Rasizm, kryzys, brudne pranie

  Nie znoszę doczepiania łatek, oceniania na podstawie pozorów i patrzenia na innych przez pryzmat wyglądu czy grubości portfela. Takie podziały rodzą nietolerancję i chociaż to słowo jest nadużywane w dzisiejszych czasach, dużo wody musi jeszcze w rzece upłynąć, zanim naprawdę staniemy się wyrozumiali. Nie akceptuję wszystkiego, co narzucają media w imię szeroko rozumianej poprawności politycznej, gdyż odnoszę wrażenie, iż wymuszają coś od nas na siłę. Pewne rzeczy do mnie docierają, drugie natomiast nie i nikt nie jest w stanie mnie do nich przekonać. Nie krzywdzę jednak nikogo słowem, bo sama byłam przez lata wyszydzana z powodu nadwagi i wiem, jak wymierne w skutkach może być wyśmiewanie odmienności. Łatwo powiedzieć, że jest się tolerancyjnym, natomiast trudniej to wykonać, o czym przekonałam się niejeden raz. Dlatego szczerze nie znoszę, gdy przykleja mi się etykiety, które nijak mają się do mojej osoby, a tak właśnie niedawno się stało. Zostałam nazwana rasistką i nie będę ukrywać, że bardzo ubodło mnie to określenie. Taka bowiem ze mnie rasistka, jak z koziej dupy trąba.

  Kamienica, w której mieszkam jest skupiskiem różnych narodowości, wyznań i kultur. Pod nami przebywa rodzina Arabów, piętro wyżej małżeństo włosko-indyjskie, a jeszcze dalej żyje para z Ameryki Południowej. Nikt się z nami nie spoufala, niektórzy nawet nie odwzajemniają na moje ukłony, lecz tym przestałam się już przejmować. Ostatnio zaś wprowadzili się kolejni lokatorzy - młoda ciemnoskóra dziewczyna oraz typowy włoski żigolo i wydali mi się oni dosyć sympatyczni. Okazało się jednak, że była to ocena na wyrost, ponieważ wczoraj starłam się z żeńską przedstawicielką tej oryginalnej pary. Dziewczyna jest niesłychanie pewna siebie i nie brakuje jej ani języka w gębie, ani tupetu. A poszło o... pranie.

  Pogoda w tym tygodniu dopisuje, toteż korzystam z promieni słonecznych i wygrzewam się na balkonie wraz z Gają. Kluseczka bawi się radośnie na ziemi, ja czytam i tak spędzamy coraz krótsze jesienne dni. Wczoraj powiesiłam pranie i chciałam się zrelaksować, ale na dobrych chęciach się skończyło. Ubrania suszyły się w ekspresowym tempie, gdy nagle zauważyłam, że zaczęły ociekać brudną wodą. Spojrzałam w górę i zobaczyłam nową sąsiadkę, która wycierała podłogę na swoim balkonie, po czym opróżniła wiadro wylewając wodę na moje i dwa inne prania. W pierwszej chwili myślałam, że się przywidziałam, lecz nie były to spowodowane słońcem omamy. Wzięłam więc Kluseczkę, poszłam do tej dziewczyny i grzecznie ją zapytałam, co wyprawia. Sąsiadka zareagowała agresją i wyzwała mnie od rasistek, bo według niej zwróciłam jej uwagę wyłącznie dlatego, że "jest czarna". Z niespotykaną cierpliwością wytłumaczyłam dziewczynie, że jej kolor skóry nie ma znaczenia i dla mnie mogłaby być nawet zielona, ale nic to nie dało. Stwierdziła, że nie będzie dyskutować z wrednymi rasistkami i wyraziła zdumienie, jaki daję przykład córce. Pozbierałam się i poszłam do siebie, a w uszach nadal nieprzyjemnie brzmiało mi słowo "rasistka". Nie kłóciłam się z tą małolatą, niemniej po przyjściu do domu prawie się popłakałam, gdyż zawsze tak reaguję na wszelkiego rodzaju dyskusje. Nie umiem prowadzić rozmów w nerwach, bowiem tracę nad sobą kontrolę i łzy szybko mnie opanowują. Tak mam i nie potrafię znaleźć na to żadnego remedium.

  Czytałam gdzieś, że nie ma sensu wdawać się w polemiki z ciemnoskórymi przebywającymi na włoskiej ziemi, ponieważ sprowadzają oni wszystko do jednego i odwracają kota ogonem. Włosi stosunek do obcokrajowców mają taki sobie z tej przyczyny, iż jest ich w Italii za dużo. Poza tym w dobie kryzysu miejscowych denerwuje to, że państwo najpierw pomaga imigrantom, a dopiero później im. Przybysze ze świata dostają miesięcznie czek na ponad 1700 euro i nie muszą pracować, podczas gdy obywatelom Włoch nie przysługuje zapomoga. Z tego też powodu panuje tu niechęć społeczna do przyjezdnych, bo ludzie uważają, że obcy zabierają im kasę. Mój mąż też się na to zżyma, zwłaszcza że jedyne, co możemy dostać od państwa to wielka figa z makiem. Utrzymuje mnie mąż, więc teoretycznie nic nam nie brakuje i mamy za co żyć. Szkoda, że w praktyce nie wygląda to już tak kolorowo.

  Dzisiaj rano idąc po bułki natknęłam się na dziewczę, które zapaskudziło mi pranie. Powiedziałam jej "cześć", na co ona strzeliła focha, obróciła się na pięcie i oznajmiła, że z rasistkami się nie wita. Boski żigolo, który jej towarzyszył, uśmiechnął się szeroko, puścił mi oczko i szepnął ukochanej: "wyluzuj się". Widocznie dobrze zna napady humoru swojej dziewczyny. A pranie dla pewności powiesiłam w kuchni. Oby sąsiadce nie zachciało się umyć okien...
Obsługiwane przez usługę Blogger.