Listonosz wieloetatowy

  Znowu leje... Ba, żeby tylko! Po raz drugi, odkąd mieszkam w Genui, jestem świadkiem powodzi i to nic przyjemnego oglądać z okna skutki przerażającego żywiołu, jakim potrafi być woda. Trzy lata temu patrzyłam z góry na ten sam obrazek i byłam przerażona widokiem, a dziś jest tak samo. Podobno nic dwa razy się nie zdarza, ale mam wątpliwości co do tego zdania, bowiem jest identycznie jak podczas ostatniej klęski. Dobrze, że nie muszę się martwić o męża, ponieważ nie poszedł do pracy, gdyż szkoły i uczelnie zostały zamknięte. Siedzimy więc w domu trochę zaniepokojeni, a mnie naszło na wspomnienia dotyczące mojego dawnego pracodawcy- znanej i lubianej firmy Koloch Wielki. Kiedy mieszkałam w Polsce, byłam zatrudniona na stanowisku listonosza w jednej z placówek tego giganta i zostałam nieźle przez nich wyruchana. Ta sprawa gryzie mnie do teraz i nadal wyrzucam sobie, jak mogłam być taka głupia. O tym jednak za chwilę.

  Wielu ludziom się wydaje, że bycie listonoszem to wspaniała rzecz, bo do roboty nie ma zbyt dużo, można wypić kawę u klienta, poplotkować i nawet "końcówki" z emerytur się zdarzają. Ja również tak myślałam, przyznaję, lecz zweryfikowałam swoje pojęcie u źródła, kiedy sama zostałam doręczycielką. Na początku nie było źle, mimo że miałam kilka toreb na dzień do dźwigania, ale dłuższy czas odsiedziany na bezrobociu spowodował, iż chłonęłam pracę jak gąbka. Latałam z listami, poznawałam ludzi i choć do domu wracałam późno, byłam zadowolona i entuzjastycznie nastawiona do tej ciężkiej pracy. Niestety, tylko do bardzo krótkiego czasu, albowiem Koloch Wielki okazał się największym siedziskiem mobbingu, jaki w życiu widziałam. Na własnej skórze przekonałam się, że słowa "współczesny niewolnik" wcale nie są nadużyciem, gdyż tak właśnie traktowano mnie i innych kolegów po fachu. I nie ma w tym ani odrobiny przesady.

  W pracy panowała wyraźnia hierarchia- na samej górze królowała Szefowa Wszystkich Szefów, później Pierwszy Szef i jego zastępcy, potem zwykli pracownicy, a na końcu my-prości doręczyciele. Szefowa Wszystkich Szefów, Pierwszy Szef i cała reszta odnosili się do nas jak do niepiśmiennych, chociaż niektórzy listonosze o lata świetlne przewyższali ich inteligencją. Szefową Wszystkich Szefów i Pierwszego Szefa trzeba było traktować bałwochwalczo, a już najbardziej zadowoleni byli z tych pracowników, którzy donosili na innych (takie mendy wszędzie się panoszą). Pierwszy Szef, bespośrednio nami nadzorujący nie znosił, gdy podczas wykonywania obowiązków służbowych gawędziliśmy z kolegami i tryskaliśmy humorem. Aby przeszkodzić darmozjadom wymyślił nam dodatkową robotę, aczkolwiek miał osoby po to właśnie zatrudnione. Nic to, doręczyciele pomogą, zrobi się szybciej- tak uważał Pierwszy Szef, a sprzeciwić mu się nie śmiał nikt. Harowaliśmy więc jak mrówki na długo przed wyjściem na rejon, ale Pierwszy Szef chodził wiecznie niezadowolony i cały czas kombinował, co by tu jeszcze nam dołożyć.

  Na rejonie raczej się nie obijaliśmy. Praca listonosza nie polega na tym, żeby wrzucić listy do skrzynki, tak było za komuny. Współczesny doręczyciel to najpierw sprzedawca, agent bankowy, akwizytor, prenumerator, ulotkarz, a dopiero na samym końcu zajmuje się listami. Potężne władze Kolocha Wielkiego ubzdurały sobie, że listonosze nic nie robią, toteż dowalili tym leniom kupę roboty. Po co zatrudniać dodatkowych pracowników, skoro mają ludzi już wyszkolonych? Chcą pracować, niech nie narzekają, bo o pracę teraz trudno, zatem niech wykonują, co do nich należy. Wyrobią się, spokojnie, doba ma przecież 24 godziny. A jak nie zdążą poleci się po premii, ewentualnie pogrozi zwolnieniem, to zawsze skutkuje. Ile razy słyszałam: "cieszcie się, że pracujecie, na wasze miejsce są tysiące chętnych", tego nie jestem w stanie zliczyć. Bywały też skargi, lecz Pierwszy Szef nigdy nie stanął po naszej stronie i koił się nawet przed najgorszym żulem, gdyż widział w nim potencjalnego klienta. Kiedy byłam na urlopie jakaś kobieta napisała do Pierwszego Szefa, że zastała swój list na ziemi i po powrocie dostałam opieprz nie z tej ziemi. List ten nadany był z konkurencyjnej firmy, ale to był akurat nieistotny szczegół, jako że i tak zostałam ukarana. Dla zasady, bowiem te były i są fundamentalne.

  Wiecie co najbardziej mnie boli? To, że sama zostałam oszukana przez tych służbistów do kwadratu. Koloch Wielki co rok przyznaje nagrody pieniężne w dzień pracowników ich firmy i jest to (a przynajmniej był) konkretny zastrzyk gotówki. Kasę dostaje się w październiku, a ja zwalniałam się pod koniec września, lecz wcześniej skrupulatnie wypytałam Szefową Wszystkich Szefów, czy dostanę premię jeśli odejdę tydzień prędzej. Z fałszywym uśmiechem na ustach wytłumaczyła mi, że nie muszę się niczym martwić, ponieważ zwalniam się sama, więc nagrodę dostanę, a inaczej byloby, gdyby mnie wyrzucili. No i dostałam jedno wielkie gówno! Szefowa Wszystkich Szefów z premedytacją mnie okłamała, bo okazało się, że nie przysługuje mi nic. Za rok wytężonej pracy odwdzięczono mi się w tak perfidny sposób i zwyczajnie wystrychnięto mnie na dudka. Największych pretensji nie mam jednak do Szefowej Wszystkich Szefów, ale do siebie samej za to, że jej zaufałam i dałam się nabrać. Mogłam dokładniej przeczytać ustawy kolochowe, wtedy zostałabym o kilkanaście dni dłużej i dostałabym ciężko zarobioną nagrodę. W swojej naiwności sądziłam, że największa szycha i autorytet będzie wiedzieć najlepiej i zapłaciłam za to wymierne konsekwencje. Przepracowałam w Kolochu Wielkim ponad cztery lata i przez ten czas ani razu nie byłam na l-4, urlop brałam raz do roku i śmiało mogę powiedzieć, że byłam cennym pracownikiem (tak mi też powiedziano na odchodnym). Pięknie mi podziękowano za poświęcenie i uczciwość!

  Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie boli. Przeglądając fora i czytając komentarze, niejednokrotnie spotkałam się z opiniami, że listonosze to nieroby. Klienci narzekają, że zamiast paczki w skrzynce znajdują awiza i krew boska ich zalewa. Rozumiem zdenerwowanie, ale nazywanie doręczyciela nierobem lub leniem jest zwykłym przegięciem. Następnym razem, kiedy dostaniecie awizo, zapytajcie najpierw przełożonego listonosza, czemu tak się dzieje? Wiem, że nic Was to nie obchodzi, bo płacicie i żądacie, niemniej jednak spróbujcie wczuć się w skórę listonosza. Czasami miałam do rozniesienia i 50 paczek dziennie, a mimo to jakimś cudem doręczałam wszystko. Wielokrotnie paczki również zostawiałam, ponieważ nie miałam ich gdzie włożyć i jak przynieść, a musiałam wykonać dodatkowe zadania. Poza tym jak dostarczyć pakunki wielkości pudeł na buty w jednej, małej torbie? Odkąd liczą się plany, niewykonalne stało się normalne pracowanie, gdyż nie można robić za pięciu. Listonosz już dawno przestał być listonoszem, a został człowiekiem do zadań specjalnych. Wstydź się, Kolochu Wielki!
 
Obsługiwane przez usługę Blogger.