Szpitalnych przygód ciąg dalszy

  Zaczął się kolejny, intensywny tydzień w naszym życiu, mimo że nic tego nie zapowiadało. Poniedziałek był fatalny, bo nie tylko przygnieciony piętnem szarości i błota dookoła, ale również nie do końca dobrymi wiadomościami. Pojechaliśmy na rutynową (tak mi się przynajmniej wydawało) kontrolę na oddział neurologii, którą zalecił ortopeda Gai, no i okazało się, że to jeszcze nie koniec naszych szpitalnych wojaży. Przeczucie mi podpowiadało, że tak będzie, a gdy zobaczyłam panią doktor badającą Gaję, byłam tego więcej niż pewna. Lekarka to młoda dziewczyna i jak to osoby po studiach, jest dosyć nadgorliwa, co z jednej strony jest słuszną postawą, lecz z drugiej niesamowicie mnie drażni. Z nóżkami Kluseczki wszystko w porządku i na szczęście fizycznie rozwija się prawidłowo, za to lekarkę zaniepokoiło to, że Gaja jak na dwa lata nie za dużo mówi. Nie pomogły tłumaczenia, że jest dwujęzyczna i rozumie oba języki, dla doktorki ważniejszy był fakt, iż nie wymawia tyle wyrazów, ile powinna, dlatego chce ją skontrolować pod wpływem rozwoju. Dobra, wiem, to ona nosi kitel, a nie ja, niemniej słabią mnie te ciągłe kontrole, bo zawsze wychodzi na jaw, że coś jest nie tak. Nie jest to co prawda poważna rzecz, ale oczywiście przysporzyła mi wczoraj wiele nerwów, do tego stopnia, że po wyjściu ze szpitala zwyczajnie się poryczałam. Co innego mąż, on przyjął to na klatę i zauważył, że nawet jeśli Kluseczka odstaje od rówieśników, to specjaliści szybko pomogą nadrobić jej braki. W to nie wątpię, chociaż jestem zdziwiona tym, że po dziesięciu minutach badania doktorka stwierdziła z absolutną pewnością, że Gaja ma problem z gadaniem. Ona, której buzia zamyka się jedynie wtedy, gdy śpi, a czasem i niekoniecznieAlbo faktycznie się nie znam, albo jestem jak zwykle przewrażliwiona i to jest o wiele bardziej prawdopodobne. W każdym razie czekamy na następny krok.

  Szpital Gaslini jest naprawdę ogromny i każdy oddział ma tam osobny budynek. Naszukaliśmy się oddziału neurologii i zanim tam dotarliśmy, trochę czasu minęło. Wolontariusz szpitalny zaprowadził nas do sali zabaw dla dzieci, lecz szkopuł w tym, że prawie żadnych zabawek tam nie było. Pan wolontariusz opowiedział nam, że od jakiegoś czasu ktoś sukcesywnie wynosi stamtąd gry i inne gadżety, a szpital nie może sobie z tym poradzić. Żeby okradać takie miejsce i małych pacjentów to serio trzeba być niezłą mendą. I mowa tutaj o kimś z personelu, kto widzi, ile radości mają maluchy przy zabawie, kiedy oczekują na stresującą wizytę. Dziwię się, czemu nikt tam jeszcze kamer nie zamontował i nie przyłapał złodzieja na gorącym uczynku. Patrząc na wolontariusza przypomniała mi się nasza szpitalna przygoda i wszystkie życzliwe dusze, które tam poznałam. Zawsze myślałam, że wolontariuszami mogą być jedynie ludzie młodzi i pełni energii, jednak w Gaslini są nimi osoby starsze- od 60 lat wzwyż. Niejednokrotnie imponowali mi swoim podejściem do dzieci i optymizmem, a często wiedzą i doświadczeniem. Gdyby wsyscy mieli taki stosunek do pacjentów, pobyt w szpitalu nie byłby tak męczący.

  Po badaniu pojechaliśmy na zakupy do Lidla, czego później nieco żałowałam. Dziki tłum, który przybył tam na promocję odstraszył mnie przy samym wejściu, ale i tak postanowiłam wejść w paszczę lwa. Klienci rzucili się na świąteczną promocję jak szaleni i brali, co popadnie, zachowując się przy tym jak stado niewydarzonych troglodytów. Mąż jakimś cudem w końcu też się dopchał do choinkowych bibelotów i naszym łupem padło kilka tanich i fajnych rzeczy. Choć grudzień dopiero przed nami, to na kuchennym stole postawiłam czekoladowego Mikołaja, który spogląda na nas dumnie, a Gaja jest nim zafascynowana. Już parokrotnie chciała go zdjąć ze stołu i prawie się jej ta sztuka udała, lecz zdążyłam ją powstrzymać. Małej to jednak nie zniechęca i jestem przekonana, że Mikołaj za niedługo wyląduje na podłodze, ku uciesze Kluseczki. Nic to, kupimy nowego, o ile jeszcze go dostaniemy, bowiem w Lidlu już w godzinę po promocji półki pustoszeją. Fenomen tego sklepu jest dla mnie nieodgadniony.

  W sobotę przylatują teściowie, a ja nadal jestem w sprzątalnych powijakach. Od ponad tygodnia próbuję umyć okna, ale nie daję rady, ponieważ bez przerwy pada, więc nie ma sensu ich wycierać. Ponadto wiecznie przeciekają i latam ze szmatą jak rąbnięta, od jednego pokoju do drugiego i tak w nieskończoność. Właściciele nie pokusili się o wymianę okien na nowe i skutki ich decyzji są dla nas opłakane. Nie mam pojęcia, kiedy doczekamy się własnych czterech kątów, lecz dałabym wszystko, żeby stało się to jak najszybciej. Tymczasem wczorajszy niemiły początek dnia przynósł szczęśliwy koniec, bo chrzestny Gai przysłał jej prezenty- klocki Duplo i metrową lalkę. Gdy Kluseczka ją ujrzała, rzuciła ją w kąt i bidula leży tam do tej pory. Cóż, i małe kobietki bywają kapryśne.


Obsługiwane przez usługę Blogger.