Ząb głupoty mamy

  Wróciłam do żywych. Ci, którzy śledzą mój mega popularny fanpage zapewne wiedzą, że mała częstotliwość na własnym jak i na zaprzyjaźnionych blogach spowodowana była nie depresją czy nasilającą się nostalgią, ale najbardziej okrutnym z bólów- zęba. Za mną nieprzespane noce, przepłakane dni oraz wizyta u dentystki, która nie złagodziła cierpienia, tylko przepisała mi antybiotyk i postawiła zdecydowaną diagnozę- rwanie. Nie rwanie mojej skromnej osoby przez napalonych makaroniarskich samców, lecz pozbycie się raz na zawsze winowajcy dolegliwości. Cóż mogę powiedzieć, zlekceważyło się sygnały, to trzeba teraz ponieść konsekwencje. Mądra Polka na włoskiej ziemi po szkodzie, cholera jasna!

  Wczoraj osiągnęłam apogeum męczarni, a moja opuchnięta twarz wyglądała strasznie i jednocześnie groteskowo. W takim stanie na pewno dostałabym angaż w horrorze klasy b i to w roli głównej, gdyż producenci oszczędziliby na charakteryzacji. Byłam pewna, że Gaja przerazi się mamusi, ale spoglądając na mnie, zwyczajnie zaczęła się śmiać i nabijała się tak cały dzień. Dobre i to, przynajmniej ona uznała moją udrękę za interesującą, bo ja nie mogę na siebie patrzeć. Trzy noce spędziłam na kanapie w pokoju, zastanawiając się nad istotą fizycznego bólu, lecz nie doszłam do żadnych konkretnych wniosków. Wsłuchiwałam się w kroki psa, drepczącego nade mną, tyrady sąsiada, bezskutecznie próbującego nakłonić żonę do seksu oraz płaczu dziecka, które nasilało się z każdą minutą coraz mocniej. Zasnęłam na dziesięć minut, aby obudzić się z jeszcze większym bólem i tak funkcjonowałam przez ostatnie dni, przeklinając swoją bezdenną głupotę. Mąż stanął na wysokości zadania i zajął się wszystkim, a później był padnięty nie gorzej ode mnie. Nakupił całą masę jedzenia, w tym winogrona, nie bacząc na to, że nie dam rady ich przegryźć czy połknąć, ponieważ otworzenie gęby stało się dla mnie misją niemożliwą.

  Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Dzięki zębowi odkryłam na nowo, jak piękna jest Italia i jest to jedyny pozytywny aspekt minionych dni. Dentystka to dobra znajoma męża i leczy się u niej od lat, wszelako jej gabinet oddalony jest od Genui o ponad godzinę drogi autem, więc zrobiliśmy sobie przymusową wycieczkę. Miasteczko, do którego pojechaliśmy, szczerze mnie zachwyciło i chętnie bym w nim zamieszkała, bo na horyzoncie nie zauważyłam żadnych schodów, a wyłącznie fantastyczne widoki. Morze uśmiechało się do nas z daleka, kusząc swym lazurem, a góry położone obok współgrały idealnie z niepowtarzalnym morskim otoczeniem. Pomyślałam sobie, że tak właśnie wygląda raj, albo chociaż jego podwoje i zmęczenie włoskim materiałem prysnęło jak bańka mydlana. Mimo pulsującego bólu urządziliśmy sobie długą przechadzkę, która postawiła mnie na nogi i nawet nie przejmowałam się ludźmi gapiącymi się na moją spuchniętą twarz. Sama wizyta okazała się mało traumatyczna, gdyż dentystka nie ma w sobie ani cienia doktorskiej nieprzystępności i od razu przeszłyśmy na "ty", co dosyć mnie urzekło, bowiem uwielbiam włoski luz. Nie traktuje się tutaj lekarzy jak bożków, tylko zwykłych śmiertelników i bynajmniej nie trzeba im bić pokłonów. Tak naładowana optymizmem i przepełniona urokiem tego nadmorskiego kurortu, powróciłam do ponurej genueńskiej rzeczywistości, ciesząc się, że za tydzień będzie mi dane ponownie odwiedzić te strony. Odjadę co prawda z jednym zębem mniej, ale nic to. Zostawię po sobie oryginalny ślad:).


Udało mi się zrobić trochę zdjęć, ale nie oddają one piękna Finale Ligure (tak właśnie nazywa się to niebiańskie miasteczko).






Obsługiwane przez usługę Blogger.