ci, którzy śledzą mój mega popularny fanpage zapewne wiedzą, że mała częstotliwość na własnym jak i na zaprzyjaźnionych blogach spowodowana była nie depresją czy nasilającą się nostalgią, ale najbardziej okrutnym z bólów- zęba. Za mną nieprzespane noce, przepłakane dni oraz wizyta u dentystki, która nie złagodziła cierpienia, tylko przepisała mi antybiotyk i postawiła zdecydowaną diagnozę- rwanie. Nie rwanie mojej skromnej osoby przez napalonych makaroniarskich samców, lecz pozbycie się raz na zawsze winowajcy dolegliwości. Cóż mogę powiedzieć, zlekceważyło się sygnały, to trzeba teraz ponieść konsekwencje. Mądra Polka na włoskiej ziemi po szkodzie, cholera jasna!

  Wczoraj osiągnęłam apogeum męczarni, a moja opuchnięta twarz wyglądała strasznie i jednocześnie groteskowo. W takim stanie na pewno dostałabym angaż w horrorze klasy b i to w roli głównej, gdyż producenci oszczędziliby na charakteryzacji. Byłam pewna, że Gaja przerazi się mamusi, ale spoglądając na mnie, zwyczajnie zaczęła się śmiać i nabijała się tak cały dzień. Dobre i to, przynajmniej ona uznała moją udrękę za interesującą, bo ja nie mogę na siebie patrzeć. Trzy noce spędziłam na kanapie w pokoju, zastanawiając się nad istotą fizycznego bólu, lecz nie doszłam do żadnych konkretnych wniosków. Wsłuchiwałam się w kroki psa, drepczącego nade mną, tyrady sąsiada, bezskutecznie próbującego nakłonić żonę do seksu oraz płaczu dziecka, które nasilało się z każdą minutą coraz mocniej. Zasnęłam na dziesięć minut, aby obudzić się z jeszcze większym bólem i tak funkcjonowałam przez ostatnie dni, przeklinając swoją bezdenną głupotę. Mąż stanął na wysokości zadania i zajął się wszystkim, a później był padnięty nie gorzej ode mnie. Nakupił całą masę jedzenia, w tym winogrona, nie bacząc na to, że nie dam rady ich przegryźć czy połknąć, ponieważ otworzenie gęby stało się dla mnie misją niemożliwą.

  Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Dzięki zębowi odkryłam na nowo, jak piękna jest Italia i jest to jedyny pozytywny aspekt minionych dni. Dentystka to dobra znajoma męża i leczy się u niej od lat, wszelako jej gabinet oddalony jest od Genui o ponad godzinę drogi autem, więc zrobiliśmy sobie przymusową wycieczkę. Miasteczko, do którego pojechaliśmy, szczerze mnie zachwyciło i chętnie bym w nim zamieszkała, bo na horyzoncie nie zauważyłam żadnych schodów, a wyłącznie fantastyczne widoki. Morze uśmiechało się do nas z daleka, kusząc swym lazurem, a góry położone obok współgrały idealnie z niepowtarzalnym morskim otoczeniem. Pomyślałam sobie, że tak właśnie wygląda raj, albo chociaż jego podwoje i zmęczenie włoskim materiałem prysnęło jak bańka mydlana. Mimo pulsującego bólu urządziliśmy sobie długą przechadzkę, która postawiła mnie na nogi i nawet nie przejmowałam się ludźmi gapiącymi się na moją spuchniętą twarz. Sama wizyta okazała się mało traumatyczna, gdyż dentystka nie ma w sobie ani cienia doktorskiej nieprzystępności i od razu przeszłyśmy na "ty", co dosyć mnie urzekło, bowiem uwielbiam włoski luz. Nie traktuje się tutaj lekarzy jak bożków, tylko zwykłych śmiertelników i bynajmniej nie trzeba im bić pokłonów. Tak naładowana optymizmem i przepełniona urokiem tego nadmorskiego kurortu, powróciłam do ponurej genueńskiej rzeczywistości, ciesząc się, że za tydzień będzie mi dane ponownie odwiedzić te strony. Odjadę co prawda z jednym zębem mniej, ale nic to. Zostawię po sobie oryginalny ślad:).


Udało mi się zrobić trochę zdjęć, ale nie oddają one piękna Finale Ligure (tak właśnie nazywa się to niebiańskie miasteczko).






Obsługiwane przez usługę Blogger.