Kryminalne zagadki dzieciństwa

  Nie wiem, czy to oznaka tęsknoty za dzieciństwem, czy może tego, iż zwyczajnie się starzeję, ale wydaje mi się, że kiedyś wszystko było normalniejsze, a już zwłaszcza stosunki międzyludzkie. Gdy chciałam z kimś porozmawiać, nie musiałam odpalać komputera, tylko wychodziłam na dwór, spędzałam czas z koleżankami i przednie się bawiłam. Z sąsiadami znaliśmy się jak łyse konie, sąsiadki zostawiały u nas swoje dzieci (z racji tego, że mama nie pracowała), co dzisiaj jest nie do pomyślenia. Każdy żyje dla siebie, nie ma spoufalania się, ludzie ograniczają się wyłącznie do "dzień dobry", chociaż z tym w naszej klatce większość lokatorów ma problem. Mieszkamy tu od trzech lat, nie znamy praktycznie nikogo i przyznam szczerze, że nie podoba mi się ten stan rzeczy. Nie chodzi mi o to, by cały dzień plotkować z sąsiadkami o duperelach, lecz zwyczajnie pogadać, wymienić poglądy, spytać co u nich etc. Myślałam, że po urodzeniu Gai lody się przełamią i ludzie zainteresują się najmłodszą członkinią wspólnoty, ale były to jedynie moje pobożne życzenia.

  W latach 80-tych ubiegłego stulecia mieszkaliśmy w typowo śląskim familoku, gdzie toalety mieściły się na klatce schodowej, sąsiedzi wchodzili do nas jak do siebie i byliśmy jedną, wielką rodziną. Pamiętam, że szczerze nie znosiłam sąsiadki z naprzeciwka, gdyż uwielbiała mnie straszyć, a im bardziej widziała mnie przerażoną, tym mocniej się cieszyła. Pokazywała mi książkę jakiegoś słynnego misjonarza z Afryki oraz zdjęcia zagłodzonych dzieci, po czym zapewniała mnie, że gniew boży nie ominie nikogo i wszyscy za niedługo umrzemy na AIDS. Panicznie bałam się tego słowa i zatrwożona mówiłam mamie, że "nie chcę chorować i umrzeć na ten ejids jak małe murzynki" (poprawność polityczna wtedy nie istniała). Mama ostrzegała sąsiadkę, aby przestała się nade mną znęcać, ponieważ wyciągnie konsekwencje z jej postępowania, ale pani Gryjta bynajmniej się tym nie przejmowała. Sama miała siedmioro dzieci (w tym sześć córek), lecz nie przeszkadzało jej to prześladować kilkuletniej dziewczynki. Do tej pory widzę zieloną okładkę książki z chorymi maluchami na okładce i dochodzę do wniosku, że baba musiała mieć nierówno pod kopułą. Jak można się cieszyć z tego, że doprowadziło się do łez niewinne dziecko? Gdyby ktoś tak postąpił z Kluseczką, chyba bym mu nogi z dupy powyrywała (o ile nie gorzej). Moja mama aż tak radykalna nie była, jednak nie mam do niej o to pretensji, bo nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji.

  W familoku oprócz nas mieszkało jeszcze pięć rodzin, a jeden z jej członków okazał się być perfidnym złodziejem. Ukradł mamie przepiękny pierścionek zaręczynowy, choć dobrze wiedział, jakim sentymentem darzyli go rodzice. Miałam wtedy cztery lata, siostra pięć i to my byłyśmy niejako przyczyną wtargnięcia gagatka do naszego domu. Bawiłyśmy się na podwórku, mama gotowała obiad i spoglądała na nas przez okno, jednak w pewnym momencie zniknęłyśmy jej z widoku. Pobiegłyśmy beztrosko za blok, więc mama przyleciała za nami, a kiedy była już blisko, nagle krzyknęła: "pierścionek" i pobiegła z powrotem do mieszkania. Zostawiła go jak zwykle na lodówce, ale gdy wróciła do domu ślad po nim zaginął, o czym podpowiedział jej jakiś nadzwyczajny zmysł. Ktoś widział mamę wybiegającą z mieszkania i porwał bez skrupułów cenną pamiątkę rodzinną. Tylko sprawdzona osoba wiedziała, w jakim miejscu mama kładła biżuterię, zatem to logiczne, że złodziejem mógł być jedynie ktoś z sąsiadów. Na ten temat możemy sobie zaledwie polemizować, bo oczywiście żaden się nie przyznał. Moje podejrzenia już dawno zawęziły się do jednej osoby, lecz nie przyłapałam jej na gorącym uczynku, wobec tego nie będę jej publicznie oskarżać. Mogę powiedzieć tyle, że okradła nas kobieta.

  Mama po stracie pamiątki nie mogła sobie wybaczyć, że zostawiła otwarte drzwi. Wypytawała sąsiadów, którzy bardzo jej współczuli (niektórzy fałszywie), przestawiała lodówkę i szukała pierścionka w każdym możliwym kącie, łudząc się, że może gdzieś jej wpadł. Gdyby szerzej otworzyła oczy, zobaczyłaby kto jest sprawczynią zajścia, ale problem tkwił w tym, że tego nie chciała. Wolała pozostać w dobrej relacji z sąsiadką-sroką, mimo że ta na to nie zasługiwała. Do mnie prawda dotarła kilkanaście lat później, a że szczegóły miałam wyryte w pamięci, łatwo się domyśliłam kim jest winowajczyni. Mam nadzieję, że sprzedała pierścionek z zyskiem i przeznaczyła pieniądze na pożyteczny cel, a nie przehulała na błahostki. Niezmiernie żałuję, że "to se ne vrati", gdyż pokazałabym hienie, gdzie raki zimują i nie pozwoliłabym jej na kradzież. Mama ciągle się zastanawia, kto ją tak urządził, a przecież to oczywiste. Najciemniej jest pod latarnią, prawda?
Obsługiwane przez usługę Blogger.