Urodziny tu, liczby tam

  Zaczął się październik, a ja z powodu histerii zębowej nawet tego nie zauważyłam. To miesiąc, który bardzo lubię, gdyż jest jeszcze ciepło, lecz nie upalnie, co dosyć mi odpowiada, no i obchodzę urodziny. Jakoś specjalnie ich nie celebruję, bo w końcu jestem coraz starsza, ale miło jest otrzymywać życzenia i małe podarunki (wielkich się raczej nie spodziewam).

  W tym roku po raz kolejny moje urodziny będą w pewnym stopniu wyjątkowe, ponieważ dołączyła do nas Gaja, która nie jest co prawda świadoma, że to ważny dzień w życiu mamy, jednak na pewno się wzruszę. Urządzimy sobie skromne przyjęcie i będziemy świętować w trzyosobowym gronie, o ile oczywiście nic nie pokrzyżuje nam planów. Postanowiłam w ten dzień nie ograniczać się, mimo że jestem na diecie i jeść wszystko, na co będę miała ochotę. Należę do osób, u których dodatkowe kilogramy pojawiają się z zatrważającą szybkością, ale w urodziny można (albo i trzeba), popuścić pasa. Kiedy byłam w ciąży ani nie myślałam o odchudzaniu (to były naprawdę piękne chwile), a teraz znowu muszę uważać na to, co jem, chociaż z powodu bólu zęba przez ostatnie dni schudłam i to niemało.

  Zbliżają się również drugie urodziny Gai, a co za tym idzie, ponowne odwiedziny teściów. Rzadko miewamy gości, częściej to my podróżujemy, lecz postaram się przyjąć jak najlepiej dziadków Kluseczki. Cieszę się zresztą z tego, że tak ważnego dnia nie spędzimy sami, a Gaja będzie miała prawdziwy tort urodzinowy, już jej babcia się o to postara. Uwielbiam piec ciasta i nieźle mi wychodzą, niemniej jednak torty to zupełnie nie moja bajka. Teściowa tymczasem to prawdziwa mistrzyni, o czym niejednokrotnie wspominałam i z przyjemnością mnie wyręczy. Mąż, gdy przyjeżdżają jego rodzice, zawsze mnie prosi, aby dać jego mamie coś do roboty, bo nie potrafi wypoczywać. Musi sprzątać czy gotować, inaczej ją nosi, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak z wielką przyjemnością spełnić życzenie męża.

  Po kilkudniowej niedyspozycji ślad prawie zaginął, więc od rana wzięłam się do pracy. Wystarczy, że jeden dzień nic nie robię, a dom zamienia się w poligon. Nie cierpię nadrabiać zaległości związanych ze sprzątaniem, ponieważ latam ze szmatą przez pół dnia, a efekt nie jest zbyt zadowalający. Gdzie nie spojrzę, tam widzę Peppę, bowiem nasze mieszkanko stało się mekką dla wyznawców tej pociesznej świnki. Pan P. wiecznie znosi dla Gai gadżety związane z jej ukochaną kreskówką i jedynym miejscem, które się jeszcze broni przed obecnością Peppy, jest nasza sypialnia, ale chyba już niedługo. Mąż zamówił świnkową pościel dla Kluseczki i pęka z dumy, chociaż zastanawiam się dlaczego. Skoro tak bardzo mu się podoba, niech lepiej sobie kupi bieliznę z tym motywem, przynajmniej nie będę musiała jej oglądać.

  Około dwóch tygodni temu przyłapaliśmy Gaję na liczeniu od jednego do dziesięciu i było to dla nas szokujące odkrycie. Córeczka usiadła obok kaloryfera, zaczęła w niego stukać paluszkiem i wymawiać po włosku jakieś słowa. Dopiero gdy przysłuchałam się dokładniej, co mała mówi, doszło do moich uszu, że są to liczby i to w prawidłowej kolejności. Nie wymawia ich naturalnie poprawnie, ale i tak jesteśmy zachwyceni biegłością naszej Kluseczki, bo jak na 22 miesiące życia to niezły wyczyn. Podobno miałam zadziwiającą pamięć, kiedy byłam mała i widocznie Gaja odziedziczyłą ją po mnie (dobrze, że nie urodę). Liczenie tak jej się spodobało, że parę razy w ciągu dnia drepcze w kierunku okna, sadowi się wygodnie obok kaloryfera i powtarza do znudzenia: uno (jeden), due (dwa), ćike (pięć-piszę tak, jak Gaja mówi), otto (osiem), bjeczi (dziesięć). Mąż jest przekonany, że zostanie wybitną matematyczką. Kocham ten jego niepoprawny hurraoptymizm!
 
Obsługiwane przez usługę Blogger.