Trochę wspomnień i słodyczy

 Nie lubię listopada, to taki ponury miesiąc. Szybko robi się ciemno, jest coraz zimniej, a powietrze przesiąknięte jest negatywną energią. Stop! Nie tak miałam zacząć.

  Kocham listopad, bo to miesiąc, w którym urodziła się Gaja- moje małe szczęście. Minęły prawie dwa lata od tej przełomowej chwili, a ja nadal nie mogę uwierzyć, że to już tyle czasu. Często wracam pamięcią do tamtych dni i myślę sobie, że było w nich coś magicznego. Po raz pierwszy przeżywałam cud narodzin, a uczucia wtedy mi towarzyszące były tak wyjątkowe, że trudno je opisać. Dałam życie małej istocce, która od momentu pojawienia się na świecie stała się dla mnie właśnie całym światem. Nie ma nic piękniejszego i bardziej stymulującego od bycia matką, a każdy uśmiech mojej córeczki jest dla mnie niczym najcenniejszy klejnot. I może zabrzmi to banalnie, ale dzięki Kluseczce czuję, że naprawdę żyję, bowiem przedtem wszystko przeciekało mi przez palce, a moja egzystencja była bezdennie jałowa.

  A tymczasem nieco starsze dzieci dały nam wczoraj popalić. Przez nasz dom przetoczyła się istna armia maluchów, ponieważ, jak to w Halloween bywa, dzieciaki szalały, domagając się słodyczy. Miałam zapas cukierków i innych łakoci, zatem mogłam te małe potwory obdarować, inaczej nie dałyby mi spokoju. Jednak kiedy po raz szósty usłyszałam sygnał dzwonka do drzwi, straciłam cierpliwość i odechciało mi się tej przyjemnej skądinąd zabawy. Mąż wpadł na pomysł, aby pogasić światła i udawać, że nas nie ma, co wydało mi sie bardzo sensownym wyjsciem z sytuacji. Ciastka się skończyły, a Gaja zasnęła, toteż uznaliśmy, że więcej nie będziemy otwierać. Pomimo to smarkacze nie dali się zbyć, bo walili w drzwi, jakby je chcieli wyważyć, a krzyki im towarzyszące brzmiały jak nawoływania do boju. Na szczęście ktoś wkurzył się na świętujące szkraby i przepędził je z klatki bez skrupułów, więc odetchnęliśmy z ulgą. Halloween jako tako nie przeszkadza mi wcale, ale zakłócanie przez cały wieczór mojej harmonii już tak, gdyż cenię ją sobie dosyć mocno. Po tej przygodzie urwał mi się film i zamiast obejrzeć animację "Hotel Transylwania", na którą napalił się mąż, odpłynęłam w objęcia Morfeusza i spałam jak kamień do bladego świtu. Wampiry nigdy specjalnie mnie nie pociągały, także nic nie straciłam.

  Dzisiaj jest wreszcie spokojnie, jak na Wszystkich Świętych przystało. Jest mi przykro, że nie możemy odwiedzić grobów bliskich, za to zapaliliśmy symbolicznego znicza. Myślami zaś jestem przy rodzinnych mogiłach, szczególnie jednej- zmarłego pięć lat temu na raka kuzyna. Do tej pory nie potrafię się pogodzić z jego przedwczesną i jakże niesprawiedliwą śmiercią... Pamiętajmy o tych, którzy odeszli... Pamiętajmy nie tylko dziś, ale i zawsze... 
Obsługiwane przez usługę Blogger.