Porażka rodzicielska

by 29 grudnia
  Rok chyli się ku końcowi, ludzie w podnieceniu przygotowują się do Sylwestra, a nade mną wzięło górę błogie lenistwo. Internetu prawie nie przeglądam, blog na kilka dni poszedł w odstawkę, bo po raz kolejny powróciłam do magicznego świata Harryˈego Pottera, który pochłonął mnie bez reszty. Znam niemal na pamięć każdą część książki, a mimo to zawsze czytam przygody młodego czarodzieja z wypiekami na twarzy, jakbym dopiero je poznawała. Nie ma nic przyjemniejszego niż rozsiąść się wygodnie na kanapie, wziąć do ręki powieść i w blasku migocących światełek choinki (oraz szalejącej wokół córeczki) delektować się słowem pisanym. Hogwart znowu otworzył przede mną swe podwoje, mimo że jestem starą i beznadziejnie normalną mugolką. Mąż zachwycał się przez święta „Hobbitem” (trafiłam w dziesiątkę z prezentem), ja udawałam wielkie zainteresowanie filmem, a Gaja wreszcie zaczęła pojmować, do czego służy nocnik. Spędziliśmy całkiem przyjemne Boże Narodzenie i chociaż pozbawieni byliśmy towarzystwa rodziny, to i tak przednie się bawiłam. Humoru nie popsuł mi nawet mój wilczy apetyt, który sprawił, że „murzynek” zniknął ze stołu z szybkością błyskawicy, bowiem okazał się wyjątkowo pyszny. Na moje nieszczęście mam rękę do wypieków i nie potrafię się im oprzeć, zatem parę centymetrów w biodrach pewnie mi przybyło. Nazwa „murzynek” chyba nie jest poprawna politycznie, wobec tego postanowiłam przechrzcić ciasto na „ciemnoskóre”, żeby nikogo nie obrazić. Popaprane czasy, w których przyszło nam żyć.

  Mam problem z Kluseczką i to dosyć poważny. Otóż mała nie chce gryźć, ani tym bardziej kosztować nowych rzeczy. Co weźmie do buzi, to wypluje i za Chiny nie udaje mi się zmusić córeczki do współpracy. Od stycznia prawdopodobnie pójdzie do przedszkola i może tam nauczy się porządnie jeść, gdyż nam pomysły się wyczerpały. Wraz z mężem jesteśmy zdesperowani i wyrzucamy sobie, że nie stanęliśmy na wysokości rodzicielskiego zadania. Gaja lubi podjadać, lecz kiedy w zasięgu jej wzroku pojawia się coś, czego nie zna, buntuje się i wypluwa jedzenie. Przechytrzyć się jej nie da i chociaż próbowaliśmy już wszystkich możliwych środków, wciąż tkwimy w martwym punkcie. Wiedziałam, że macierzyństwo to nie jest bułka z masłem, ale takich kłopotów się, cholibka, nie spodziewałam. I właśnie z tego powodu atmosfera w domu jest napięta niczym guzik w moich spodniach, a stres nieco zakłócił naszą świąteczną sielankę. Jedynie Kluseczka nie przejmuje się zmartwieniami, które nieświadomie przysparza rodzicom i od rana do wieczora psoci bez umiaru. Przydałaby mi się czarodziejska różdżka, bo za niedługo wyjdę z siebie, lub osiwieję z rozpaczy, jeśli nie będzie widać poprawy. A takie miałam zapędy na idealną matkę...

  Jako że to ostatni wpis w tym roku, wypadałoby zrobić blogowe podsumowanie. I tu mam dylemat, ponieważ sama nie wiem, co tak naprawdę mogłabym podsumować. Trochę notek popełniłam i raczej nie zrezygnuję z pisania, aczkolwiek nie mam wielkich blogowych planów. Gaja ma ponad dwa latka i jej okres ochronny pomału mija, toteż nie wykluczam, że kiedyś ją pokażę. Mam nadzieję, że moje włoskie życie nie przedstawia się wyłącznie w czarnych barwach i wywołuje także uśmiech na ustach czytających. Nie obiecuję żadnych blogowych rewolucji, ani zbliżonych pierdoł, natomiast postaram się pisać ciekawie i zamieścić czasem sympatyczne fotki. Ortograficzna intuicja (podobno taką posiadam) zdecydowanie mnie nie opuści, z czego jestem zadowolona, bo nic mnie tak nie razi, jak błędy na blogach („każdy ma jakiegoś bzika”). Na własną domenę nie zamierzam przejść, słynny disqus wykopałam po minucie, szablon bloga jest prościutki, więc do profesjonalnej blogerki mi daleko i raczej nie zawojuję blogosfery. I to by było na tyle moich wizji, przemyśleń i narzekań, przynajmniej w tym roku.

Do siego 2015!

Słodko gorzka wigilijna opowieść

by 23 grudnia
  To nie będą idealne święta. Genua nie pokryje się grubą warstwą śniegu, na naszym wigilijnym stole nie pojawi się dwanaście potraw, a prezent dla Gai nie będzie perfekcyjnie zapakowany. Pani domu nie wystroi się jak stróż na Boże Ciało, pana domu nikt nie zmusi do założenia garnituru, zaś Kluseczka, jak na niemodną dziewczynkę przystało, nie zostanie wystylizowana. Nie odwiedzimy gości, ani goście nie odwiedzą nas, za to usiądziemy na chwilę przy komputerze, by przez skypeˈa złożyć świąteczne życzenia najbliższym. W tak pięknym momencie na pewno ogarnie nas wzruszenie i niewątpliwie uronimy łezkę żalu nad świąteczną pustką, a tęsknota po raz kolejny okaże się ciężka do zniesienia. Nic to, bo jesteśmy razem i w tym tkwi nasza siła, zresztą magia świąt zwycięży nawet najsmutniejsze porywy serca i odpędzi hen daleko czarne myśli. Ostatnie miesiące bieżącego roku nie dały mi dużo powodów do radości, lecz mimo to nie zamierzam chodzić z wiecznie skwaszoną miną, czy tym bardziej utyskiwać na ponurą rzeczywistość. Jestem to winna mojej córeczce, bowiem dzięki niej Boże Narodzenie nie straci nic ze swojej wyjątkowości. Jak tu się nie cieszyć, patrząc na to małe, śliczne i szybko biegające żywe sreberko?

  Włoska Wigilia nieco różni się od polskiej. Nie ma tu tradycyjnej kolacji, jako że spróbowałby kto nie dać obiadu Włochowi. Ja się odważyłam, ponieważ upoważnia mnie do tego status rodziny mieszanej, toteż przemycam do naszego życia trochę krajowych obyczajów. Mąż niby nie ma nic przeciwko temu, jednak nie potrafi zrozumieć, czemu w Polsce ludzie głodzą się na siłę. Spokojnie tłumaczę mu, że to nie jest trudne, niemniej do niego nic nie dociera i już rozpacza nad swoim jutrzejszym pustym żołądkiem. Makaroniarz, aby być zadowolonym, musi dobrze zjeść, inaczej będzie zmierzły przez cały dzień, tak dziwnie jest skonstruowany. Pan P. nie odbiega od tego schematu, aczkolwiek wcale tak nie uważa, dlatego postaram się wznieść na kulinarne wyżyny (o matko) i przygotować jakiś sensowny oraz smakowity posiłek. Oprócz tego upiekę czekoladowe ciasto, wyłożę na stół owoce i na tym poprzestanę, bo w końcu święta nie polegają na tym, żeby się obżerać. Najważniejsze jest to, że spędzimy czas wspólnie, natomiast cała reszta jest mniej istotna. Przed mężem ponad dwa tygodnie uczelnianej laby i jestem przekonana, że po trzech dniach jego obecności atmosfera w domu znowu zrobi się gęsta i zaczniemy się zachowywać jak typowe (quasi) włoskie małżeństwo. I zrozum tu, człowieku, słowiańską duszę!

  Żeby nie było, że taka Ksantypa ze mnie: kupiłam mężusiowi skromny prezent. Pan P. jest wielbicielem „Hobbita”, (który mnie nie porwał) zatem dostanie pod choinkę jego drugą część. Co więcej, poświęcę się do tego stopnia, że obejrzę z nim to arcydzieło i będę robić dobrą minę do złej gry. Mam też nadzieję, że uda nam się wyskoczyć za miasto i odwiedzić nieznane zakątki Ligurii, o ile pogoda dopisze (w co wątpię). Nie zamierzam wylegiwać się na kanapie przed telewizorem i przeskakiwać z kanału na kanał dłużej niż godzinę, gdyż robiąc tak, czułabym się jak stara klępa. Chodzi mi po głowie myśl, by pozbyć się telewizora, bo to nie tylko zjadacz mojego cennnego czasu, ale także wielki ogłupiacz, lecz nie wiem, czy w tej kwestii dam radę przekonać męża. Jest wielkim fanem programów dokumentalnych i nie wyobraża sobie przegapić chociaż jednego odcinka tychże, więc mój ambitny plan raczej spali na panewce. Na razie pudło stoi jeszcze na swoim miejscu, ale jest wygaszone, a ja upajam się świątecznymi piosenkami, z nieśmiertelną „Last Christmas” na czele. I wszystko byłoby w doskonałej symetrii, gdyby nie Kluseczka, która co minutę podchodzi do odtwarzacza i wyłącza go z tą samą pasją, z jaką od prawie dwóch tygodni opróżnia choinkę z ozdób. I ja napisałam, że nasze święta nię będą idealne? Pomyliłam się, albowiem one już są idealne, chociaż zaczynają się za dwa dni! Zdradzę Wam przy okazji głęboko skrywaną tajemnicę- mimo dojrzałego wieku nie przestałam wierzyć w Mikołaja i ufam, że nie zapomniał o mojej skromnej osobie. Przedwigilijny nastrój szczęścia całkowicie pochłonął dom państwa P. Wesołych Świąt, kochani!

Spotkamy się na fejsie

by 20 grudnia
  Idą święta, a na fejsie nastąpiła jakaś niezrozumiała dla mnie mobilizacja. Co druga osoba robi porządki na swojej tablicy i wywala z niej niepotrzebnych znajomych. Trochę to dziwne, przyznaję, ponieważ sprzątać to ja sobie mogę w domu, ewentualnie na klatce schodowej, zaś portale społecznościowe zostawiam takimi, jakie są. Nie po to zapraszałam ludzi do grona przyjaciół (lub otrzymywałam zaproszenie), aby teraz się ich pozbyć, bo nie lajkują ani nie komentują moich aktywności. Przecież wcale tego nie muszą robić, dla mnie ważne jest to, że utrzymuję jako takie kontakty z dawnymi kolegami. Wśród znajomych mam osoby, które przewinęły się przez różne etapy mojego życia i dzięki fejsowi wiem, jak im się wiedzie. A to, że ktoś ma gdzieś wpisy, które czasami publikuję na tablicy, zwyczajnie mnie nie rusza. Nie usunę kogoś tylko dlatego, iż jest biernym znajomym, gdyż robiąc to, wymazałabym z pamięci część moich wspomnień. Gdybym nie mieszkała za granicą, być może nawet nie posiadałabym facebooka, bowiem polityka tego portalu niezbyt mi odpowiada. Status emigrantki jednak skutecznie hamuje mój rozbrat z fejsem, chociaż nie wykluczam, że kiedyś zdobędę się na wciśnięcie klawisza „delete”. Na razie zastanawiam się, w czym tkwi fenomen facebooka i dochodzę do mniej lub bardziej ciekawych konkluzji, opartych na osobistych doświadczeniach. 

Facebook wydobył z nas kłamliwą naturę. Pokazujemy piękne zdjęcia, idealną rodzinną harmonię i inne cuda-niewidy, żeby znajomi patrzyli i podziwiali, lecz jak jest naprawdę, wiemy tylko my. Ja także nie umiałam się oprzeć pokusie i zamieściłam fotkę z mężem, mając nadzieję, że nikt nie rzuci hasłem w stylu: „Super wyglądacie razem”, a takich komentarzy dostałam najwięcej.

Facebook wyzwolił ludzką manię podglądania i umożliwił nam śledzenie kogo dusza zapragnie, jak choćby znienawidzonego szefa, wrednego sąsiada czy upadłego celebrytę. Również zdarzyło mi się obserwować niektóre jednostki, mimo że nic ciekawego nie zobaczyłam.

Facebook doskonale dba o relacje międzyludzkie, ponieważ sugeruje nam znajomych, grupy lub zainteresowania. I tak na mojej tablicy pojawiła się niedawno "społeczność, która może mnie zainteresować", czyli Klub Prządki. Skąd do cholery facebook wie, że kiedyś uwielbiałam nucić sobie: „U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki”? Nigdy się tym nie chwaliłam.

Facebook pozwala zaoszczędzić swoim użytkownikom czas i pieniądze. Nie muszę już wysyłać kartek świątecznych, bowiem te odeszły do lamusa. Wystarczy, że na fejsie napiszę: ”Wesołych Świąt” i sprawa załatwiona. Wilk jest syty i owca cała, a przy okazji nałapię kilka lajków.

Facebook kusi do zdrady. Odnawiamy kontakty z dawnymi sympatiami, prowadzimy długie dialogi, wspominamy stare czasy i nutka tęsknoty nieuchronnie wkrada się w nasze serca. Patrzymy przy tym na żonę pierwszej miłości i złośliwie myślimy- nic specjalnego, daleko jej do mnie. Tego akurat udało mi się uniknąć, zwłaszcza że moi utraceni kochankowie konta na fejsie niestety nie posiadają.

Facebook robi z nas kretynów. Głupie miny, sweet focie, albo co gorsza, bezsensowne wpisy w stylu: „jem kolację”, „wychodzę do kina” , „siedzę u cioci”, “piję kawusię i podobne pierdoły. Kogo to obchodzi? Mnie też nie ominęła mania fejsbukowych idiotyzmów wszelakich, ale skutecznie z nimi walczę.

Facebook rodzi w ludziach niezdrowe emocje. Zazdrościmy innym powodzenia, kasy, urody, lecz nie potrafimy się do tego przyznać, a pod płaszczykiem miłych słówek ukrywamy prawdziwe „ja”. Fejsbukowa szczerość jest zdecydowanie nieszczera.

Facebook zadziwia. No bo jak wytłumaczyć fakt, że jegomość, który zawsze miał mnie w głębokim poważaniu i nie umiał się zdobyć na najprostsze „cześć”, ni z tego, ni z owego, wysyła mi zaproszenie do grona znajomych? A spadaj na banany, szelmo!

  Facebook szturmem wkroczył w naszą rzeczywistość i nic nie zapowiada na to, by miał nastąpić jego rychły koniec. Wręcz przeciwnie, trzyma się dobrze, czego potwierdzeniem niech będzie krótka rozmowa dwóch nastolatek, umawiających się na koleżeńskie pogaduszki. Usłyszałam ją przypadkiem i postanowiłam ją tu zamieścić, bo uważam, że jest doskonałym podsumowaniem tematu facebooka:

-To dasz radę wieczorem?
-Jasne, spotkamy się na fejsie!

Otóż to, moi drodzy...







W pogoni za...Bridget Jones

by 17 grudnia
  Pamiętacie Bridget Jones i jej coroczne plany noworoczne? Też tak mam! Pod koniec każdego roku snuję dalekosiężne zamysły, a kiedy przychodzi co do czego, czyli nadchodzi kolejny grudzień, zauważam przygnębiona, że znowu zawaliłam. Nie udało mi się schudnąć ani wzbogacić, nadal nie wyrwałam się z mrocznej Genui, kariera nie stanęła przede mną otworem i nie osiągnęłam blogowej nirwany, o której skrycie marzyłam. Nie zrobiłam nic, z czego mogłabym być dumna, aczkolwiek mały cud biegający po domu pozwala mi przypuszczać, że nie jestem jeszcze na straconej pozycji, skoro mam taką śliczną córeczkę. A jako że nie płaczę długo za rozlanym mlekiem, to nie będę się nad sobą rozczulać, tylko wzorem panny Jones stworzę swoją prywatną listę postanowień na przyszły rok. Na ich wykonanie mam 12 długich miesięcy i jestem przekonana, że tym razem mi się uda, a jeśli tak się nie stanie, na pewno nie będzie w tym wiele mojej winy. Co ja mogę poradzić na to, że los zawsze sprzysięga się przeciwko mnie i nie pozwala na realizację mych wysublimowanych pragnień?„To nie los, ale żelazna niekonsekwencja plata ci figle”- szepcze mi do ucha okrutny chochlik. Poczekamy, zobaczymy, dręczycielu! Rok 2015 okaże się przełomowy, czuję to w kościach, a wyobraźnia już podpowiada mi najbardziej genialne i rewolucyjne scenariusze. Oto skromne zamierzenia autorki bloga (proszę się nie śmiać, od tego mam męża):

Będę:
-szczuplejsza o dziesięć kilo, a w zasadzie to o dwanaście
-ograniczać konsumpcję pizzy, pizzy oraz pizzy
-chodzić wyprostowana, a nie garbić się niczym stuletnia staruszka
-próbować czytać literaturę włoską w oryginale
-kombinować jak tu zarobić dużo i szybko (chyba jedynie mafia wchodzi w grę)
-wspaniałą blogerką
-pisarką na jawie
-uczyć się angielskiego w wolnych chwilach
-gotować coraz lepiej i tworzyć wymyślne potrawy
-paradować po ulicy w szpilkach Louboutin, aż zazdrosnym babom oczy z orbit wyskoczą
-pewną siebie i przebojową wielką panią
-częściej w Polsce
-milutka dla teściowej
-korzystać z faktu, że mieszkam nad morzem (czytaj pływać)
-ćwiczyć jak natchniona
-motywować męża do działania
-idealną kurą domową
-starała się zostać ponownie mamusią

Nie będę:
-zmierzła i złośliwa
-robić sobie niepotrzebnych złudzeń
-wstawać lewą nogą
-sympatyczną panią spod trójki
-popularyzować fanpega bloga, ponieważ sam się spopularyzuje
-zazdrościć sławnym blogerkom
-przeklinać na głos, żeby Gaja nie słyszała
-umierać z miłości za każdym razem, gdy obejrzę film z Kevinem Spacey
-fanką durnych programów w stylu „Wyspa celebrytów”
-więcej wchodziła na Pudelka i inne debilne strony
-podjadać słodyczy
-martwić się na zapas
-unikała pójścia do mięsnego, gdyż nie odpowiada mi pan sprzedawca
-pisać na siłę
-chodzić z głową w chmurach
-poprawna politycznie, bo tak wypada
-robiła planów na następny rok



  Trochę się zagalopowałam, ale to nieważne, bo jak zacząć, to z grubej rury. Bridget Jones to jedna z moich ulubionych bohaterek książkowych tudzież filmowych (coś Ty ze sobą zrobiła, Zellweger?), toteż napisanie tego posta było czystą przyjemnością. Idą święta i nie chce mi się wiecznie narzekać, zatem dla odmiany ułożyłam sobie dziwne plany, które historia niewątpliwe zweryfikuje. Tym jednak nie zamierzam się martwić, przynajmniej w starym roku. Jakoś to będzie, prawda?

Świąteczna atmosfera

by 15 grudnia
  Opanowała nas zakupowa gorączka, zatem ostatnie dwa dni spędziliśmy dosyć intensywnie- biegając od jednego marketu do drugiego, niczym wyjątkowo ślamazarni maratończycy. Miałam cichą nadzieję, że szalony tłum zacznie swoją konsumencką pogoń dopiero za tydzien i będziemy mogli zrobić świąteczne zapasy w spokoju, ale się niestety przeliczyłam. Gdy przekroczyliśmy próg sklepu okazało sięże był wypełniony po brzegi gotową na wszystko ludzką chmarą. Na widok gęstego zbiorowiska od razu chciałam stamtąd uciec i na pewno bym tak zrobiła, gdyby nie mój rozważny mąż, który stwierdził, że skoro już tu przyjechaliśmy, to musimy zostawić ślad w postaci uszczuplonej gotówki. Weszliśmy więc w paszczę lwa i rozpoczęliśmy slalom między wózkami, a rozstawionymi w każdym możliwym miejscu promocjami. Najbardziej zadowolona z tego obrotu sprawy była Gaja, wpatrująca się w zabawki szeroko otwartymi oczami, natomiast my zajęliśmy sie poszukiwaniem niezbędnych świątecznych produktów i przy okazji obserwowaniem relacji interpersonalnych.

  Świąteczna atmosfera to nie tylko choinki na wystawach, migające wokół światełka, czy wesołe Mikołaje uśmiechające się z daleka, ale także- a może przede wszystkim- milsze nastawienie ludzi w stosunku do innych. Dotąd wydawało mi się, że faktycznie tak jest i magia nadchodzacej Wigilii wytwarza w nas szlachetniejsze instynkty, jednak po niedawnych sklepowych wojażach musiałam nieco zweryfikować ten nader optymistyczny pogląd. W niektóre jednostki chyba diabeł wcielony wstąpił i zamiast cieszyć się perspektywą zbliżających się świąt, zaczęli szukać dziury w całym i złośliwie komentować co dziwniejsze (według nich) przypadki. A że stanie w kolejce do kasy zajęło nam więcej czasu niż całe zakupy, nasłuchałam się różnych opinii, które ponownie udowodniły mi, jak dużo wody musi jeszcze w rzece upłynąć, zanim staniemy się naprawdę tolerancyjni. Przytaczam usłyszane przeze mnie przypadkowo dialogi, które z klimatem świątecznym miały tyle wspólnego, ile ja ze skończoną pięknością.

1. Kasa przeznaczona dla kobiet w odmiennym stanie. Przez kolejkę usiłuje przepchać się dziewczyna w zaawansowanej ciąży. Większość uprzejmie się przesuwa i pozwala zająć jej miejsce przy kasie, lecz jeden starszy pan nie ma na to najmniejszej ochoty. Udaje, że nie widzi ciężarnej klientki i wykłada zakupy na taśmę. Po interwencji kasjerki odwraca się, patrzy z dezaprobatą na brzuch kobiety i mówi bez żadnych skrupułów:
-Nie ustąpię, bo jestem starszy i to mnie musicie szanować. Panienka jest jeszcze młoda i nic się nie stanie, jeśli trochę postoi. Zresztą ciąża to nie choroba i dajcie mi święty spokój!


2.Reakcja dwóch kobiet przyglądających się otyłej klientce:
-Zobacz, jaka ta baba jest gruba, a brzuch to ma większy od worka świętego Mikołaja.
-Przynajmniej będzie miała gdzie schować prezenty he he.


3.Przechadzający się beztrosko po markecie facet w pełnym makijażu, damskim płaszczu i butach na wysokich obcasach. Gdy zobaczyły go trzy kumoszki, nie wytrzymały i od razu dały upust głębokiego oburzenia:
-Taki to powinien w domu siedzieć, a nie dzieci straszyć, co on sobie myśli, żeby chodzić między porządnymi obywatelami. Na Sybir go wysłać, tam wyjdzie na człowieka.
-Hitler by wiedział, co z nim zrobić!


4.Chłopak przypadkowo najeżdża wózkiem klienta:
-Jeszcze raz mnie potrącisz gówniarzu, to ci nogi z dupy powyrywam i własna matka cię nie pozna!



  To tylko kilka zaobserwowanych przedświątecznych zachowań. Chcąc na nowo wkrzesić niezwykłą atmosferę, zadzwoniłam do mamy i spytałam o śnieg:
-Tej zimy nie spadnie żaden śnieg.
-Jak to, przecież zima się jeszcze nie zaczęła!
-Ale Ameryka powiedziała, że śniegu już nigdy nie będzie...

 No i git!





Nie z tej ziemi obyczaje

by 11 grudnia
  Dzisiejszy post będzie stricte włoski. Mieszkam w tym kraju już ponad trzy lata i choć czasami może wydawać się, iż mam go szczerze dość, to wcale tak nie jest. W moich wpisach często pobrzmiewa nuta goryczy, spowodowana przede wszystkim „nostalgią-kanalią”, niemniej zapewniam, że kocham Włochy i traktuję je jak drugą ojczyznę. Tutaj urodziła się Gaja, stąd pochodzi Pan P. i raczej na sto procent przyjdzie nam się tu zestarzeć. Dlatego też, jakkolwiek zgubiłam gdzieś po drodze wymarzone „dolce vita”, tak naprawdę nie mam na co narzekać, ponieważ nie jest źle. Problemy są wypadkową życia człowieka i spotkałyby mnie wszędzie, bo to nie miejsce je kreuje, ale my sami. Italia natomiast to fantastyczna kraina, mimo że pełna jest absurdów wszelakich. I na nich właśnie chciałabym się skupić i opowiedzieć o tym, co zaskoczyło mnie tu najbardziej. Oto moje subiektywne (i z mocnym przymrużeniem oka) spostrzeżenia: 

1.Sklepy, a w zasadzie ich podział. Jeśli idę do warzywniaka, to znajdę w nim tylko warzywa i owoce, na nic więcej nie mam co liczyć. W mięsnym na próżno mogę szukać kiełbasy, gdyż jest ona dostępna jedynie w „kiełbasiarni”. Udając do kiosku po gazetę nie dostanę biletów autobusowych, bowiem te można nabyć w sklepie o nazwie „tabacchino”, gdzie handluje się papierosami, które dla mnie są rzecz jasna zbędne. W rybnym sprzedaje się wyłącznie ryby i te przykłady mogłabym mnożyć do woli. Oczywiście istnieją hipermarkety, lecz z ich asortymentu korzystamy rzadko, więc siłą rzeczy biegamy od jednego sklepu do drugiego.

2.Mała ilość galerii handlowych. W Genui występuje tylko jedna i to niewielka- Fiumara. Jako ofiara konsumpcjonizmu jestem przyzwyczajona do galerii, lecz pobyt we Włoszech spowodował, iż zwyczajnie musiałam się od nich odzwyczaić, aczkolwiek myślę sobie, że to akurat dobrze.

3.Słynna włoska siesta. Między godziną 13.30 a 15.30 życie tutaj niejako zamiera. Właściciele zamykają sklepy i udają się na zasłużony odpoczynek, a klienci przestają dla nich istnieć. Kiedy tu przyjechałam, bardzo mnie to wkurzało, bo zapominałam, że jest siesta i zdarzało mi się całować klamki marketów.

4.Przekonanie męskiej części narodu o tym, iż z racji tego, że są Włochami, każda cudzoziemka na nich poleci. I nieważne, czy facet ma lat 20, czy 60, gdyż wybujałe ego pozwala im sądzić, że nawet będąc w sędziwym wieku podobają się młodej Polce. Lata świetlne temu, gdy pracowałam w Bolonii, jakiś facet zapytał mnie, jak mi się wiedzie w związku z szefem (ponad 30 lat starszym ode mnie). Tak się wtedy zdenerwowałam tymi absurdalnymi podejrzeniami, że szybko się stamtąd zmyłam. Gdyby chociaż koleś miał tyle kasy, ile Flavio Briatore, jakoś bym to przełknęła:). W Italii i największa brzydula poczuje się dowartościowana, a słowa „ciao bella” są tu na porządku dziennym.

5.Łatwość, z jaką Makaroniarze przechodzą na „ty”. Sztywne zasady ich nie obowiązują i po jednej rozmowie zwracają się do obcego po imieniu, bez względu na to, jak na to zareagujemy. Tak samo jest z „dzień dobry”, jako że tutaj istnieje tylko „ciao”. Gdy czasem wychodzę ze sklepu i na pożegnanie rzucam „do widzenia”, ludzie patrzą na mnie jak na kosmitkę.

6.Włoska mania dubbingowania. Filmy z lektorem w telewizji nie występują, co moim zdaniem niszczy romantyzm niektórych scen. No bo jak zaakceptować fakt, że nie mam szans usłyszeć zmysłowego głosu Ridgeˈa Forrestera mówiącego po raz setny do Brooke: „Wyjdziesz za mnie, Logan”? Nie, to ponad moje siły!

7.Skoro już o telewizji mowa, to wiele się w niej dzieje. Roznegliżowane panienki w programach rozrywkowych to standard. Obojętnie na jaki kanał się przerzucę, zawsze zobaczę rozebraną laskę. Mąż twierdzi, że na ten pomysł wpadł pewien magnat telewizyjny- znany i lubiany Silvio Berlusconi. Telewizja z misją- dajcie spokój, liczy się zabawa. Poza tym chyba tylko we Włoszech podniecają się jeszcze programem „Big Brother”. W przyszłym roku ma ruszyć jego 14 edycja!

8.Piłka nożna i wszystko jasne! Półwysep Apeniński futbolem stoi i nie ma w tym ani grama przesady. Włosi lubią strajkować i urządzać demonstracje, ale nigdy nie robią tego w środę, gdy są nadawane europejskie puchary. W weekend zaś, kiedy jest liga i mieszka się, tak jak my, blisko stadionu, lepiej nie wychodzić z domu.

9.Wszechobecny gwar. Włosi nie mówią, a krzyczą. Kiedy pierwszy raz weszłam do hipermarketu w Italii, nie mogłam zrozumieć, czemu w nim tak głośno. Tak samo śmieszna wydawała mi się legendarna gestykulacja Makaroniarzy. Po trzech latach i ja zaczęłam mówić rękami, kurka wodna! Stare mądre porzekadło, ze jeśli się weszło między wrony, trzeba krakać tak jak one, w moim wypadku sprawdziło się co do joty.

10.Rossella OˈHara- zapewne ją znacie, ale pod innym imieniem. Tylko Włosi mogli przemianować słynną bohaterkę „Przeminęło z wiatrem”- Scarlet, na Rossellę. Scarlet to moja ulubiona postać filmowa i kiedy słyszę Rhetta wołającego: „Rossella”, przechodzą mnie ciarki, bynajmniej nie rozkoszy. Dla Pana P. nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, ponieważ zasnął po dziesięciu minutach oglądania filmu, taki z niego znawca kina.


  Co by nie powiedzieć, w wesołym państwie przyszło mi żyć. Zapewne istnieje jeszcze masa absurdów, których nie opisałam, ale na nie przyjdzie odpowiednia pora. Mam nadzieję, że potraktujecie ten post nieco ironicznie, bowiem taki był mój zamysł przy tworzeniu listy. O kolejnych nonsensach pomyślę jutro. Ciao!

O żesz…ksiądz

by 09 grudnia
  No to się porobiło! Skompromitowałam się na całego i najadłam się wstydu. A wszystko dlatego, że nie mam w zwyczaju zaglądać przez wizjer, kto puka do drzwi. Przeważnie dobija się do nas listonosz lub kurier, niezapowiedzianych gości nie miewamy, sąsiedzi też się nie wpraszają, toteż zdziwiłam się bardzo, gdy dzisiaj po południu usłyszałam charakterystyczny dźwięk dzwonka. Gaja jak zwykle o tej porze ucięła sobie poobiednią drzemkę, a ja ćwiczyłam i nie było mi na rękę, że jakiś intruz ośmielił się przeszkodzić mi w gimnastyce. Chcąc nie chcąc, poszłam otworzyć, spodziewając się akwizytora i kiedy zobaczyłam księdza wraz z dwoma ministrantami, szczęka opadła mi z wrażenia. Kolęda! Wyleciało mi z głowy, że to już dzisiaj Don Luciano (proboszcz naszej parafii) ma przyjść z wizytą. Niezdarnie się tłumacząc, przeprosiłam księdza za strój (przepocony dres) i zaprosiłam go do środka, modląc się w duchu, by obyło się bez kłopotów.

  W domu panował niekontrolowany chaos. Na środku salonu królował step (nazywam duży pokój salonem, żeby dodać sobie znaczenia), w zlewie było pełno brudnych naczyń, a na podłodze roiło się od klocków Duplo. Na domiar tego obudziła się Gaja i kiedy zobaczyła obcych ludzi, zaczęła spazmatycznie płakać. Ksiądz próbował rozśmieszyć małą, strojąc śmieszne miny, ale odniósł odwrotny skutek, bowiem mała zatonęła w łzach. Wobec tego zaproponował, że pójdzie odwiedzić sąsiadów, a do nas wróci później, na co z wdzięcznością się zgodziłam. Szybko ogarnęłam mieszkanie, ponownie położyłam Kluseczkę spać i zaczęłam sobie wymyślać tematy, o których mogłabym porozmawiać z tak szacowną personą. Przyznam z ręką na sercu, że nie jestem przyzwyczajona do rozmowy z duchowymi i nie wiem, jak się do nich odnosić. W ubiegłym roku mąż był obecny na kolędzie i załatwił sprawę za mnie, gawędząc z księdzem przez niemal godzinę, a teraz sama musiałam zadbać o podtrzymanie taktownej konwersacji.

  Po dwudziestu minatach znowu pojawił się ksiądz ze swoją skromną świtą. Pokój wyglądał o niebo lepiej, aczkolwiek niezbyt idealnie, gdyż tu i ówdzie leżały nieszczęsne klocki Gai oraz inne gadżety. Jeden z ministrantów prąc do przodu potknął się o zabawkę, zahaczając o postawioną niedawno choinkę i runął jak długi na podłogę, ku wielkiej uciesze kolegi. Nic mu się nie stało, ale i tak mieniłam się na twarzy ani nie wiedziałam, gdzie mam podziać oczy. Na szczęście ksiądz zbagatelizował zajście, zadał parę rutynowych pytań, po czym pobłogosławił mnie i śpiącą Kluseczkę, a później opuścił nasze wesołe cztery kąty. Przez moje nieprzygotowanie do kolędy zapomniałam dać na ofiarę i ogarnął mnie jeszcze bardziej ponury nastrój. Niezłą sobie wyrobiłam opinię- nie dość, że niezorganizowana bałaganiara, to w dodatku skąpa niczym Szkot. Mąż po powrocie do domu śmiał się do rozpuku z przygody „upadłego” ministranta i optymistycznie stwierdził, że mam spojrzeć na to od pozytywnej strony. Przecież mógł przewrócić się ksiądz, a wtedy na pewno by nas wyklął. Cóż, Pan P. wie, co mówi, w końcu jego rodzice prężnie działają w kościelnym komitecie. Nie otwierajcie drzwi, gdy nie jesteście w formie:).

  Hej kolęda, kolęda!



Per aspera (liebstera) ad aspra

by 06 grudnia
  Marzenia muszą poczekać. Miałam plany, chciałam się rozwijać, ale znowu wszystko spaliło na panewce. Moje fantastyczne projekty mają szansę na realizację, lecz dopiero za jakiś czas. Muszę zatem uzbroić się w cierpliwość, wypiąć dumnie pierś i iść do przodu z tym samym entuzjazmem, co zawsze. Nikt nie powiedział, że na obczyźnie będzie łatwo, a w bajki o cudownej emigracji już dawno przestałam wierzyć. Tym razem nie zamierzam poddać się frustracji i będę spokojnie czekać na to, co przyniesie los. Na razie mu trochę pomogłam i przezwyciężyłam lęki, z czego bardzo się cieszę, bo to naprawdę postęp w moim wydaniu. Dzisiaj Mikołajki, ale ich nie obchodzimy, ponieważ we Włoszech nie wręcza się w ten dzień dzieciom podarunków. Tymczasem moje dziecko z własnej i nieprzymuszonej woli zrobiło mi wyjątkową niespodziankę, bo wreszcie zaczęło do mnie mówić „mama”. Lepszego prezentu nie mogłam sobie wymarzyć!

  Jakiś czas temu popełniłam notkę na temat Liebster Blog Award i sądziłam, że będzie to dla mnie pożegnanie z tą zabawą. Nic bardziej mylnego, gdyż po raz kolejny zostałam do niej zaproszona i przyznam, że na początku chciałam ją olać. Pomyślałam sobie jednak, że to nie fair w stosunku do osób, które wytypowały mojego bloga i postanowiłam odpowiedzieć na pytania. Mam nadzieję, że rezultat zadowoli ich autorki, którym przy okazji serdecznie dziękuję za nominacje. Nie wiedzieć czemu mój mąż za każdym razem, gdy oznajmiam mu, że ktoś zauważył moje wypociny, pęka z dumy, więc jakiś pozytywny aspekt tego łańcuszka jest. Oto trochę faktów o mnie:

Pytania Doroty z bloga rodzinkovo:

1.Dlaczego zdecydowałaś się prowadzić bloga?
Bo zwyczajnie lubię pisać i chciałam zawojować w ten sposób świat.

2.Jakie wartości chcesz przekazać swojemu dziecku?
Że nie ocenia się książki po okładce i wszyscy ludzie są równi, niezależnie od pochodzenia, koloru skóry czy bogactwa.

3.Co lubisz robić w wolnej chwili?
Spędzać czas z moją córeczką, która skutecznie wyparła moje ulubione zajęcie- czytanie.

4.Czym jest dla ciebie dzień bez internetu?
Szczerze? Błogosławieństwem!

5.Twoja ulubiona potrawa z dzieciństwa.
Dużo tego, bo byłam łakomczuchem, ale niech będzie żur samotny.

6.Czy lubisz planować przyszłość?
Nie znoszę,  bo moje dalekosiężne plany (jak wyżej), lądują przeważnie w koszu na śmieci.

7.Czy byłaś kiedyś u wróżki?
Nigdy! Jestem sceptycznie nastawiona do wróżb wszelakich.

8.Jakie cechy charakteru cenisz u innych?
Lojalność, pogodę ducha, poczucie humoru.

9.Twój ulubiony kosmetyk?
Krem do twarzy Nivea.

10.Czy masz jakiś ekstra sposób na poprawianie urody?
Nie zamartwiać się!

11.Miejsce, które chcesz kiedyś odwiedzić to?
Nasze polskie Mazury.


Pytania Agnieszki z bloga Projekt Dziecko:

1.Zbliża się szósty grudnia. Jaki byłby twój prezent, gdybyś mogła poprosić Mikołaja o wszystko, bez żadnych limitów finansowych i innych ograniczeń?
Domek z ogródkiem dla mojej rodziny.

2.W jakim wieku najlepiej uświadomić dziecko, że Mikołaj nie istnieje?
Nie ma takiej potrzeby, zresztą ja nadal wierzę w Mikołaja!

3.Jaki był najbardziej nietrafiony prezent mikołajkowy lub gwiazdkowy, jaki dostałaś w dzieciństwie?
Rzadko dostawałam prezenty, ale jak już coś znalazłam pod choinką, zazwyczaj były to rzeczy, które przyprawiały mnie o płacz: parasol, majtki, piżama czy inne takie. Dzieci chcą wyłącznie zabawki!

4.Czy jesteś fanką białego szaleństwa na nartach?
Kiedy byłam mała, uwielbiałam szaleć na moich miniaturowych deskach, później niestety nie miałam już okazji.

5.Wolisz śnieg, mróz, gołoledź i skrobanie szyb, czy może szare listopadowe dni?
Wolę śnieg i wszystko, co z nim związane, lecz problem w tym, że we Włoszech (w rejonie, gdzie mieszkam), nie występuje.

6.Co myślisz o świątecznych reklamach w połowie listopada?
Osobiście uważam, że to trochę za wcześnie. Czasy konsumpcjonizmu rządzą się dziwnymi prawami.

7.Czy należysz do osób, które mają zaplanowanego Sylwestra, czy twoje plany sylwestrowe powstają spontanicznie w ostatniej chwili.
W ogóle nie przejmuję się Sylwestrem. Z kim bym zostawiła Gaję?

8.Czy masz sposób na wstawanie z łóżka prawą nogą, gdy na zewnątrz jest jeszcze ciemno?
Wystarczy, że spojrzę na moją śpiącą córeczkę i po sprawie.

9.Mój Akimek urodził się dokładnie 24 grudnia, dlatego na pierwsze urodziny mój mąż wrócił do domu z choinką w jednej ręce i tortem urodzinowym w drugim. Czy uważasz, że fajnie jest mieć urodziny w Wigilię?
Na pewno, choć mam koleżankę, która też urodziła się tego dnia i jako dziecko czuła się pokrzywdzona, że dostawała pod choinkę tylko jeden prezent.

10.Czy jesteś z tych osób, które świąteczne porządki rozpoczynają na kilka tygodni przed świętami, czy może w ogóle nie sprzątasz na święta?
Należę do osób, które świąteczne porządki rozpoczynają dwa dni przed Wigilią.

11.Co byś wybrała- święta Bożego Narodzenia w luksusowym hotelu na Malediwach, czy tradycyjne polskie święta ze śniegiem i pierwszą gwiazdką?
Tylko i wyłącznie polskie święta, bo są najpiękniejsze!


Pytania Agnieszki z bloga CiekawAOSTA:

1.Jakiego języka obcego chciałabyś się nauczyć i dlaczego?
Rosyjskiego, bo bardzo mi się podoba, a poza tym cenię sobie rosyjską literaturę i chciałabym kiedyś przeczytać „Mistrza i Małgorzatę” w oryginale. Po głowie chodzi mi też od zawsze łacina, ale jedyna fraza, jaką znam to: „Per aspera ad astra”.

2.Czy jest coś, czego nie lubisz w blogowaniu?
Nie lubię podziałów na małe, średne i wielkie blogi, a co za tym idzie, gwiazdorzenia niektórych blogerek, którym zupełnie odbiło.

3.Jaki jest twój sposób na jesienną chandrę?
Uśmiech mojej Kluseczki.

4.W jakim miejscu na pewno nie chciałabyś mieszkać?
W Genui. Zaraz, przecież ja tu mieszkam...

5.Czy w tym roku wyślesz kartki na święta Bożego Narodzenia i jeśli tak, to do kogo?
Wyślę, lecz ograniczę się do najbliższej rodziny i jednej znajomej. W zeszłym roku posłałam całą masę i nic nie dostałam. Nie chodzi o to, że liczyłam na rewanż, ale na pamięć tak. Skoro o mnie znajomi zapomnieli, też nie będę się wysilać. Inna sprawa, że na kartki i znaczki poszło mi około 70 euro, a nie jestem milionerką.


  To by było na tyle. Zgodnie z tradycją powinnam zadać 11 pytań i wytypować następne blogi, ale wyłamię się z tego nakazu, bo wiem, że większość autorów ma już dosyć liebsterowej propagandy. W zamian za to gorąco polecam blogi, które mnie nominowały i zachęcam do zajrzenia w ich wirtualne progi.

A że marzenia muszą poczekać? „Story of my life...”



Wahania blogowe, rozterki świnkowe

by 02 grudnia
  Nadszedł grudzień, najbardziej oczekiwany miesiąc w roku. Święta, prezenty, choinka- wszystko to powoduje, że jeszcze bardziej chce się żyć. Do tych przyjemności chciałabym dołączyć śnieg, ale niestety nie mogę, bo w Genui, gdzie mam przyjemność mieszkać, jest go jak na lekarstwo. Za to deszcz występuje w prawie nieograniczonych ilościach i mam go szczerze dość, zwłaszcza że ten tydzień będzie obfitował w wyjścia i związanie z nimi różnego rodzaju przygody.

  Od kilku dni jestem ograniczona komputerowo, ponieważ mąż tworzy tajemniczy projekt, przez co sprawdzam net w podskokach. Wczoraj Pan P. wziął laptopa do pracy, wobec czego spędziłam całkiem miły dzień bez ingerencji w wirtualną przestrzeń i muszę przyznać, że internetowy detoks wyszedł mi na dobre. Bez komputera można śmiało funkcjonować, mimo że do tej pory sobie tego nie wyobrażałam. Tymczasem okazało się, że niepotrzebnie lamentowałam i psioczyłam na męża, bo prawdziwe życie toczy się obok mnie, a nie na łamach bloga. Tutaj odreagowuję stres, spełniam swe pisarskie zapędy, a przede wszystkim uciekam od nostalgii i właśnie z tych powodów ciągnę dalej ten wózek. Kryzys blogowy dotknął mnie już niejeden raz i często zastanawiam się nad zamknięciem strony. Zauważyłam bowiem, że teksty na blogach są najmniej istotne, gdyż liczą się piękne zdjęcia, sponsorowane gadżety czy stylizacje maluchów. Na moim blogu tego brak i może dlatego jest jak jest, czyli kiepsko. Cóż, niespełnienie autorskie dotyka każdego z nas, choć ciężko się do tego przyznać. W mojej głowie cały czas klaruje się koncepcja nieszczęsnej książki, lecz problem tkwi w tym, iż sprawy, które mogłabym poruszyć, już ktoś opisał i zrobił to w naprawdę mistrzowski sposób. Nic to, zawsze mogę stworzyć tandetę w stylu Greya i jest to nawet logiczne rozwiązanie. Seks i erotyka sprzedają się jak świeże bułeczki, a koncepcji na ten temat raczej mi nie brakuje, zatem spróbuję coś wykombinować, rzecz jasna w granicach szeroko rozumianej przyzwoitości.

  Mam dylemat i nie wiem, co z nim zrobic. Wielokrotnie wspominałam Wam, że Gaja jest wielbicielką świnki Peppy i ogląda ją z wypiekami na twarzy. Towarzyszy jej czasem mąż, który (o zgrozo) dostał manii na punkcie odkrywania tajemnic bajki i zasypuje mnie dziwnymi pytaniami. Zamiast oglądać z dzieckiem spokojnie kreskówkę, Pan P. doszukuje się w niej drugiego dna i węszy spiskowe teorie dziejów. Tak to jest, gdy ma się za chłopa szalonego naukowca z detektywistycznymi ambicjami. Oto niektóre z jego rewelacji: 

- Kto kryje się pod przebraniem pana Ziemniaka?

-W jaki sposób pani Królik jest w stanie ogarnąć jednocześnie tysiąc swoich prac?

-Dlaczego Pedro Kucyk ciągle podrywa Peppę?

-Czemu Emily Słoń jest taka głupia, skoro te zwierzęta słyną z inteligencji?

-Gdzie się podział ojciec Suzi Owcy?

-Peppa i jej rodzina wiecznie jedzą spaghetti- czyżby ich pochodzenie było włoskie?

-Peppa jest rozbestwiona jak bicz dziadowski, po jakie licho jej rodzice propagują bezstresowe wychowanie?

-Czy Peppa i Suzy są faktycznie najlepszymi przyjaciółkami?

  Jeśli ktoś zna odpowiedzi na powyższe zgryzoty, byłabym wdzięczna za pomoc. Mąż najwidoczniej zapomniał, że odbiorcami uroczej świnki są małe dzieci, które nic sobie nie robią z tego, że Pan Ziemniak jest ogromny, a Emily durna. Dorabianie ideologii do kreskówek jest kompletnie bez sensu, ale powiedzcie to tatusiowi Kluseczki. Oburzy się, że nie dbam o morale córki, ja natomiast strzelę focha i kłótnia gotowa. Koniec wpisu sponsorowała żartobliwa konwencja:).



Obsługiwane przez usługę Blogger.