Goście, goście

  I znów szykujemy się na przyjazd teściów. Niby to nic takiego, ale tak rzadko nas ktoś odwiedza, że każda wizyta, nawet ta z założenia dla mnie stresująca, jest świętem w domu. Wiadomo, że z teściową różnie to bywa, lecz moja jest nieszkodliwa i nie wadzi mi wcale. Ma co prawda swoje wady i dziwne pomysły często przychodzą jej do głowy, niemniej jednak nie mam na co narzekać, chyba że na piec w ciągłym ruchu, a co za tym idzie, wysoki rachunek za gaz. Wiem, że gdyby mieszkała blisko, na pewno nie byłoby między nami tej sielanki, bo nie wytrzymałabym jej nadgorliwości. A tak widzimy się raz na ruski rok i nasze stosunki są więcej niż poprawne. Mąż zaś dopiero się ustawił, ponieważ swojej teściowej nie rozumie i bardzo go to cieszy. Mnie jeszcze bardziej, gdyż znając charakter mojej mamy wyobrażam sobie, że miałaby Panu P. dużo do powiedzenia. W tej sytuacji może sobie na niego gderać, ile dusza zapragnie, mimo że nie ma ku temu powodów.

  Wraz z mężem podjęliśmy decyzję, że tym razem dopuścimy jego mamę do garów i kuchnia pozostanie wyłącznie do jej dyspozycji. Podczas ubiegłej wizyty toczyliśmy boje o to, żeby na chwilę usiadła i się zrelaksowała, lecz z niebywale miernym skutkiem. Doszliśmy więc do wniosku, że nie ma co się szarpać i niepotrzebnie denerwować, zatem pozwolimy jej przejąć stery pani domu. Mamy w planach udać się po zakup nowego komputera i butów dla Gai, a przede wszystkim po odbiór paszportu do Konsulatu w Mediolanie. Gaja zostanie z babcią i wreszcie nie będę siedziała zestresowana w aucie. Ostatnie jazdy były dla mnie koszmarne, bo Kluseczka, po krótkim zastoju, znowu miała nawrót choroby lokomocyjnej i źle znosiła podróż samochodem. Mam nadzieję, że teściowa da radę okiełznać nieujarzmiony charakterek Gai, albowiem na teścia niestety nie można liczyć. Boi się dzieci i stroni od nich, a małej jeszcze nigdy nie wziął na ręce. Przyznam, że nie potrafię tego zrozumieć, w końcu wnuczka to wnuczka. Jestem pewna, że pilotem do telewizora teść natomiast nie pogardzi.

  W Genui ciągle pada, co powoli mnie doprowadza do szału. Cierpię na deficyt słońca i zastanawiam się, czy kraj, w którym mieszkam, naprawdę nazywa się Italia. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest jesień, ale nieustannie lejący jak z cebra deszcz i zimny wiatr nie napawają mnie optymizmem. Mąż uważa, że gdyby spadł śnieg, wtedy naprawdę byłoby zimno i miałabym powód do zrzędzenia, lecz nie przejmuję się jego gadkami, bo biedaczek zna śnieg jedynie z filmów, a na żywo zmierzył się z nim zaledwie raz. Kilka lat temu, gdy przyjechał do mnie w odwiedziny, zastała go burza śnieżna i był tym zjawiskiem przerażony. Jeśli kiedyś serio przeprowadzimy się do Polski, będę zmuszona zaopatrzyć męża w potrójnie puchową kurtkę, inaczej zamieni się w sopel lodu. Jestem również przekonana, że nie uda mi się go namówić na wyjście z Gają na sanki i inne zimowe szaleństwa. Zima w pojęciu Włocha to nasza szara jesień, a ukochana Sardynia Pana P. zupełnie nie zna tej pięknej pory roku. W przyszłości mam zamiar urządzić huczne Boże Narodzenie w kraju i zaprosić najbliższych członków włoskiej rodziny. Niezmiernie mnie ciekawi, jak zareagują na biały puch i nie ukrywam, że trochę im na wyrost współczuję.

  A propos świąt, zauważyłam ciekawe zjawisko na większości blogów- prezentowy must have, czyli lista prezentów dla dzieciaków. Nie krytykuję tego, gdyż dzięki tym wpisom mogę znaleźć garść inspiracji, jednak czekam też na listę rzeczy dla mam. Nie mam bladego pojęcia, co sprawiłoby mi radość, ponieważ na szpilki Louboutin raczej męża nie stać, zresztą do wyjścia tutaj na obcasach trzeba mieć cywilną odwagę. Kluseczka prezent dostanie, bo oboje z mężem wiemy, że dla dzieci upominek pod choinkę jest świętą sprawą, a jego brak najgorszym rozczarowaniem, jaki może się przytrafić małemu człowiekowi. Kiedy byłam dzieckiem, nigdy nie dostawałam żadnej niespodzianki, jako że moi rodzice nie byli zamożni i nic nam nie kupowali. Do tej pory pamiętam, jak bardzo mnie to bolało i jak wstydziłam się tego, że nie przychodził do mnie Mikołaj. Zdarzało mi się okłamywać koleżanki i wymyślać wyssane z palca podarunki, gdyż nie mogło mi przejść przez gardło, że do nas prezenty nie docierają. Mąż natomiast i owszem, zawsze otrzymywał jakieś zabawki, ale- uwaga- nie mógł się nimi bawić. Mama mu nie pozwalała, bo nie chciała, żeby je popsuł. Zastanawiam się, co jest dla dziecka gorsze- brak zabawek czy niemożność ich dotykania? Na szafie w pokoju siostry Pana P. nadal stoją wielkie pudła z lalkami w środku, które wyglądają jak nowe. Dlatego właśnie nauczeni przykrymi doświadczeniami nie zamierzamy popełniać błędów naszych rodziców i powielać ich zachowań. Choćby się waliło i paliło, Gaja tego nie odczuje, bowiem jej dzieciństwo ma być wolne od trosk. A tymczasem, do napisania!

Obsługiwane przez usługę Blogger.