Zakupy, plotki i inne szaleństwa

by 21:15
  Znowu sami. Teściowie wyjechali po paru intensywnych dniach, w ciągu których dom stanął na głowie. Tak sobie myślę a propos tej wizyty, że nasze życie to jeden wielki splot przywitań i pożegnań, bo ledwo pojechaliśmy na lotnisko, by odebrać rodziców męża, a już wróciliśmy tam, żeby ich odwieźć. Te nieustanne rozłąki powodują, że czasami czuję się tak, jakbym tkwiła na przymusowym odwyku od rodziny. Teściowa nakłania nas do spędzenia świąt na Sardynii, ale nie bierzemy tej opcji pod uwagę, ponieważ nie damy finansowo rady. Oszczędności, które są już mocno okrojone, maleją w zatrważająco szybkim tempie, a wygląda na to, że to nie koniec wydatków. Wzięłam się za siebie, co niestety kosztuje, lecz nie mam innego wyjścia. Na pewnych rzeczach nie powinno się oszczędzać, więc po raz kolejny wyskoczę z gotówki. Na razie nie ujawnię,  jakie to sprawy mnie zajmują, gdyż nie chcę zapeszać, niemniej zapewniam, że nie chodzi o ciążę.

  Ostatnie dni minęły nam pod rządami niezastąpionej teściowej, która natychmiast po przyjeździe zadomowiła się w kuchni i już z niej nie wychodziła. Dałam jej wolną rękę i trochę tego żałuję, bowiem nie po to do nas przyjechała, aby bawić się w służącą. Zamiast spędzać czas z wnuczką, wiecznie stała przy garach, mimo że nikt tego od niej nie wymagał oraz nadskakiwała teściowi, przyklejonemu do telewizora. Od rana do wieczora oglądał wiadomości, a kiedy zdarzało mu się wyjść po zakupy, przynosił tony niepotrzebnej żywności. I tak na przykład teściowa posłała go tylko po drożdże, a wrócił obładowany niczym tragarz, przynosząc ze sobą 4 kilogramy pomidorów, 30 jajek, 5 kilo mąki i 4 główki sałaty. Pomidory jemy teraz na okrągło, a część z nich służy Gai jako piłeczki, natomiast sałata zamieniła się w gąbkę i musieliśmy ją wyrzucić. Jajek mamy ponad 50 i chyba będę robiła dzienne omlety i jajecznicę, bo inaczej też wylądują w koszu na śmieci. Jestem wdzięczna teściowi, że stara się nas zaopatrzyć, ale jak już kupuje produkty, niech wybiera te o długim terminie ważności. Ubiegłym razem, gdy był u nas, kupił w promocji worek cebuli i kilka główek kapusty, z których rzecz jasna nie wyczarowałam kiszonej. I jak tu nie zwariować przy tej niezbyt logicznej nadgorliwości konsumpcyjnej?

  Teściowa przez te kilka dni pobytu u nas nie zrezygnowała ze swej ukochanej pasji, czyli dzwonienia do rodziny i znajomych. Patrząc na nią zastanawiałam się, czy aby na pewno nie ma przyklejonej do uszu komórki, bo non stop z kimś gadała. A że ma tuzin przyjaciółek, które dzielą się na „zwykłe” i „specjalne", nie omieszkała im opowiedzieć, jak sobie radzimy i jakie, według niej, popełniamy błędy w wychowywaniu Gai. Nie ukrywam, że dosyć mnie to ruszyło, ponieważ niektóre historie wolę zachować dla nas, ale teściowa nie dała rady utrzymać na wodzy swej manii plotkowania. Często wychodziła na balkon, beblała godzinami z byle kim i nie zdawała sobie sprawy z tego, że słyszeliśmy, o czym rozprawiała. Mąż miał do mamy pretensje o to, czemu prywatne rzeczy opowiada przyjaciółce, lecz teściowa na to odpowiedziała, że to jest "specjalna przyjaciółka" i Pan P. ma się zamknąć. Następnym razem już nic jej nie powiemy, gdyż nie chcemy, żeby obgadywała nas sardyńska część rodziny. Najlepsze jest to, że babcia Gai robi to w dobrej wierze i nie uważa, że obmawianie przyniesie nam szkody. Może i nie, ale prawda jest taka, że nie lubię być na językach, zwłaszcza osób, które niewiele o mnie wiedzą.

  Goście na szczęście są już u siebie, a my wróciliśmy do normalności. Genua jest pochmurna i deszcz nie przestaje padać, w związku z czym miasto jest praktycznie zablokowane. Wczoraj odwieźliśmy teściów na lotnisko w Cuneo i później okazało się, że oni wylądowali na Sardynii, a my nadal tkwiliśmy bezradnie w korku. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu obędzie się bez pogodowych rewolucji, bowiem czeka nas kontrola Gai i bardzo istotne dla mnie spotkanie. Oby sprawy ułożyły się po mojej myśli i będę mogła spełnić jedno z największych marzeń. Jeśli nie, życie oczywiście się na tym nie skończy, chociaż rozczarowanie będzie ogromne. Co by nie powiedzieć, sprawy idą ku lepszemu!

Goście, goście

by 16:56
  I znów szykujemy się na przyjazd teściów. Niby to nic takiego, ale tak rzadko nas ktoś odwiedza, że każda wizyta, nawet ta z założenia dla mnie stresująca, jest świętem w domu. Wiadomo, że z teściową różnie to bywa, lecz moja jest nieszkodliwa i nie wadzi mi wcale. Ma co prawda swoje wady i dziwne pomysły często przychodzą jej do głowy, niemniej jednak nie mam na co narzekać, chyba że na piec w ciągłym ruchu, a co za tym idzie, wysoki rachunek za gaz. Wiem, że gdyby mieszkała blisko, na pewno nie byłoby między nami tej sielanki, bo nie wytrzymałabym jej nadgorliwości. A tak widzimy się raz na ruski rok i nasze stosunki są więcej niż poprawne. Mąż zaś dopiero się ustawił, ponieważ swojej teściowej nie rozumie i bardzo go to cieszy. Mnie jeszcze bardziej, gdyż znając charakter mojej mamy wyobrażam sobie, że miałaby Panu P. dużo do powiedzenia. W tej sytuacji może sobie na niego gderać, ile dusza zapragnie, mimo że nie ma ku temu powodów.

  Wraz z mężem podjęliśmy decyzję, że tym razem dopuścimy jego mamę do garów i kuchnia pozostanie wyłącznie do jej dyspozycji. Podczas ubiegłej wizyty toczyliśmy boje o to, żeby na chwilę usiadła i się zrelaksowała, lecz z niebywale miernym skutkiem. Doszliśmy więc do wniosku, że nie ma co się szarpać i niepotrzebnie denerwować, zatem pozwolimy jej przejąć stery pani domu. Mamy w planach udać się po zakup nowego komputera i butów dla Gai, a przede wszystkim po odbiór paszportu do Konsulatu w Mediolanie. Gaja zostanie z babcią i wreszcie nie będę siedziała zestresowana w aucie. Ostatnie jazdy były dla mnie koszmarne, bo Kluseczka, po krótkim zastoju, znowu miała nawrót choroby lokomocyjnej i źle znosiła podróż samochodem. Mam nadzieję, że teściowa da radę okiełznać nieujarzmiony charakterek Gai, albowiem na teścia niestety nie można liczyć. Boi się dzieci i stroni od nich, a małej jeszcze nigdy nie wziął na ręce. Przyznam, że nie potrafię tego zrozumieć, w końcu wnuczka to wnuczka. Jestem pewna, że pilotem do telewizora teść natomiast nie pogardzi.

  W Genui ciągle pada, co powoli mnie doprowadza do szału. Cierpię na deficyt słońca i zastanawiam się, czy kraj, w którym mieszkam, naprawdę nazywa się Italia. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest jesień, ale nieustannie lejący jak z cebra deszcz i zimny wiatr nie napawają mnie optymizmem. Mąż uważa, że gdyby spadł śnieg, wtedy naprawdę byłoby zimno i miałabym powód do zrzędzenia, lecz nie przejmuję się jego gadkami, bo biedaczek zna śnieg jedynie z filmów, a na żywo zmierzył się z nim zaledwie raz. Kilka lat temu, gdy przyjechał do mnie w odwiedziny, zastała go burza śnieżna i był tym zjawiskiem przerażony. Jeśli kiedyś serio przeprowadzimy się do Polski, będę zmuszona zaopatrzyć męża w potrójnie puchową kurtkę, inaczej zamieni się w sopel lodu. Jestem również przekonana, że nie uda mi się go namówić na wyjście z Gają na sanki i inne zimowe szaleństwa. Zima w pojęciu Włocha to nasza szara jesień, a ukochana Sardynia Pana P. zupełnie nie zna tej pięknej pory roku. W przyszłości mam zamiar urządzić huczne Boże Narodzenie w kraju i zaprosić najbliższych członków włoskiej rodziny. Niezmiernie mnie ciekawi, jak zareagują na biały puch i nie ukrywam, że trochę im na wyrost współczuję.

  A propos świąt, zauważyłam ciekawe zjawisko na większości blogów- prezentowy must have, czyli lista prezentów dla dzieciaków. Nie krytykuję tego, gdyż dzięki tym wpisom mogę znaleźć garść inspiracji, jednak czekam też na listę rzeczy dla mam. Nie mam bladego pojęcia, co sprawiłoby mi radość, ponieważ na szpilki Louboutin raczej męża nie stać, zresztą do wyjścia tutaj na obcasach trzeba mieć cywilną odwagę. Kluseczka prezent dostanie, bo oboje z mężem wiemy, że dla dzieci upominek pod choinkę jest świętą sprawą, a jego brak najgorszym rozczarowaniem, jaki może się przytrafić małemu człowiekowi. Kiedy byłam dzieckiem, nigdy nie dostawałam żadnej niespodzianki, jako że moi rodzice nie byli zamożni i nic nam nie kupowali. Do tej pory pamiętam, jak bardzo mnie to bolało i jak wstydziłam się tego, że nie przychodził do mnie Mikołaj. Zdarzało mi się okłamywać koleżanki i wymyślać wyssane z palca podarunki, gdyż nie mogło mi przejść przez gardło, że do nas prezenty nie docierają. Mąż natomiast i owszem, zawsze otrzymywał jakieś zabawki, ale- uwaga- nie mógł się nimi bawić. Mama mu nie pozwalała, bo nie chciała, żeby je popsuł. Zastanawiam się, co jest dla dziecka gorsze- brak zabawek czy niemożność ich dotykania? Na szafie w pokoju siostry Pana P. nadal stoją wielkie pudła z lalkami w środku, które wyglądają jak nowe. Dlatego właśnie nauczeni przykrymi doświadczeniami nie zamierzamy popełniać błędów naszych rodziców i powielać ich zachowań. Choćby się waliło i paliło, Gaja tego nie odczuje, bowiem jej dzieciństwo ma być wolne od trosk. A tymczasem, do napisania!

Szpitalnych przygód ciąg dalszy

by 16:29
  Zaczął się kolejny, intensywny tydzień w naszym życiu, mimo że nic tego nie zapowiadało. Poniedziałek był fatalny, bo nie tylko przygnieciony piętnem szarości i błota dookoła, ale również nie do końca dobrymi wiadomościami. Pojechaliśmy na rutynową (tak mi się przynajmniej wydawało) kontrolę na oddział neurologii, którą zalecił ortopeda Gai, no i okazało się, że to jeszcze nie koniec naszych szpitalnych wojaży. Przeczucie mi podpowiadało, że tak będzie, a gdy zobaczyłam panią doktor badającą Gaję, byłam tego więcej niż pewna. Lekarka to młoda dziewczyna i jak to osoby po studiach, jest dosyć nadgorliwa, co z jednej strony jest słuszną postawą, lecz z drugiej niesamowicie mnie drażni. Z nóżkami Kluseczki wszystko w porządku i na szczęście fizycznie rozwija się prawidłowo, za to lekarkę zaniepokoiło to, że Gaja jak na dwa lata nie za dużo mówi. Nie pomogły tłumaczenia, że jest dwujęzyczna i rozumie oba języki, dla doktorki ważniejszy był fakt, iż nie wymawia tyle wyrazów, ile powinna, dlatego chce ją skontrolować pod wpływem rozwoju. Dobra, wiem, to ona nosi kitel, a nie ja, niemniej słabią mnie te ciągłe kontrole, bo zawsze wychodzi na jaw, że coś jest nie tak. Nie jest to co prawda poważna rzecz, ale oczywiście przysporzyła mi wczoraj wiele nerwów, do tego stopnia, że po wyjściu ze szpitala zwyczajnie się poryczałam. Co innego mąż, on przyjął to na klatę i zauważył, że nawet jeśli Kluseczka odstaje od rówieśników, to specjaliści szybko pomogą nadrobić jej braki. W to nie wątpię, chociaż jestem zdziwiona tym, że po dziesięciu minutach badania doktorka stwierdziła z absolutną pewnością, że Gaja ma problem z gadaniem. Ona, której buzia zamyka się jedynie wtedy, gdy śpi, a czasem i niekoniecznieAlbo faktycznie się nie znam, albo jestem jak zwykle przewrażliwiona i to jest o wiele bardziej prawdopodobne. W każdym razie czekamy na następny krok.

  Szpital Gaslini jest naprawdę ogromny i każdy oddział ma tam osobny budynek. Naszukaliśmy się oddziału neurologii i zanim tam dotarliśmy, trochę czasu minęło. Wolontariusz szpitalny zaprowadził nas do sali zabaw dla dzieci, lecz szkopuł w tym, że prawie żadnych zabawek tam nie było. Pan wolontariusz opowiedział nam, że od jakiegoś czasu ktoś sukcesywnie wynosi stamtąd gry i inne gadżety, a szpital nie może sobie z tym poradzić. Żeby okradać takie miejsce i małych pacjentów to serio trzeba być niezłą mendą. I mowa tutaj o kimś z personelu, kto widzi, ile radości mają maluchy przy zabawie, kiedy oczekują na stresującą wizytę. Dziwię się, czemu nikt tam jeszcze kamer nie zamontował i nie przyłapał złodzieja na gorącym uczynku. Patrząc na wolontariusza przypomniała mi się nasza szpitalna przygoda i wszystkie życzliwe dusze, które tam poznałam. Zawsze myślałam, że wolontariuszami mogą być jedynie ludzie młodzi i pełni energii, jednak w Gaslini są nimi osoby starsze- od 60 lat wzwyż. Niejednokrotnie imponowali mi swoim podejściem do dzieci i optymizmem, a często wiedzą i doświadczeniem. Gdyby wsyscy mieli taki stosunek do pacjentów, pobyt w szpitalu nie byłby tak męczący.

  Po badaniu pojechaliśmy na zakupy do Lidla, czego później nieco żałowałam. Dziki tłum, który przybył tam na promocję odstraszył mnie przy samym wejściu, ale i tak postanowiłam wejść w paszczę lwa. Klienci rzucili się na świąteczną promocję jak szaleni i brali, co popadnie, zachowując się przy tym jak stado niewydarzonych troglodytów. Mąż jakimś cudem w końcu też się dopchał do choinkowych bibelotów i naszym łupem padło kilka tanich i fajnych rzeczy. Choć grudzień dopiero przed nami, to na kuchennym stole postawiłam czekoladowego Mikołaja, który spogląda na nas dumnie, a Gaja jest nim zafascynowana. Już parokrotnie chciała go zdjąć ze stołu i prawie się jej ta sztuka udała, lecz zdążyłam ją powstrzymać. Małej to jednak nie zniechęca i jestem przekonana, że Mikołaj za niedługo wyląduje na podłodze, ku uciesze Kluseczki. Nic to, kupimy nowego, o ile jeszcze go dostaniemy, bowiem w Lidlu już w godzinę po promocji półki pustoszeją. Fenomen tego sklepu jest dla mnie nieodgadniony.

  W sobotę przylatują teściowie, a ja nadal jestem w sprzątalnych powijakach. Od ponad tygodnia próbuję umyć okna, ale nie daję rady, ponieważ bez przerwy pada, więc nie ma sensu ich wycierać. Ponadto wiecznie przeciekają i latam ze szmatą jak rąbnięta, od jednego pokoju do drugiego i tak w nieskończoność. Właściciele nie pokusili się o wymianę okien na nowe i skutki ich decyzji są dla nas opłakane. Nie mam pojęcia, kiedy doczekamy się własnych czterech kątów, lecz dałabym wszystko, żeby stało się to jak najszybciej. Tymczasem wczorajszy niemiły początek dnia przynósł szczęśliwy koniec, bo chrzestny Gai przysłał jej prezenty- klocki Duplo i metrową lalkę. Gdy Kluseczka ją ujrzała, rzuciła ją w kąt i bidula leży tam do tej pory. Cóż, i małe kobietki bywają kapryśne.


"Award" i nic nie jest jasne

by 18:15
  Dawno temu była sobie nieopierzona blogerka, która naiwnie sądziła, że nominacja do Liebster Blog Award okaże się dla niej przepustką do blogowej sławy. Bo wiecie, pomyślała sobie, że to wyróżnienie będzie miało taką samą moc sprawczą jak te wszystkie Music Award, Film Award, czy nomen omen Book Award. Oczami duszy widziała siebie na piedestale blogosfery, ponieważ tych „Award” otrzymała kilkanaście, więc wydawało jej się, że internetowa popularność stoi przed nią otworem. Gapiąc się w ekran monitora zacierała ręce i była przekonana, że strąci z tronu królów blogosfery, takich jak Kominek czy autora bloga Halo Ziemia. Jakież rozczarowanie ogarnęło ową blogerkę, gdy okazało się, że poza garstką wiernych czytelników nikt nie zainteresował się licznymi kandydaturami do Liebstera, a co za tym idzie, jej wypocinami. Cóż, jakoś przełknęła tę gorzką pigułkę i postanowiła wypiąć się na blogosferę, tak samo jak blogosfera wypięła się na nią. Jak zaplanowała, tak uczyniła i trzeba przyznać, że była to słuszna decyzja. A pal licho te nagrody, liczniki, wskaźniki i inne pierdoły- ja się w to nie bawię (tak, tak, to o mnie chodzi, jakby się jeszcze ktoś nie domyślił). Nie muszę być rozpoznawalna i mieć za sobą kilka milionów dusz, bo wolę pisać, a jednocześnie nie odczuwać żadnej presji pisania. Dałam się nabrać na pompatyczną nazwę Liebster Blog Award, chociaż żadna nagroda nie przypadła mi w udziale. Dlatego też kolejne nominacje przyjęłam z uśmiechem na ustach, lecz bez większych oczekiwań, gdyż wiem, że to tylko dobra zabawa i nic więcej. Dzięki temu łańcuszkowi można dowiedzieć się czegoś o osobach piszących bloga i jest to niewątpliwie pozytywny aspekt LBA. Odpowiadam zatem dwóm blogerkom, które wyróżniły właśnie mnie, zastanawiając się przy okazji, czemu właśnie mnie.  

Pytania Joasi z bloga Melˈs fashion-mumˈs passion:
1. Czy pisałaś kiedyś bloga, którego porzuciłaś? Jeśli tak, dlaczego?
Tak, było to około sześciu lat temu- zaczęłam pisać, ale skończyłam na jednej notce. Nie pamiętam nawet nazwy bloga i tego, o czym chciałam pisać. Widocznie wtedy jeszcze o niczym.

2. Co denerwuje cię tak bardzo, że wychodzisz z siebie?
Im jestem starsza, tym mniej rzeczy mnie denerwuje, choć  głupota ludzka nieustannie przyprawia mnie o ból głowy.

3. Jaka jest twoja ulubiona pora roku i dlaczego?
Zdecydowanie jesień, bo wtedy na świat przyszła moja córeczka.

4. Gdybyś miała nieograniczony wybór, gdzie byś zamieszkała?
W Polsce i tylko w Polsce.

5. Jaka jest twoja ulubiona zupa?
Nie będę oryginalna- pomidorowa.

6. W jakich miejscach najchętniej robisz zakupy?
Lidl, pobliski targ i tanie sieciówki.

7. Jakie lubisz zapachy?
Subtelne!

8. Czy uważasz, że istnieją żelazne zasady w wychowywaniu dzieci, które trwają z pokolenia na pokolenie i zawsze się sprawdzają?
Myślę, że tak, choć wszystko zależy od podejścia rodziców.

9. Co jest dla ciebie wyznacznikiem kobiecości?
Długie włosy, sukienka, szpilki i wrażliwość.

10. Jakimi środkami lokomocji najczęściej się poruszasz?
Jak już pisałam u Ciebie w komentarzu- piechtobusem, czyli moimi własnymi, styranymi przez schody nogami.

11. Czy masz w domu kwiaty doniczkowe i czy je lubisz?
Oczywiście, że mam i nie tylko bardzo je lubię, ale też pielęgnuję. O kurczę, właśnie sobie przypomniałam, że nie podlałam dzisiaj bazylii!


Pytania Ilony z bloga Pani Rolnik:
1. Czym jest dla ciebie szczerość?
Życiem w zgodzie ze sobą.

2. Czy uważasz, że ulubiony kolor osoby ma odzwierciedlenie w cechach jej charakteru?
Być może- kiedyś ubierałam się na czarno i byłam posępna niczym Marysia z M jak miłość. Teraz preferuję nieco stonowane kolory, a i charakter mi się zmienił.

3. Czy robisz coś dla przyrody w swoim życiu?
Niewiele, choć staram się przestrzegać obowiązujące zasady- segreguję śmieci, zużyty olej wywozimy do miejsc przeznaczenia, a nie wylewamy, tak samo baterie czy leki.

4. Czy czujesz się spełniona w roli, jaką aktualnie odgrywasz w życiu?
Jeśli chodzi o rolę matki, to jak najbardziej- daje mi to ogromną satysfakcję! Zawodowo zaś jestem w ogóle niespełniona.

5. Trzy rzeczy, które zabrałabym na bezludną wyspę to?
Nóż, środek na komary i coś do czytania.

6. Książki, po które moim zdaniem warto sięgać to?
Zdecydowanie te dobrze napisane!

7. Jeśli miałabym odrodzić się w kolejnym wcieleniu jako zwierzę, byłabym?
Chyba leniwcem.

8. Co cię cieszy?
Uśmiech na twarzy mojego dziecka.

9. Czy masz jakąś dobrą radę na jesienną depresję?
Przeczekać- na pewno przejdzie!

10. Posiadasz jakieś nie do końca logiczne fobie, przyzwyczajenia?
Boję się pająków, ale to akurat jest logicznie. Mam fobię samolotową, zwłaszcza w snach.

11. Blog, który warto twoim zdaniem przeczytać?
Tak jak w punkcie nr 6- dobrze napisany.

A teraz najważniejsze pytania (he he), czyli moje:
1. Z czym kojarzą Ci się Włochy?
2. Książka, którą bez wahania polecasz?
3. Czy oglądasz telenowele- jeśli tak, to jakie?
4. Co sądzisz na temat stylizowania maluchów?
5. Ulubiony aktor i film?
6. Celebryta, którego nie znosisz i dlaczego?
7. Ideał mężczyzny (lub kobiety) to?
8. Mega popularny blog, który czytasz?
9. Co sądzisz o portalach społecznościowych?
10. Jakie pobudki skłoniłyby Cię do emigracji?
11. Piosenkarz, piosenkarka, zespół- jaka muzyka Ci w duszy gra?


 Z wielką przyjemnością zapraszam do zabawy autorów następujących blogów (z góry zaznaczam, że nie musicie czuć się obligowani do odpowiedzi. Jeśli macie dość LBA, olejcie moje pytania, jeśli zaś chcecie odpowiedzieć, możecie to zrobić w komentarzu u mnie lub w osobnym poście. Kolejność nominacji absolutnie przypadkowa):




Witaj, Marcinku

by 19:13
  Muszę się Wam czymś pochwalić- dzisiaj ponownie zostałam ciocią! Moja siostra urodziła zdrowego chłopczyka, któremu dała na imię Marcin (choć przez całą ciążę zarzekała się, że będzie to Szymon) i nie muszę dodawać, że wszyscy jesteśmy bardzo szczęśliwi. W przypadku siostry obraz rodzinny jest już skompletowany, bo nie sądzę, że zdecyduje się na trzecie dziecko. Względy zdrowotne jej na to nie pozwalają, a kolejna cesarka mogłaby być naprawdę ryzykowna. Jak natomiast ułoży się nam, nawet dla mnie jest tajemnicą, bowiem mąż jakoś się nie kwapi do ponownego ojcostwa. Chciałby mieć jeszcze jedno dziecko, ale jeszcze nie teraz, ponieważ najpierw musi zmienić pracę i więcej zarabiać (diabli wiedzą, kiedy w końcu znajdzie nową robotę). Rozumiem te argumenty i w pełni je akceptuję, niemniej i ja mam swoje, tak samo ważne. Główna przeszkoda polega na tym, że jestem coraz starsza, a do męża wcale to nie dochodzi i chyba się nie spodziewa, że urodzę drugie dziecko za dziesięć lat, gdy menopauza zapuka do mych drzwi. Mam nadzieję, że razem dojdziemy do sensownych konkluzji.

  Wraz z pojawieniem się nowego członka rodziny wystąpił nieoczekiwany problem- kwestia rodziców chrzestnych. Z założenia miało obyć się bez kłopotów, bo ta zaszczytna funkcja przypadła w udziale państwu P. (czyli nam), lecz wychodzi na to, że będziemy musieli obejść się smakiem. Nie mamy ślubu kościelnego, więc nie możemy zostać chrzestnymi Marcinka, jako że sztywne reguły kościoła tego zabraniają. Zasady zawsze można nagiąć, zresztą znam dużo osób, które też są po cywilnym, a żaden ksiądz nie zabronił im być chrzestnymi. Wszystko zależy od poglądów księdza, a proboszcz w parafii siostry jest widocznie mało postępowy. Nie zgadza się i tyle, aczkolwiek jestem przekonana, że gdybym zamachała mu przed oczami grubo wypchaną kopertą, na pewno łaskawiej by na nas spojrzał. Niczym wszakże nie zamierzam machać, zatem rodzice małego będą zmuszeni wybrać kogoś innego, mimo że siostra zaplanowała sobie, jak rozwiązać zaistniałą sytuację. Według niej Pan P. i ja powinniśmy niezwłocznie wziąć ślub kościelny i nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby zostać rodzicami chrzestnymi jej synka. 

  Idea siostry logistycznie jest nie do ogarnięcia, bo przecież przygotowania do ceremonii nie trwają jeden dzień. Z naszym proboszczem- don Luciano, jesteśmy w dobrej komitywie, lecz nie da nam ślubu tylko na piękne oczy, ponieważ zachciało nam się żeniaczki. Siostra wyłożyła mi rzecz mniej więcej tak: „pójdziecie do księdza i powiecie, jak sprawy stoją. Zobaczycie, że pobłogosławi was tego samego dnia.” Nie wiem, co jej strzeliło do głowy, sama szykowała się ponad rok do własnego ślubu, a nam rozkazała pobrać się w papuciach. Pomijam kwestię finansową, chociaż jest ona fundamentalna przy takich imprezach, ale jak szanowna siostra wyobrażała sobie znalezienie świadków i ściągnięcie do Genui w godzinę wszystkich gości z Sardynii i z Polski, tego zwyczajnie nie mogę pojąć. Stwierdziła lekceważąco, że gości możemy zaprosić na przyjęcie za rok, jakby to miało jakikolwiek sens. W ciąży faktycznie hormony buzują, dlatego nie przejęłam się tymi gadkami. Nie lubię być do niczego przymuszana, a ślub kościelny wezmę wtedy, kiedy przyjdzie na to pora. Tak to jest, gdy się ma o rok starszą siostrę- muszę się przyzwyczaić do tego, że nadal lubi układać mi życie.

  Nie zostaniemy więc chrzestnymi Marcinka i jest mi z tego powodu niezmiernie przykro. Czy naprawdę tacy niegodni z nas kandydaci wyłącznie dlatego, że mamy jedynie ślub cywilny? Moim zdaniem ważniejsze jest to, jakimi ludźmi jesteśmy i co sobą reprezentujemy, zaś inne przesłanki są mniej istotne. W oczach księdza najwyraźniej znaczymy niewiele, choć nic o nas nie wie, lecz jeden papierek (a raczej jego brak) powiedział mu wystarczająco dużo. Pan i Pani P. to para heretyków:). Witaj na świecie, Marcinku!



Urodzinowe restrospekcje

by 19:04
  9 listopad 2012, trzy dni po terminie przewidzianej daty porodu. Szpital San Martino w Genui, gdzie udałam się wraz z mężem na monitoring, czyli badanie określające ile czasu pozostało mi do rozwiązania. Przyjął mnie doktor, do którego chodziłam prywatnie przez cały okres ciąży i nawet się ucieszyłam na jego widok, bo naturalne darzyłam go pełnym zaufaniem.

-Spokojnie- powiedział w trakcie kontroli- wód płodowych jest pod dostatkiem i dzisiaj jeszcze nie urodzisz. Dziecko jest coraz niżej i za kilka dni sprawa się rozstrzygnie. Teraz możesz wrócić do domu i wypoczywać.

  Tak też zrobiłam. Mąż odprowadził mnie pod drzwi mieszkania i poleciał do pracy, a ja zamierzałam zrobić sobie obiad. Z moich kulinarnych planów nic nie wyszło, ponieważ poczułam dziwny ból- coś zaciskało mnie w brzuchu tak mocno, że musiałam pójść się położyć. I tak przez cały dzień nieszczęsne uciski się nasilały, aż w końcu nie wytrzymałam i grubo po północy obwieściłam mężowi, że musimy jechać na porodówkę. Tym razem przyjęła mnie dyżurująca lekarka, która wykonała powtórny monitoring, po czym stwierdziła, że wody płodowe odeszły. Było to dla niej o tyle dziwne, że podczas porannej wizyty miałam podobno płynu w nadmiarze, a tu nagle znienacka wyparował. Przyznam, że nic nie skumałam z jej wywodów, bowiem zbyt mocno bolało mnie podbrzusze, a do tego zaczęłam się bać i wpadłam w panikę. Lekarka widząc mnie rozhisteryzowaną i całkowicie rozstrzęsioną zadecydowała, że położy mnie na oddziale. Mąż wziął walizkę, pielęgniarka zaprowadziła nas do sali, w której miałam leżeć i się uspokoić. Ból co prawda nie przechodził, a mimo to udało mi się na trochę zasnąć. Stres zrobił swoje.

  Następnego dnia po raz trzeci czekał mnie monitoring, lecz tym razem badanie było o wiele dłuższe, bo dwugodzinne. Gdy się skończyło, jedna z pięciu lekarek konsultujących mój przypadek oznajmiła mi, że dziecku bardzo słabo bije serduszko, zatem konieczne będzie cesarskie cięcie i to jak najszybciej. Miałam powiadomić męża, który na szczęście właśnie parkował przy szpitalu i przed zabiegiem zdążyłam go zobaczyć. Zanim zawieziono mnie na salę operacyjną, musiałam wyrazić zgodę na piśmie, że w razie zagrożenia życia usuną mi macicę, co odrobinę mnie zszokowało, no i pojechałam przywitać moją córeczkę. Nie bałam się, nie płakałam, a wręcz przeciwnie- opanował mnie niezwykły spokój. Anestezjolog okazał się człowiekiem rzeczowym i kiedy z nim porozmawiałam, byłam pewna, że wszystko pójdzie jak z płatka. I tak się stało- cesarka trwała może piętnaście minut, a potem usłyszałam niepowtarzalny dźwięk, na który czeka każda matka- płacz mojego dziecka. Chłonęłam go jak gąbka i wydawał mi najpiękniejszym śpiewem, ale zaraz ktoś przywrócił mnie do rzeczywistości, wołając do mnie: "otwórz oczy, mamusiu”. Pokazano mi Gaję na ułamek sekundy, zobaczyłam ciemnie włoski i...nic więcej. „Dzień dobry, Kluseczko”- przywitałam się z córeczką i tylko to krótkie spotkanie było mi wtedy dane. Znowu zobaczyłam Gaję, kiedy spała już w kołysce, a nad nią czuwał jej wniebowzięty tatuś. Chwila, kiedy ujrzałam wzruszonego męża z naszym małym skarbem, jest najważniejszym dla mnie wspomnieniem i często mam ją przed oczami. Gaja urodziła się zdrowa, dostała dziesięć punktów w skali Agpar i wszystko skończyło się dobrze, choć zdaję sobie sprawę z tego, że mogło być inaczej. Nie zamierzam jednak przeklinać doktora, mimo że ten przyznał się do błędu i mnie przeprosił. Wystarczy, że obwiniam siebie za zaistniałą sytuację.

  Poród cesarski nie jest, jak wielokrotnie słyszałam, pójściem na łatwiznę. Gdyby to ode mnie zależało, wolałabym urodzić Gaję naturalnie. Głosy, które lekceważą znaczenie cesarki, są według mnie mocno niesprawiedliwe. Rodziłam bez bólu, to prawda, za to kiedy znieczulenie przestało działać, już nic nie uchroniło mnie od męki. Wstanie z łóżka okazało się męczarnią nie do przejścia, a czynności fizjologiczne jeszcze większą katorgą, dlatego nie rozumiem, skąd takie krzywdzące przypuszczenia. Poza tym poród to nie wyścigi, a czytając różne wpisy, wydaje mi się, że niektóre matki tak to traktują. Jestem lepsza, bo urodziłam siłami natury, a kobiety, które skorzystały z pomocy, są zwyczajnie leniwe. Czasami nie ma się wyjścia, drogie panie, zresztą ja się z nikim nie ścigam. Macierzyństwo to magiczna sprawa, a dla Gai jestem najlepszą matką, bo daję jej to, czego najbardziej potrzebuje- bezgraniczną miłość. Sto lat, Kluseczko!

Zły doradca

by 20:40
 Wczoraj wieczorem nastąpiło nieoczekiwane wydarzenie-mąż domator wybył! Poszedł odnieść drabinę sąsiadowi i tyle go widziano. Nie zaniepokoiło mnie to wcale, ponieważ Pan P. to ułożony człowiek i ani mu w głowie hulanki. Krótko mówiąc, mam do niego zaufanie. 

  Światełko czujności zapaliło się jednak! Co prawda nie ja się martwiłam, gdyż dobrze wiedziałam, że nie mam o co, ale za to życzliwa koleżanka, z którą utrzymuję kontakt drogą wirtualną, zaczęła coś podejrzewać. Jej argumenty były dosyć łopatologiczne i nie wróżę jej kariery detektywa, bo węszyć romans tam, gdzie go nie ma, jest zupełnie bez sensu. Według kumpeli mąż nie poszedł do sąsiada, lecz udał się na potajemne spotkanie z kochanką, a drabina była wyłącznie pretekstem do tego, by wyjść z domu i zaszaleć. To ewidentne, że każdy partner zdradza, a już zwłaszcza Włoch ma do tego naturalne predyspozycje. Krążą takie stereotypy, niemniej są wyjątki od reguły i z dumą mogę stwierdzić, że mąż do nich należy, dlatego olałam te niezbyt lotne przypuszczenia. Zdumiała mnie za to postawa znajomej, albowiem była wyraźnie rozczarowana tym, że nie przytakiwałam jej rewelacjom. Doszło do mnie, że laska chciałaby rzekomego romansu mojego męża, bo miałaby radochę z tego, że przyprawia mi rogi. Jest takie powiedzenie, że nic nie cieszy tak ludzi, jak problemy innych i na przykładzie koleżanki dobitnie widać, iż nie są to czcze słowa. Miedzy mną a mężem nie zawsze bywa idealnie, przyznaję, ale jesteśmy szczęśliwi i kryzys nam nie grozi. Widocznie niektórym przeszkadza ta symbioza i chętnie widzieliby mnie powracającą we łzach do Polski, jednak nie zamierzam nikomu dawać satysfakcji. Jeśli wrócę do kraju, to w towarzystwie moich bliskich i jedynie taką opcję biorę pod uwagę. A znajoma niech lepiej zajmie się swoim życiem i małżeństwem. Nie wnikam w to, co robi jej ukochany, mimo że jego wyskoki są niemal legendarne i wiedzą o nich nawet sędziwe matrony. Pan P. nie kroczy tą samą drogą i może właśnie to ją tak boli? W dwójkę byłoby nam przecież raźniej przeżywać zdrady naszych szanownych małżonków:). 

 Cóż zatem porabiał ten mój „niewierny Tomasz”, kiedy go nie było? Ano spędził wieczór w towarzystwie sąsiadów, którzy zaprosili go na kolację. Sąsiedzi również pochodzą z Sardynii i tylko z nimi utrzymujemy jako taki kontakt tutaj, więc mężuś nieco się u nich zasiedział. Gdy wrócił, obie z Gają spałyśmy w najlepsze i dopiero rano uświadomiłam sobie, że nie skorzystałam z rady kumpeli i nie obwąchałam dokładnie Pana P. Nie przeszukałam też jego komórki i nie sprawdziłam poczty w komputerze, jako że nie mam takiego zwyczaju. A propos dobrych rad, to nie lubię ich udzielać, ale tym razem zrobię wyjątek. Droga koleżanko, nie mierz cudzych mężów miarą Twojego, a ponadto pamiętaj, że zazdrość jest złym doradcą. Przypomniało mi się także kolejne przysłowie- "chroń mnie, Boże od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sama". Nic dodać, nic ująć!

  Przygotowania do urodzin Kluseczki idą pełną parą! Tort zamówiłam, baloniki i dziecinne gadżety zakupiłam, a po prezent jedziemy jutro. Zdecydowaliśmy, że podarujemy Gai zestaw Duplo, ponieważ mała uwielbia klocki i jest w stanie bawić się nimi godzinami. Brałam jeszcze pod uwagę mini perkusję, lecz chyba pomyślimy o niej na Gwiazdkę. Mam nadziejęże Gaja zje chociaż malutki kawałek tortu, bo jak na razie ucieka od słodkości jak diabeł od święconej wody i nie zanosi się na poprawę. Pożyjemy, zobaczymy, a tymczasem Birthday Planner (o ile istnieje), pilnie poszukiwany!


Erotyzm kontrolowany

by 20:45
 Zaczął się nowy tydzień, a wraz z nim przyszły niespodziewane wydatki. Zepsuł się mój prywatny i bardzo styrany laptop, który odziedziczyłam po mężu (czytaj przywłaszczyłam go sobie), więc zalała mnie fala zupełnie wytłumaczalnej agresji. No bo jak tu żyć bez kompa na tym włoskim skrawku samotności? Mamy co prawda jeszcze jedno urządzenie laptopopodobne, lecz nienawidzę na nim pisać, ani sprawdzać poczty, bo ma spóźniony zapłon i zanim odpali, przechodzi mi ochota na jakiekolwiek działania. Mimo to przemogłam się i postanowiłam popełnić notkę, ale istnieje ryzyko, graniczące z pewnością, że nawet jeśli skończę ją dzisiaj, opublikuje się dopiero pojutrze. Mąż pracuje niby na prestiżowej uczelni, niemniej przynosi z niej zawsze same buble, a ja durna się dziwię, czemu Włosi tkwią w kryzysie. Odpowiedź jest prosta- mają na wszystko wyjechane. Odkąd tu pomieszkuję, często mam wrażenie, jakbym przeniosła się do świata Barei, chociaż epoka nie ta. Absurdów jest tu tyle, że pewnie kiedyś naskrobię o nich post, o ile przedtem nie oszaleję, a na to od trzech lat gęsto się zanosi.

  Tymczasem po raz kolejny odwiedziliśmy dentystkę, bo mąż miał zapowiedzianą wizytę, a i nade mną doktorka nie skończyła się znęcać. Pojechaliśmy do pięknego miasteczka, w którym urzęduje pani stomatolog i była to jazda na najwyższych obrotach. Gaja znowu miała sensacje żołądkowe, toteż w gabinecie dentystycznym pojawiłam się zabarwiona jej wymiotami. Osoby siedzące w poczekalni podejrzanie na mnie patrzyły, lecz olałam ich spojrzenia. Cóż mogę poradzić na to, że moje dziecko cierpi na chorobę lokomocyjną? Wzięłam książkę i czekając na moją kolej zaczęłam czytać, a właściwie to tylko udawałam, że to robię, ponieważ przysłuchiwalam się rozmowie pary narzeczonych, gdyż była ona wysoce interesująca. Otóż męska część pary wykładala tej żeńskiej jedynie słuszną teorię o tym, że nie powinna patrzeć na innych mężczyzn, czy tym bardziej z nimi rozmawiać, albowiem pan narzeczony sobie tego nie życzy. No wiecie co! Dla mnie takie zakazy sa czymś nienaturalnym, bo żadna kobieta nie jest własnością mężczyzny, a zamienienie kilku słów z innym facetem bynajmniej nie jest zdradą. Poza tym istnieje coś takiego jak kwestia zaufania, prawda? Gdyby Pan P. żądał ode mnie absolutnego posłuszeństwa i wybierał mi rozmówców, natychmiast bym się z nim rozwiodła. Ufam, że dziewczyna przemyśli sprawę i oleje tego daremnego pana- władcę.

  Jestem zamężna, jednak nie znaczy to, że nie podobają mi się mężczyźni. Nie oglądam się za nimi ostentacyjnie, ale jeśli zauważę kogoś w moim typie,  zawieszę na nim oko. Na atrakcyjnego faceta patrzy się tak, jak na bezcenny obraz- podziwia się jego piękno i tyle, gdyż wobec piękna nie przechodzi się obojętnie. Mąż też zauważa ładne kobiety, choć twierdzi, że to nieprawda, lecz ja wiem swoje. W moim przekonaniu nie ma w tym nic złego, notabene to chyba naturalny odruch każdego faceta. Bywamy o siebie zazdrośni, ale nie robimy z tego tragedii, bo w sumie nie ma o co. Ostatnio oglądalismy razem odcinek "House of Cards", gdzie występuje Kevin Spacey- mój zdecydowanie ukochany aktor. Pan P. wie o mojej slabości do Kevina i raczej go ona nie martwi, a wręcz przeciwnie- śmieje się ze mnie z tego powodu, okrutnik jeden. Nie będę tu opisywać walorów aktorskich Kevina Spacey, za to nakreślę, dlaczego właśnie on tak na mnie działa. Nie jest typowym przystojniakiem, w zasadzie to wcale nie jest przystojny, ale ma w sobie coś takiego, co sprawia, że jest w moich oczach piekielnie seksowny. Posiada, jak to nazywam, umiejętnie kontrolowany erotyzm, a jego spojrzenie jest wprost zabójcze. Lubię mężczyzn, u których wzrok mówi o wiele więcej niż słowa, a kiedy owładnięci są jakąś tajemniczą energią, tym bardziej nie ma zmiłuj. Zastanawiam się przy okazji, czym owładnięty jest Pan P. i jak na razie nic nie przychodzi mi do głowy:).

  Wracając do prozaicznych spraw- kochana teściowa poniewczasie zdecydowała, że musi być na urodzinach wnuczki, jednak jest już po ptokach. Bilety lotnicze podrożały o 250 euro i nie opłaca się tyle wydawać na kilka dni odwiedzin. Serio nie nadążam za teściową, ponieważ zmienia zdanie jak w kalejdoskopie, mimo że mąż tysiąc razy jej powtarzał, aby bilety rezerwowała prędzej. Dalej nalega na to, żebyśmy to my przyjechali na Sardynię, ale poniesione koszty u dentysty i zakup nowego laptopa nie pozwalają nam na wyjazd, zwłaszcza że podróż promem nie jest tania. Nic to, mąż się wkurzył i nabył online bilety samolotowe dla dziadków, więc za trzy tygodnie zacznie się szaleństwo z teściową w roli głównej. Nie wiem kto komu da mocniej popalić- babcia Kluseczce, czy Kluseczka babci, lecz na pewno będzie wesoło. Takie już są te włoskie, nieujarzmione natury...
Obsługiwane przez usługę Blogger.