Najdalej jak się da

  Nadmiar pecha szkodzi zdrowiu, przekonałam się o tym na własnej skórze. Wszystko zaczęło się od tego, że wczoraj po raz kolejny został wyłączony dopływ wody i znowu nikt nas o tym fakcie nie uprzedził. Wielki pan kanalia administrator, który najeża się na każdą pierdołę, nie pokwapił się, aby wywiesić kartkę na klatce schodowej, mimo że poniekąd należy to do jego obowiązków (chyba tylko poniekąd). Kiedy patrzę na tego faceta, a zwłaszcza go słucham, od razu staje mi przed oczami gospodarz domu z kultowego serialu "Alternatywy 4" i jego słynne powiedzonka. Łazi po kamienicy jakby był jej właścicielem, patrzy uważnie w najmniejszy kąt i działa mi wyjątkowo na nerwy, bo nie przepadam za bucami. Spytałam go, czemu nie poinformowano lokatorów o tym, że nie będzie wody, a on oczywiście zbagatelizował sprawę. Powiedział do mnie: "my tu we Włoszech radzimy sobie nie z takimi niedogodnościami, a cztery godziny bez wody to nie jest przecież tragedia, więc wyluzuj, droga pani". Mieszkam tu już wystarczająco długo i śmiem twierdzić, że Włosi w obliczu katastrof dają sobie radę o wiele gorzej niż Polacy. No cóż, "tego by nawet i Sofronow nie wymyślił" drogi cieciu, przeto nie zamydlaj mi oczu.

  Brak wody spowodował, że przez pół dnia byłam praktycznie zablokowana i nie mogłam nic zrobić. Nie miałam nawet wody niegazowanej, chociaż zazwyczaj w domu jest zapas, jednak jak to w takich sytuacjach bywa, akurat się skończyła. Chodziłam zatem od pokoju do kuchni głodna i wkurzona, zastanawiając się, czy aby żyję w normalnym kraju. Okna, które chciałam umyć, musiałam na nowo pozamykać i gdy to robiłam, przydarzył mi się mały wypadek. Rąbnęłam nadgarstkiem w ciężką klamkę okna i efekt jest taki, że lewą rękę mam unieruchomioną, w związku z czym stukam na klawiaturze jak amatorka. Nie jest to rzecz jasna poważna kontuzja, niemniej ręka mnie boli i nie jestem w staniu długo nosić Gai.

  Jakby tego było mało, wysypałam dzisiaj sól i to nie szczyptę lub łyżeczkę, ale całą puszkę. Nie jestem osobą przesądną i nie wierzę w zabobony, lecz na wszelki wypadek wysypałam za siebie trochę feralnej soli. Podłoga, którą przedtem umyłam zrobiła się śnieżnobiała i ponownie byłam zmuszona zabrać się do tej samej roboty (nienawidzę powtarzać sprzątania). Zapomniałam wszakże o tym, że sól się poci (jak to określa mój mąż) i zamiast odkurzyć, pozamiatałam ją, więc podłoga cały czas sprawia wrażenie mokrej. Wspominałam już niejednokrotnie, że daremna pani domu ze mnie i nie zanosi się na to, żeby moje zapędy ambitnej kury domowej uległy poprawie. Czasem się dziwię, jak pedantyczny Pan P. jest w stanie ze mną wytrzymać, bowiem sama ze sobą często nie jestem w stanie. Niezmierzona jest potęga miłości.

  Niespełna dwa tygodnie dzielą nas od drugich urodzin Gai i właśnie się dowiedziałam, że spędzimy je sami. Teściowie nie przyjadą, ponieważ mają zaplanowane wizyty u lekarza i kupę innych spraw, ale moim zdaniem to ściema. Prawda jest taka, że teść nie za dobrze się u nas czuje i nie uśmiecha mu się tutaj przyjeżdżać. Teściowa z kolei namawia nas do odwiedzin Sardynii, lecz nie opłaca nam się jechać na parę dni, czego mama męża nie potrafi zrozumieć. Niezmiernie mi przykro, że Kluseczka nie będzie miała gości i babcia nie upiecze jej tortu, pomimo to wyprawimy jej huczne urodziny i będziemy świętować w trójkę. Przeklęta rodzinna izolacja zaczyna mi coraz mocniej doskwierać i nie mogę się doczekać, kiedy stąd uciekniemy. Mąż również ma dość życia tutaj i nieśmiało przebąkuje o tym, by rzucić pracę, przenieść się na jego wyspę i zacząć od nowa. Szczerze mówiąc, nie miałabym nic przeciwko temu, bo wszystko jest lepsze od samotni tutaj. "Albo rybka, albo pipka, jak powiedział Hamlet", więc do dzieła, mężu, do dzieła!


Sardynia- tak blisko, a tak daleko...

 






Obsługiwane przez usługę Blogger.