Jesienna deprecha

  Lato odpłynęło na dobre, ustępując miejsce ponurej pogodzie, która przyniosła ze sobą nastrój depresyjno-melancholijny. Zastanawiam się zatem, dlaczego tak jest, że złe wspomnienia tkwią w człowieku jak zadra? Otaczają mnie dzisiaj ze wszech stron, zaburzając tym samym spokojny byt szczęśliwej mamuśki. Marzę o tym, aby mój mózg posiadał funkcję "delete", mogłabym wtedy usunąć przykre momenty i zwyczajnie się zresetować. Niestety, ludzka pamięć jest o wiele bardziej skomplikowana niż ta komputerowa i nie da się jej tak po prostu usunąć jednym kliknięciem. A szkoda, bo takie wyłączenie świadomości i rozpoczęcie wszystkiego od nowa na pewno pomogłoby mi w końcu dojść do siebie.

  Koszmary z przeszłości mają to do siebie, że odzywają się nieproszone. Nagle i spontanicznie, niewiadomo dlaczego przypominam sobie to i owo, jakby ktoś wlał mi do mózgu kubeł katastrof. Wypływają na wierzch i nie chcą się ulotnić, podążając za mną gdzieś z zakamarków duszy i mrucząc mi do ucha: "mamy cię". Nie znoszę tych nieproszonych gości, ale nic nie mogę poradzić na ich obecność, gdyż sprytnie zasiadają w moim prywatnym siedzisku myśli i świetnie się bawią, psując mi humor. Czasami chciałabym być taką niezapisaną kartką, tabula rasa, czy jak to się tam zwie i nie martwić się już niczym. A tak muszę wracać do tego, co było, chociaż wcale tego nie pragnę i czuję, że niebo zwala mi się na głowę. Jesienna deprecha to ciężki i bardzo niewdzięczny przeciwnik.

  Moje ponure samopoczucie pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy mąż zreferował mi pierwszy dzień w nowej-starej pracy. Lekko nie było, ponieważ zapanować nad bandą krąbrnych nastolatków graniczy z cudem. Mam nadzieję, że Pan P. zdoła jakoś ujarzmić temperamenty tych młodych ludzi, inaczej uczenie ich nie będzie miało najmniejszego sensu. Nie ma co denerwować się z powodu zbuntowanych małolatów, którzy mają głęboko gdzieś nauczycieli. Na szczęście mąż to życiowy optymista i nawet z największej klęski potrafi się podnieść. Mówi, że takie rzeczy kształtują charakter, co być może jest prawdą, ale mamy tyle lat, że charakter zdążył nam się chyba już dawno ukształtować. Jednak skoro jest takim idealistą, niech sobie naucza, nie mam zamiaru go od tego odwodzić.

  Jak dobrze, że mam mój mały promyczek słońca! Gaja sprawia, że jestem radosna mimo trosk. Kiedy na nią patrzę, nie mogę się smucić, bo jaka by była ze mnie matka? Moja córeczka to istotka pod każdym względem doskonała i dla niej muszę być silna. Staram się więc normalnie funkcjonować, mimo że brak słońca oraz kofeiny wyraźnie na mnie działa. Od przygody z feralnym zębem przez kilka dni nie mogę pić kawy i cierpię przez to niemiłosiernie. Poranki bez kawy są dla mnie katorgą, a kiedy do tego są deszczowe i pochmurne niczym moje usposobienie, tym bardziej nie mam na nic ochoty. Kluseczka jednak potrafi przywrócić mnie do pionu:).

  A zmory odejdą, wyparują, uśpię je, przynajmniej na jakiś czas!
Obsługiwane przez usługę Blogger.