Nie z tej ziemi obyczaje

  Dzisiejszy post będzie stricte włoski. Mieszkam w tym kraju już ponad trzy lata i choć czasami może wydawać się, iż mam go szczerze dość, to wcale tak nie jest. W moich wpisach często pobrzmiewa nuta goryczy, spowodowana przede wszystkim „nostalgią-kanalią”, niemniej zapewniam, że kocham Włochy i traktuję je jak drugą ojczyznę. Tutaj urodziła się Gaja, stąd pochodzi Pan P. i raczej na sto procent przyjdzie nam się tu zestarzeć. Dlatego też, jakkolwiek zgubiłam gdzieś po drodze wymarzone „dolce vita”, tak naprawdę nie mam na co narzekać, ponieważ nie jest źle. Problemy są wypadkową życia człowieka i spotkałyby mnie wszędzie, bo to nie miejsce je kreuje, ale my sami. Italia natomiast to fantastyczna kraina, mimo że pełna jest absurdów wszelakich. I na nich właśnie chciałabym się skupić i opowiedzieć o tym, co zaskoczyło mnie tu najbardziej. Oto moje subiektywne (i z mocnym przymrużeniem oka) spostrzeżenia: 

1.Sklepy, a w zasadzie ich podział. Jeśli idę do warzywniaka, to znajdę w nim tylko warzywa i owoce, na nic więcej nie mam co liczyć. W mięsnym na próżno mogę szukać kiełbasy, gdyż jest ona dostępna jedynie w „kiełbasiarni”. Udając do kiosku po gazetę nie dostanę biletów autobusowych, bowiem te można nabyć w sklepie o nazwie „tabacchino”, gdzie handluje się papierosami, które dla mnie są rzecz jasna zbędne. W rybnym sprzedaje się wyłącznie ryby i te przykłady mogłabym mnożyć do woli. Oczywiście istnieją hipermarkety, lecz z ich asortymentu korzystamy rzadko, więc siłą rzeczy biegamy od jednego sklepu do drugiego.

2.Mała ilość galerii handlowych. W Genui występuje tylko jedna i to niewielka- Fiumara. Jako ofiara konsumpcjonizmu jestem przyzwyczajona do galerii, lecz pobyt we Włoszech spowodował, iż zwyczajnie musiałam się od nich odzwyczaić, aczkolwiek myślę sobie, że to akurat dobrze.

3.Słynna włoska siesta. Między godziną 13.30 a 15.30 życie tutaj niejako zamiera. Właściciele zamykają sklepy i udają się na zasłużony odpoczynek, a klienci przestają dla nich istnieć. Kiedy tu przyjechałam, bardzo mnie to wkurzało, bo zapominałam, że jest siesta i zdarzało mi się całować klamki marketów.

4.Przekonanie męskiej części narodu o tym, iż z racji tego, że są Włochami, każda cudzoziemka na nich poleci. I nieważne, czy facet ma lat 20, czy 60, gdyż wybujałe ego pozwala im sądzić, że nawet będąc w sędziwym wieku podobają się młodej Polce. Lata świetlne temu, gdy pracowałam w Bolonii, jakiś facet zapytał mnie, jak mi się wiedzie w związku z szefem (ponad 30 lat starszym ode mnie). Tak się wtedy zdenerwowałam tymi absurdalnymi podejrzeniami, że szybko się stamtąd zmyłam. Gdyby chociaż koleś miał tyle kasy, ile Flavio Briatore, jakoś bym to przełknęła:). W Italii i największa brzydula poczuje się dowartościowana, a słowa „ciao bella” są tu na porządku dziennym.

5.Łatwość, z jaką Makaroniarze przechodzą na „ty”. Sztywne zasady ich nie obowiązują i po jednej rozmowie zwracają się do obcego po imieniu, bez względu na to, jak na to zareagujemy. Tak samo jest z „dzień dobry”, jako że tutaj istnieje tylko „ciao”. Gdy czasem wychodzę ze sklepu i na pożegnanie rzucam „do widzenia”, ludzie patrzą na mnie jak na kosmitkę.

6.Włoska mania dubbingowania. Filmy z lektorem w telewizji nie występują, co moim zdaniem niszczy romantyzm niektórych scen. No bo jak zaakceptować fakt, że nie mam szans usłyszeć zmysłowego głosu Ridgeˈa Forrestera mówiącego po raz setny do Brooke: „Wyjdziesz za mnie, Logan”? Nie, to ponad moje siły!

7.Skoro już o telewizji mowa, to wiele się w niej dzieje. Roznegliżowane panienki w programach rozrywkowych to standard. Obojętnie na jaki kanał się przerzucę, zawsze zobaczę rozebraną laskę. Mąż twierdzi, że na ten pomysł wpadł pewien magnat telewizyjny- znany i lubiany Silvio Berlusconi. Telewizja z misją- dajcie spokój, liczy się zabawa. Poza tym chyba tylko we Włoszech podniecają się jeszcze programem „Big Brother”. W przyszłym roku ma ruszyć jego 14 edycja!

8.Piłka nożna i wszystko jasne! Półwysep Apeniński futbolem stoi i nie ma w tym ani grama przesady. Włosi lubią strajkować i urządzać demonstracje, ale nigdy nie robią tego w środę, gdy są nadawane europejskie puchary. W weekend zaś, kiedy jest liga i mieszka się, tak jak my, blisko stadionu, lepiej nie wychodzić z domu.

9.Wszechobecny gwar. Włosi nie mówią, a krzyczą. Kiedy pierwszy raz weszłam do hipermarketu w Italii, nie mogłam zrozumieć, czemu w nim tak głośno. Tak samo śmieszna wydawała mi się legendarna gestykulacja Makaroniarzy. Po trzech latach i ja zaczęłam mówić rękami, kurka wodna! Stare mądre porzekadło, ze jeśli się weszło między wrony, trzeba krakać tak jak one, w moim wypadku sprawdziło się co do joty.

10.Rossella OˈHara- zapewne ją znacie, ale pod innym imieniem. Tylko Włosi mogli przemianować słynną bohaterkę „Przeminęło z wiatrem”- Scarlet, na Rossellę. Scarlet to moja ulubiona postać filmowa i kiedy słyszę Rhetta wołającego: „Rossella”, przechodzą mnie ciarki, bynajmniej nie rozkoszy. Dla Pana P. nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, ponieważ zasnął po dziesięciu minutach oglądania filmu, taki z niego znawca kina.


  Co by nie powiedzieć, w wesołym państwie przyszło mi żyć. Zapewne istnieje jeszcze masa absurdów, których nie opisałam, ale na nie przyjdzie odpowiednia pora. Mam nadzieję, że potraktujecie ten post nieco ironicznie, bowiem taki był mój zamysł przy tworzeniu listy. O kolejnych nonsensach pomyślę jutro. Ciao!
Obsługiwane przez usługę Blogger.