Blogierko, dokąd zmierzasz?

by 17:24
  Marna ze mnie blogerka. Dwa lata prowadzę bloga, a szablon nadal mam do kitu, w adresie ciągle widnieje komiczne słowo "blogspot", zaś współprac u mnie jak na lekarstwo. Statystyki nie powalają, nie wiem nawet kim są "unikalni użytkownicy", korzystam z grafik znalezionych w necie i nie jeżdżę na spotkania blogerek. Siły przebicia nie uświadczyłam, spamować nie potrafię, a zasoby portfela nie pozwalają mi na płacenie tu i ówdzie grubej kasy za reklamę. Mimo tych przeciwności i popełnionych błędów nie uważam mojej przygody z blogowaniem za straconą. W kończącym się coraz większymi krokami roku opublikowałam mniej wpisów niż zwykle, ale to był mój świadomy wybór. Doszłam bowiem do wniosku, że pisanie na siłę oraz pod publikę nie sprzyja mojemu rozwojowi i pogodziłam się z faktem, że nie będę "wielka". Marzenia o ulotnej i wątpliwej blogowej sławie zakiełkowały w moich myślach na początku blogowania, natomiast dzisiaj priorytety mam inne. Interesuje mnie pisanie i nie mam ciśnienia na bycie "kimś", może tylko poza byciem sobą. Nie lubię i nie umiem się ścigać, więc mój blog nigdy nie będzie stawał w szranki z konkurencją, bo i tak by przegrał. Przyznaję jednak, że niezbyt mnie to martwi.

  Nie chce mi się podsumowywać blogoroku pod kątem statystyk i podobnych pierdoł. Są wpisy gorsze, są też odrobinę lepsze, z paru jestem bardzo zadowolona (co rzadko mi się zdarza), niektóre wołają o pomstę do nieba i tak dalej, i tak dalej. Najważniejsze jest dla mnie to, iż wreszcie dostrzegłam jedną rzecz- nie jestem tak beznadziejna pisarsko, jak to sobie wyobrażałam. Co więcej, zdobyłam się w końcu na odwagę i zaczęłam przymierzać się do napisania książki. Marzyłam o tym od dawna, lecz zawsze na przeszkodzie stawała mi niezmiennie nikła wiara we własne możliwości. Prowadzenie blogu okazało się motywacyjnym strzałem w dziesiątkę, ponieważ oświeciło mnie po latach, że poważniejsze pisanie jest w zasięgu moich skromnych możliwości. I właśnie to uważam za mój największy blogowy sukces. No i oczywiście powołanie przeze mnie do życia jedynej w swoim rodzaju Poli Szynel.
  
  To urocze resume nie może odbyć się bez postaci Poli, bo to jej przygody zostały uznane za najlepsze w historii blogu (wyboru dokonałam ja sama), a bohaterka w niektórych kręgach (przede wszystkim jej własnych), uchodzi za kultową. Lubię Polę i często wracam do jej perypetii, gdyż bawią mnie one nieustannie. Nie wiem, czy pojawią się dalsze części, lecz postaram się sprawić, by nie zapomniano o Poli. Któż bowiem, jak nie ona, tak wspaniale reprezentuje rozległy świat blogosfery? Trochę się podlizuję, ponieważ mam nadzieję, że Pola przekona Rozmarynka do tego, aby nie umieszczał mnie na swojej Liście Najbardziej Obciachowych Blogerów Minionego- znaczy jeszcze tego- Roku (nie przeżyłabym takiego obciachu). Nie pamiętam, czy już o tym wspominałam, ale Pola i boski Rozmarino zakopali wojenny topór i znowu robią razem interesy (czyli podkopy) w blogosferze. Także, strzeżcie się, drodzy koledzy po fachu, jako że nie znacie dnia ani godziny, kiedy Pola i jej kompan i do Was się dobiorą!

  Do Siego Roku, kochani!



zdjęcie- johnclipper.com

Grudniowa retrospekcja, czyli cholera mnie weźmie

by 11:11
  Idą święta. Na blogach "dułytjorself", piernikomania i inspiracje prezentowe od zera do stu lat, a u mnie pustki. Nie to, że nie chce mi się pisać, ale po prostu mam tyle rzeczy do zrobienia, iż zwyczajnie nie wyrabiam. Obiecałam sobie, że od stycznia zacznę solidnie blogować i tego się trzymam. A póki co, biegam od lekarzy do lekarzy i szykuję się do wyjazdu na Sardynię, który już za mniej, niż tydzień (a ja nadal w powijakach).

  Ciąża przebiega pod znakiem wysokiej adrenaliny. Nic wielkiego co prawda się nie dzieje, ale każda wizyta u ginekologa kończy się zaskakująco. I tak, z pozoru bezbolesne badanie USG w moim wypadku okazało się próbą wysokiego ryzyka. A wszystko dlatego, że podczas wizyty obecni byli studenci, którzy albo nie mają jeszcze sprawnej ręki, albo nie rozumieją, że z ciężarnymi trzeba obnosić się delikatnie. Badanie robiono mi czterokrotnie, gdyż maluch nie chciał się obrócić, toteż próbowano do skutku. Niestety, podczas trzeciego podejścia młody adept sztuki lekarskiej zaciskał mi brzuch tak mocno (żeby dziecko się poruszyło), że zaczęłam odczuwać silne bóle. Następnego dnia na moim brzuchu pojawił się piękny odcień czerni i gdyby nie fakt, że szpital jest daleko, poleciałabym tam i opieprzyła nieopierzonego studenta. Myster Pi, gdy zobaczył "rezultat" wizyty, skwitował ją krótko, lecz dosadnie- "Hannibal Lecter cię badał?" i to jest najlepsze podsumowanie mojego USG.

  Tymczasem teściowa nie może się doczekać naszego przyjazdu i zamęcza mnie telefonami w stylu, że mamy się już pakować, bo potem będzie za późno. Poza tym szykuje dla nas liczne atrakcje, takie jak odwiedziny w Klubie Tańca (akurat), na spotkaniu opłatkowym z parafiankami (jeszcze bardziej akurat) i kolacje u niezliczonych ilości cioteczek (zobaczymy, co się da zrobić). Oczywiście największą gwiazdą tychże zlotów ma być Gaja, bowiem jej babcia chce ją przedstawić miastu i światu. Na szczęście mąż stopuje niebywały entuzjazm teściowej, dając jej do zrozumienia, że w święta na pierwszym miejscu ma być rodzina, a nie przyjaciółki czy znajome. Ja mam zamiar odpoczywać i jakby co, wykręcę się ciążą, ponieważ nudzą mnie zebrania w towarzyskim gronie, zresztą nie wyobrażam sobie, aby mój brzuch miał stać się obiektem jakiegoś prowincjanolnego kultu (a na to się zanosi). Mogę zaakceptować to, że teściowa głaszcze mnie po brzuchu, ale nie jakieś nieznane mi kobity. Krępuje mnie to, nic na to nie poradzę.

  Nasz wyjazd zbiega się z niemiłym akcentem, ponieważ w naszym bloku zagnieździli się na dobre złodzieje. Wczoraj w nocy, po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch miesięcy okradli trzy mieszkania na pierwszym piętrze (mieszkamy na drugim piętrze, lecz nie daje to żadnej gwarancji, jako że rabusie wchodzą po rynnach). Z okiennicami radzą sobie bez problemu i wskakują do mieszkań nawet wtedy, gdy właściciele są w domu. Najgorsze jest to, że we Włoszech prawo zwyczajnie pozwala łobuzom czuć się panami sytuacji. Niedawno głośno była sprawa mężczyzny, do którego posiadłości wtargnęli złodzieje. Facet chciał się obronić i zaczął strzelać do rzezimieszków, a sąd nakazał mu zapłacić tym zbirom odszkodowanie w wysokości 100 tysięcy euro za poniesione straty moralne! Mężczyzna, po kilku miesiącach batalii, w wyniku wysokiego stresu dostał zawału i zmarł, a to, co po nim zostało, czyli właśnie dom, ma być oddany jego napastnikom. Takich zdarzeń było w tym roku we Włoszech sporo i według mnie to jakieś kpiny. Co to za prawo, które robi z ofiary kata? Jeśli do mnie ktoś kiedyś wejdzie przez rynnę, a ja zdołam wyrzucić go przez okno, to też będę miała kłopoty? Przecież mój dom to moja twierdza, czyż nie? W każdym razie jeśli podczas naszej nieobecności złodzieje się tu pokwapią, to i tak nic cennego w łapy im nie wejdzie. No chyba że moje polskie książki, ale wątpię, czy w ogóle je zauważą. Do następnego!


A na koniec trochę widoków z boskiej Genui ;).





Nowe plany Poli Szynel

by 17:41
-Kto normalny stawia się w pracy o siódmej?- wściekała się Pola Szynel, spoglądając rano na budzik- No nikt! Zachciało mi się być gwiazdą śniadaniówki i teraz ponoszę konsekwencje tej durnej decyzji. Zamiast błyszczeć, przeprowadzam wywiady z samymi matołami, którzy nie wiedzą, gdzie Rzym, gdzie Lublin, a nazwa mojego bloga to dla nich zagadka. Całe szczęście, że za niedługo pożegnam się z "Dzień dobry Trupałen", bo już mi bokami wychodzi bycie dziennikarką. 

  Oj tak, Pola wiedziała, co mówi. Praca w Trupałen była co prawda opłacalna, ale po dwóch miesiącach po prostu się Poli znudziła. Tak jak planowała, wygryzła Magdę Matołek i została prowadzącą u boku Marcina Prototypa, lecz nic wielkiego nie wniosło to do jej życia. Ani nie dostawała nowych ofert, ani jej ludzie nie poznawali na ulicy, a o rozdawaniu autografów mogła sobie pomarzyć. Jej blog był coraz popularniejszy, to fakt (50 tysięcy lajków piechotą nie chodzi), niemniej ciągle musiała odpierać ataki zazdrosnych koleżanek po fachu, a oliwy do ognia dodawał Rozmarynek, który nie mógł wybaczyć Poli tego, że nie chciała umieścić na Majstajla pozytywnej recenzji jego nowej powieści "Troll".

-Akurat!- śmiała się w duchu Pola- z reguły nie czytam książek i na blogu żadna recenzja nie powstanie, bo moje czytelniczki to nie interesuje. Zresztą, co mnie obchodzi Rozmarynek, skoro został za mną daleko w tyle. Mam na oku o wiele grubszą rybitwę. Najpierw złapię ją w sieć, a później zostanę gwiazdą filmową!

  "Rybitwą" okazał się słynny filmowiec Lew Wapniak-Szarak, na którego Pola zagięła parol, gdy wpadł w jej ręce scenariusz telenoweli "Serce w pięciu kawałkach". Poli zamarzyło się zagrać główną rolę w serialu, wobec tego niezwłocznie postanowiła zapoznać się z producentem Wapniakiem. Czyhała na niego przez kilka dobrych godzin i wreszcie zauważyła, że wszedł do gmachu telewizji wraz ze swoją świtą. Ochroniarze zostali na dole, a Wapniak-Szarak nie mogąc doczekać się windy (Pola ją zablokowała), udał się do redakcji Trupałen po schodach.

-Wygląda jak lump, a nie wielka szycha- przyglądała mu się z ukrycia Pola- ale on może sobie na to pozwolić. Ma tyle miliardów, że nikt mu nie podskoczy i nie powie nic złego na temat wyglądu. W końcu kasa czyni cuda.

  Tak rozmyślając, Pola zaczęła zbiegać ze schodów, po czym wleciała na zdumionego producenta i wylądowała w jego mało zachęcających (za to bogatych) ramionach.

-Przepraszam pana- wykrzyknęła- jestem taka roztargniona. Ależ, przecież pan jest tym sławnym producentem- spojrzała mu prosto w oczy- Wytrysk-Szmaragd, prawda?

-Wapniak-Szarak- poprawił ją zaskoczony miliarder.

-Bardzo mi przyjemnie- zagruchała Pola- jestem zagorzałą wielbicielką pańskich filmów, a już ostatni- "Wodogłowie", jest wybitny!

-"Wodzowie"- po raz kolejny poprawił Polę producent.

-W rzeczy samej- kontynuowała Pola- tak wciągającej akcji dawno nie widziałam! Szampon- ba prezesie, wykonał pan kawał dobrej roboty!

-A co najbardziej urzekło panią w filmie?- zapytał rozbawiony Wapniak-Szarak.

-Wszystko po trochu- odpowiedziała Pola- kiedy go oglądałam, ogarnęło mnie duże wu, a to naprawdę przyjemne uczucie. Ja to przeżyłam prezesie, byłam tam kiedyś, pański film mi to uświadomił!

-Znaczy że brała pani udział w bitwie pod Monte-Cassino?- nie przestawał się uśmiechać producent- takiej interpretacji się nie spodziewałem!

-To akurat jest najmniej ważne. My tu gadu gadu o przyjemnościach, a ja chciałam z panem porozmawiać o istotnych sprawach!

-Zatem zamieniam się w słuch, chociaż nie mam za dużo czasu, gdyż za chwilę mam wywiad.

-Wywiad nie zając, nie ucieknie- wypaliła Pola- powiem wprost, prezesie. Muszę zagrać główną rolę w pańskim serialu i zrobię wszystko, aby tak się stało.

-Dlaczego więc nie przyjdzie pani na casting? 

-Bo prawdziwy talent nie potrzebuje castingów. Proszę, oto moje Curykurom Vitalne, a w nim znajdzie pan dokładny przebieg mojej kariery. Roi się tam od sukcesów, ale nie będę ich wymieniać, bo cechuje mnie wrodzona skromność.

  Pola spuściła oczy, udając wstydliwą panienkę, a Wapniak-Szarak bez pośpiechu przeglądał jej CV. Kiedy skończył, nie wiedział, co powiedzieć, toteż zaczął się drapać po brodzie, a Pola wzięła to za dobrą monetę.

-Widzę, że moje CV zrobiło na panu wrażenie- uśmiechnęła się triumfalnie Pola- nic dziwnego, bo sama się nad nim zachwycam. Tyle osiągnąć, tak daleko zajść i to bez protekcji, szanowny prezesku. To jest moja wizytówka. Oczekuję, że skontaktuje się pan ze mną w sprawie telenoweli- i Pola posłała mu najpiękniejszy i najbardziej uwodzicielski uśmiech, na jaki mogła się zdobyć.

  Producentowi Pola zapadła głęboko w pamięć. Nie zamierzał zatrudniać jej do serialu, ale zaprosił Polę na kolację. I to był z jego strony niewybaczalny błąd, ponieważ nie docenił sprytu panienki Szynel. Podczas spotkania Pola upiła producenta prawie do nieprzytomności i wymusiła na nim angaż w "Sercu w pięciu kawałkach". Wapniak-Szarak otumamiony alkoholem nie tylko podpisał papiery, które podsuwała mu Pola, lecz także obiecał zrobić z niej zrobić drugą Polę Negri ("kto to do diabła jest"- zastanawiała się przez cały wieczór). Na odchodnym podarował jej złotą kartę kredytową i kazał stawić się następnego dnia na planie filmowym.

-Jestem wielka- podniecała się Pola- rolę mam w kieszeni, miliardy też, jako że ten naiwniak nawet nie wie, co podpisał. Ożeni się ze mną i będę pływała w luksusach, najpierw jednak zostanę gwiazdą filmową. I pomyśleć, że zaczynałam jako pomoc dentystyczna. Zawsze powtarzałam, że grunt to dobry bajer i tego się trzymam. Orewułar!


  
zdjęcie- www.dreamstime.com

P.S. Poprzednie części znajdziecie, klikając w etykietę "Pola Szynel".

Na pohybel gadżetom!

by 17:22
  Nie milkną echa po ostatnim, bardzo odważnym tekście Antyterrorystki o ciemnych stronach blogosfery. Nie zamierzam powielać wpisu Gosi, gdyż zgadzam się ze wszystkim, co napisała, chciałabym tylko rozszerzyć nieco aspekt związany z gadżetami. Z niektórych komentarzy, zarówno na blogu jak i na fanpejdżu Gosi wynika mniej więcej tyle, że nas, niszowe blogerki, zżera internetowa zazdrość o gadżety właśnie. Naprawdę? Mnie gadżety ni ziębią, ni gryzą i wcale mi nie zależy na tym, by prezentować je na blogu. Oto przyczyny, dla których nie mam ochoty tego robić:

1. Wpisy gadżetowe z reguły śmiertelnie mnie nudzą i rzadko je czytam (chyba że jakaś poetycznie utalentowana blogerka zacznie o nich pisać limerykami- wtedy na pewno uczynię wyjątek).

2. Mieszkam za granicą i nie znam firm działających w Polsce (przed wyjazdem do Włoch nie byłam jeszcze mamą, więc kompletnie się tymi sprawami nie interesowałam).

3. Sama nigdy nie sugeruję się opiniami innych blogerek na temat gadżetów i wychodzę z założenia, że moje zdanie również nie będzie miało większego przełożenia.

4. Nie jestem gadżeciarą i nie jarają mnie drogie rzeczy, a moje dziecko jest szczęśliwe i bez nich

5. Obrałam sobie kierunek blogowania mający na celu polepszenie mojego stylu pisania (o ile taki mam) i nie wyobrażam sobie stworzyć poprawnego, gadżetowego wpisu. Krótko mówiąc, nie jestem dobra w reklamowaniu czegokolwiek.

6. Do pokazywania gadżetów potrzebny jest model, czyli najchętniej dziecko. Ci, którzy mnie odwiedziają, wiedzą o tym, że nie pokazuję zdjęć Gai, jakim zatem cudem miałabym cokolwiek przedstawiać? Siebie na rowerku biegowym raczej nie widzę, znaczy nie widzę rowerka, bo by się rozwalił pod moim ciężarem i jeszcze bym musiała dopłacać do interesu.

7. Do nawiązania współpracy potrzebny jest profesjonalny blog. Mój taki nie jest, nie ma co ukrywać, aczkolwiek nie czuję się gorsza z tego powodu. Po prostu bloguję dla przyjemności, chociaż są tacy, którzy nie potrafią tego zrozumieć. Pisać dla samego pisania, a nie korzyści, no to się w pale nie mieści! Gdyby mi ktoś płacił za blogowanie, najpewniej bym się nie obraziła, ale do tego nie dojdzie, co też nie spędza mi snu z powiek. Być może za jakiś czas mój blog ewoluuje i będzie wypasiony, lecz na razie nie planuję niczego zmieniać. Mam ważniejsze sprawy na głowie.


 Podsumowując, mogę stwierdzić z pełną stanowczością, że wartości bloga nie stanowią zamieszczone na nich gadżety. Każdy z nas ma własną wizję blogowania i wrzucanie wszystkich do jednego worka z napisem "oddam życie za gadżety" jest trochę niesprawiedliwe. Jeśli ktoś lubi o nich pisać i ma z tego wymierne korzyści, to super. Jeśli jednak nie ma gadżetowego przepychu na blogu, nie próbujcie go przekonywać, że jest gorszy i nic nie osiągnął. Pogarda z racji tego, że nie zarabia się na blogu i nie doszło się do pułapu blogerki X, jest według mnie po prostu małostkowa. 

  Rzadko mi się zdarza publikować w emocjach, ale tym razem odrobinę mnie one poniosły. Wybaczcie ciężarnej, hormony buzują :).


zdjęcie ze strony- www.realistic.pl
  

Mafijna opowieść

by 17:07
  Ten dzień w żaden sposób nie zapowiadał nadchodzących wydarzeń. Wracałam do domu obładowana siatkami, gdy nagle drogę zatarasował mi samochód z wyższej półki. Nie znam się na autach, niemniej jednak od razu się zorientowałam, że to należy do klasy A i jego właściciel musi być nieprzyzwoicie bogaty. Tymczasem z maszyny wyszedł jakiś ulizany laluś w wypasionym garniturze i zaprosił mnie do środka.

- Spadaj pan- powiedziałam- nie zadaję się z nieznajomymi!

  Chciałam odejść, ale Ulizany na to nie pozwolił. Popatrzył na mnie jak na idiotkę, po czym rozchylił marynarkę i moim oczom ukazała się wystająca ze spodni spluwa. Zamarłam, lecz nie zabrakło mi animuszu i z typową kobiecą przebiegłością zaczęłam przekonywać typka, że mnie z kimś pomylił.

- W naszej branży nie ma mowy o pomyłkach- stwierdził- proszę wsiadać i nie urządzać scen.

- Gdzie mnie pan zabiera?- zapytałam, siląc się na spokój.

- Proszę nie zadawać pytań- odpowiedział bezczelnie- za niedługo wszystko się wyjaśni.

   Co za cham, pomyślałam oburzona. Porywa mnie w biały dzień, zachowuje się jak dupek i jeszcze żąda, abym się nie odzywała. Oskarżę go o uprowadzenie, to mu w pięty pójdzie i ta jego brylantyna we włosach przestanie tak lśnić. Moje rozważania przerwał sam zainteresowany, gdyż zaparkował samochód w podziemnym parkingu, otwarł mi drzwi i kazał iść za nim. Tak też zrobiłam, bo innego wyjścia nie miałam.

  Weszliśmy do windy. Ulizany nadal nie uraczył mnie słowem ani spojrzeniem i zachowywał się w taki sposób, jakby mnie przy nim nie było. Gdybyśmy nie znajdowali się w windzie, mogłabym rozważyć opcję ucieczki, a tak dane mi było tylko patrzeć na połyskujący pistolet, którego koleś już nie ukrywał. Chcąc nie chcąc, coraz bardziej ogarniała mnie panika.

  Po wyjściu z windy znalazłam się nie na korytarzu, a w dziwnym pomieszczeniu, składającym się z ogromnego stołu i fotela przywodzącego na myśl tron. Siedział na nim mężczyzna wyglądający iście po królewsku- kiwnięciem palca odprawił Ulizanego i rozkazał mi stanąć naprzeciw tronu. Posłuchałam bez szemrania, jako że z faceta bił silny autorytet i byłam pewna, iż nie cofnie się przed niczym. Kiedy jednak podał mi do pocałowania swój sygnet, coś we mnie nieprzyjemnie drgnęło i zdołałam się przeciwstawić jego żądaniu:

- A co to, papież z pana, żebym go musiała po rękach całować?- spojrzałam na niego buńczucznie.

- Dla moich ludzi jestem kimś więcej niż papież- odpowiedział- mój kierowca przyprowadził tu panią na moją prośbę. Jest mi pani potrzebna do wypełnienia niezwykle ważnego zadania. Moja Rodzina utraciła wpływy i pani pomoc jest mi niezbędna.

- Pan nie wie, co mówi- roześmiałam się- ze mnie jest zwyczajna kura domowa i wątpię, żebym mogła panu w czymkolwiek pomóc.

- Myli się pani- odpowiedział- jest pani jedną z nielicznych osób, która ma dostęp do Dony Cateriny i zaprowadzi mnie pani do niej, nawet idąc po trupach do celu!

- Dona Caterina? - zdziwałam się- muszę pana rozczarować, nie znam nikogo takiego. 

- Zna pani i to dobrze- uśmiechnął się zimno i podał mi karteczkę, na której wypisane były tylko trzy słowa- Matka na Szczycie. Ze zdumienia upuściłam kartkę na podłogę.

- Tak, tak- popatrzył na mnie- pani blogowa koleżanka wykiwała mnie, nie podpisała ze mną przewidzianej umowy i zapadła się pod ziemię. Makowy biznes, dzięki któremu wyniosłem Donę Caterinę na sam szczyt, prędzej czy później i tak do mnie wróci.

- Pana chyba pogięło- oburzyłam się- komuś innemu może pan sobie wciskać kit, że Kasia uprawia mak, ale ja nigdy w to nie uwierzę!

- Nie o taki mak chodzi- zniecierpliwił się facet- Dona Caterina zajmuje się produkcją makowej biżuterii i moje wpływy sprawiły mniej więcej tyle, że kobiety w Neapolu oszalały na jej punkcie. Zarobiłem miliony, Dona wyszła na interesie całkiem przyzwoicie, lecz to jej nie satysfakcjonowało, więc zerwała ze mną umowę, po czym zarzuciła mi kłamstwo. Ośmieliła się sprzeciwić samemu Donowi Koralone, a takiej zniewagi nie mogę puścić płazem, zwłaszcza że miałem wobec Doni Cateriny rozległe plany. Chciałem z niej uczynić Matkę Chrzestną Rodziny, a ona odważyła się powiedzieć mi "nie" i zwyczajnie przepadła. Tego darować nie mogę, jakem Don Koralone!

  Brawo Kasiu, ucieszyłam się w duchu, wiedziałam o tym, że masz jaja. Mało kto odważyłby się wypiąć Ojcowi Chrzestnemu mafii (swoją drogą zawsze śmieszyło mnie, czemu mafiosi wolą nazwę Rodzina, bo w końcu każdy głupek wie, o co tam naprawdę biega).

- Do czego zatem miałabym się przydać?- zapytałam Dona Koralone- nie mam pojęcia, gdzie może się teraz znajdować Dona Caterina, zresztą nawet gdybym miała, to i tak bym panu nie powiedziała.

  Don Koralone się wkurzył i walnął pięścią w stół.

- Dosyć- wrzasnął- na razie chroni was płeć, gdyż z zasady nie zabijamy kobiet, lecz jeśli się zdenerwuję, może to się zmienić. Dona Caterina jest silna i się nie poddaje, ale gdy usłyszy, że jedną z jej przyjaciółek uprowadziliśmy, drugiej zablokowaliśmy bloga, a z pani uczyniliśmy naszą informatorkę, to zmięknie i w końcu się ujawni. Z babami zawsze są kłopoty i żałuję, że dałem się wciągnąć w makową przygodę. 

- Kogo żeście uprowadzili?- wyjąkałam, wreszcie zdając sobie sprawę z tego, że z Donem Koralone nie ma żartów.

  Po raz kolejny mafioso podał mi karteczkę i po raz kolejny przeczytałam trzy słowa- Books and Babies.

- Tego już za wiele- przestraszyłam się- jeśli coś się stanie Kasi, nie darujemy wam tego!

- Pani Kasia ma się całkiem dobrze! Jej niewola polega na siedzeniu w przepięknym kurorcie, piciu wytwornego Chianti i delektowaniu się smakiem muli w occie. Nawiasem mówiąc, tak jej one zasmakowały, że nie chce jeść nic innego i kosztuje nas coraz więcej. Jednakowoż, to od pani zależy, czy pojutrze do Chianti nie dodamy odrobiny cyjanku, a mule nie będą miały w sobie arszeniku. 

- Co więc mam zrobić?- poddałam się zrezygnowana.

- Jak najszybciej odnaleźć Donę Caterinę i przekonać ją nie tylko do tego, żeby odnowiła ze mną umowę, ale przede wszystkim do tego, aby została pierwszą Matką Chrzestną Rodziny. Następnym pani zadaniem będzie zmuszenie blogerki Antyterrorystka do zmiany nazwy bloga na Proterrorystka. Dopóki nie zmieni adresu, dopóty jej strona nie zostanie odblokowana. Ma pani czas do pojutrza, inaczej wszystkie będziecie w niebezpieczeństwie. A teraz żegnam!

  I poszedł sobie najzwyczajniej na świecie. Ulizany zjawił się ponownie, odwiózł mnie do domu, a ja usiłowałam skontaktować się z Doną Cateriną, Matką na Szczycie znaczy. Gdzie jesteś, miła Kasiu? Zostań Matką Chrzestną mafii, inaczej mamy przechlapane!

Czy uda mi się odnaleźć Donę Caterinę?
Czy Antyterrorystka wkrótce objawi się nam jako Proterrorystka?
Czy Kasia z Books and Babies zatruje się mulami?

O tym opowiem niedługo, o ile Don Koralone w międzyczasie mnie nie kropnie.


*Niniejszy wpis dedykuję dzisiejszej solenizantce- mojej ukochanej Matce na Szczycie!


Wybór zdjęcia był oczywisty- nie ma słynniejszego mafioso :).
www.tvzap.kataweb.it

"Najlepszy ojciec"

by 10:50
  Na temat klapsów powiedziano i napisano już wiele. Większość jest zgodna co do tego, że klaps jest formą przemocy, chociaż są też tacy, którzy twierdzą, iż problem jest rozdmuchany. Moim zdaniem nie jest i nie powinno się bagatelizować znaczenia klapsów. Bo dla dorosłego to jest "tylko" klaps, dla dziecka zaś "aż" klaps. 

  Piszę o tym dlatego, ponieważ w ostatni weekend byłam świadkiem sytuacji, gdzie zdenerwowany do granic wytrzymałości ojciec uderzył swoje dziecko. Chłopczyk (na oko dwuletni) wyrywał się rodzicom, więc tatuś wziął go na ręce, po czym przełożył, zamachnął się z całej siły i dał dziecku soczystego klapsa, a trzask temu towarzyszący rozległ się po sklepie. Chłopczyk zaczął przeraźliwie płakać, a ojciec (nadal mocno wkurzony), powiedział do niego: "Uspokój się, bo następnym razem będzie jeszcze gorzej". Matka malucha nie zareagowała na wybuch agresji męża i było jej najzupełniej obojętnie, że synek wył z bólu. Odezwała się za to kobieta, która tak samo jak ja, widziała scenę z bliska:

Czy pan zwariował? Jak można bić takie małe dziecko?

  Ojciec nie zdążył odpowiedzieć, gdyż zrobiła to za niego żona:

- Co się pani wtrąca, to nie pani sprawa! Mój mąż jest najlepszym ojcem, ale czasem traci nad sobą panowanie, zresztą ma do tego święte prawo. Naszemu synowi nie dzieje się żadna krzywda!

  Podobno rodziców nie można oceniać po jednym geście, ale są wyjątki od tej reguły. I tym wyjątkiem było właśnie to smutne zdarzenie, a jego negatywną bohaterką została dla mnie matka chłopczyka. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak mogła bronić męża, zamiast solidnie go opieprzyć (ja bym tak zrobiła na jej miejscu). Czy na takie zachowanie jest jakieś usprawiedliwienie? Klaps był mocny, co było widać po reakcji dziecka oraz sile machnięcia ojca, także okoliczności łagodzących w tym przypadku nie ma. Każdy z nas ma słabszy dzień, a cierpliwość rodziców często balansuje na krawędzi wytrzymałości, lecz nie oznacza to, że mamy prawo wyżywać się na dzieciach. Maluchy są żywe, biegają, uciekają, psocą, niemniej jednak klapsy nie są żadną metodą wychowaczą. Szacunek do rodzica to jedna sprawa, natomiast strach przed nim to zupełnie coś innego. Jestem przeciwniczką "klapsowania" dzieci i być może oceniam zbyt pochopnie, ale ojciec, który używa siły w stosunku do syna, to nie jest dla mnie "najlepszy ojciec". Nie przeczę, że kocha swoje dziecko, po prostu niepotrzebnie podnosi na nie rękę. 

  Drogi tatusiu, klapsy naprawdę bolą...


zdjęcie- www.wdonna.it

Wszyscy jesteśmy hejterami

by 15:50
  Wydawało mi się, że limit na wpisy o hejcie został już wyczerpany, a jednak i ja się do niego dołączam. Opierałam się długo, ale po ostatnich ekscesach niektórych osób nie mogę przejść obojętnie wokół tego, co dzieje się w internecie. I bynajmniej rzecz nie odnosi się do mnie, bo jakimś cudem hejtowanie (poza małymi wyjątkami) omija mój blog. Poruszam tą kwestię wyłącznie z tego powodu, aby stanąć w obronie krytykowanej niesłusznie blogerki. Nie znoszę bowiem, gdy podcina się komuś skrzydła na samym początku jego drogi (obojętnie jakiej). A kiedy robią to inne blogerki, które w ramach solidarności powinny się nawzajem wspierać, tym bardziej się we mnie gotuje. Kto bowiem najczęściej i najgłośniej krzyczy o hejterach? No właśnie...

  Niedawno natknęłam się na pewnym forum na gorącą dyskusję, dotyczącą jednej z początkujących blogerek. Ze zdumieniem zaczęłam czytać, jakie to "dobre" rady dawały jej koleżanki "po fachu". Hejt lał się gęsto, na blogerce nie zostawiono suchej nitki i poradzono jej jak najszybciej zamknąć blogaska, ponieważ przynosi wstyd środowisku. Zarzucono jej każdy możliwy błąd, stronę zrównano z ziemią i zwyczajnie wyśmiano pisemne poczynania autorki. I nie zrobili tego czytelnicy, tylko niestety inne blogerki, które przecież tak mocno brzydzą się hejtem. Oczywiście w ich mniemaniu to konstruktywna krytyka wyrażona z klasą, natomiast w moim odczuciu było to chamskie trollowanie. Bez owijania w bawełnę i bez jakiejkolwiek litości dla debiutantki.

  Prowadzę bloga ponad dwa lata i staram się jakoś funkcjonować w tym hermetycznym i poniekąd dziwnym świecie. Przez ten czas zdążyłam wyciągnąć wnioski, posypać głowę popiołem i spokornieć, dlatego też wkurzyłam się na ten chamski, zmasowany atak. Z tego, co zauważyłam, musiało kogoś ruszyć sumienie, jako że wpis szkalujący blogerkę został usunięty, lecz niesmak pozostał i to duży. Nikt z nas nie jest blogową alfą i omegą, wszyscy popełniamy błędy, więc zamiast pastwić się nad biedną dziewczyną, lepiej zajrzeć do własnego ogródka i sprawdzić, czy nie szpecą go ortograficzne (lub stylistyczne) chwasty. Walczmy z hejtem, ale nie pozwólmy na to, aby ta walka obróciła się przeciw nam, bo łatwo jest przejść na drugą stronę barykady. Nie zapominajmy również o tym, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie, nawet w wirtualnej rzeczywistości.

  Zanim zatem zechcesz kogoś zhejtować, zastanów się dobrze, czy chcesz to zrobić, a jeżeli nie umiesz wytrzymać i świerzbi Cię ręką nad klawiaturą, masz konkretne wyjścia:

- skontaktuj się prywatnie z blogerką, którą zamierzasz strollować i napisz (w wyważonych zdaniach), czemu nie podoba Ci się jej blog

- skoro już robisz to publicznie, nie używaj wulgaryzmów, ani słów mogących zranić drugą blogerkę (najlepiej zajrzyj do słownika synonimów)

- postaw się na miejscu krytykowanej osoby (jakbyś się czuła, gdyby anonim napisał Ci, że jesteś kiepska w tym, co robisz?)

- weź pod uwagę fakt, iż żaden bloger to nie jest następca Bułhakowa i bliżej nam do prostoty E.L. James (niestety), niż do finezyjnych zwrotów największych pisarzy

- uśmiechnij się do życia, a nie rzucaj wokół mięsem (i to jest idealne rozwiązanie)

Proste, prawda :)?



www.designigniteschange.org
  

Nabita w pietruszkę

by 10:53
  Podobno od przybytku głowa nie boli. Akurat! W moim przypadku jest to nie tylko głowa, ale przede wszystkim żołądek. A wszystko za sprawą zwykłej, niewinnej pietruszki, która od wczoraj jawi mi się jako przekleństwo nr 1 i umieściłam ją na liście rzeczy zakazanych, przynajmniej przez następne pół roku. W życiu bym nie przypuszczała, że mogę zatruć się pietruszką, a tak się właśnie stało. Gaja dostała zaproszenie na urodziny przemiłego trzylatka pochodzącego z kraju, gdzie każde danie faszeruje się pietruszką, o czym niestety nie wiedziałam (bo prawdopodobnie bym się wymigała z imprezy). Chciałam posmakować nowych potraw i byłyby one naprawdę dobre, gdyby nie jedna sprawa- przesadzona ilość pietruszki w każdej z nich.

  Najpierw podano nam zupę pietruszkową, składającą się z wody, cebuli, kawałków mięsa i pietruszki. Później pani domu zaserwowała sałatkę pietruszkową ze znikomą ilością pomidora oraz pietruszkę owiniętą w liść winogronowy. Jakby tego było mało w daniu głównym oprócz ryżu i kurczaka można było znaleźć pietruszkę, zapewne dla urozmaicenia smaku. Kiedy na stole pojawił się tort, modliłam się o to, aby nie było w nim tej zielonej ohydy, która już zaczęła mi się przedstawiać jako największe świństwo w historii światowej kuchni. Na szczęście tort okazał się pyszny, więc trochę przysłonił mi pietruszkową gorycz i dziwaczny oddech. Krótko mówiąc, ziałam pietruszką niczym smok wawelski ogniem i żałowałam, że nie mogę przestać oddychać, bo bardzo by mi się to w tamtej chwili przydało.

  Mogłam co prawda oszczędzić sobie cierpień i nic nie jeść, ale nie chciałam obrazić gospodarzy, którzy napracowali się przy gotowaniu, zresztą byłam ciekawa nowych smaków. Pietruszka zresztą jest zdrowa i bynajmniej nie przypuszczałam, że się nią zatruję, a na sam jej widok będę uciekać w popłochu. Wracając do domu, zostaliśmy zaopatrzeni w dużą ilość pietruszkowych specjałów i Myster Pi zobowiązał się zjeść, aż do ostatniego listka. Ja zaś obiecałam jedno mojemu żołądkowi- trzymać się jak najdalej od pietruszki i nawet na nią nie patrzeć. Pech chciał, że prześladowała mnie w nocnych koszmarach, gdyż śniło mi się, że torturowano mnie pietruszkową herbatą. Obudziłam się zlana potem, uderzając w krzyk, a mąż, jak to on, zamiast mi współczuć, zaczął się ze mnie śmiać. "Trzeba się było nie obżerać"- wyjaśnił z miną niewiniątka, nie pamiętając o tym, że zjadł więcej ode mnie (a mimo to czuł się wyśmienicie). "Następnym razem powiedz, że masz uczulenie na pietruszkę"- powiedział i wrócił do spania.

  I gdy dzisiaj zaczęłam wracać do równowagi i wspominać wczorajszy, niezwykle miły dzień (wyłączając rzecz jasna pietruszkowy problem), mąż cały w skowronkach zadzwonił do mnie, by podzielić się radosną nowiną: "Szykuj się na następny weekend, dostaliśmy kolejne zaproszenie. Znajomi byli zachwyceni tym, że doceniliśmy ich potrawy i chcą przyrządzić nowe, których jeszcze nie jedliśmy". Zgadnijcie, co będzie ich głównym składnikiem?

  W ten oto sposób zostałam opętana przez zwyczajną pietruszkę. A poza tym atmosfera w domu państwa A. była wspaniała i spędziliśmy bardzo sympatyczny wieczór. Tylko pietruszka była jego niepotrzebnym dodatkiem. Mój żołądek odczuwa to do tej pory :).
  

zdjęcie- www.donnaclick.it

Blogotrąba blogosfery

by 10:08
  W blogosferze czas liczy się inaczej. Nie było mnie niecałe dwa tygodnie, a to podobno karygodne, jeśli chodzi o blogowanie. Kiedyś być może bym się tym przejęła, ale po dwóch latach pisania niewiele rzeczy jest mnie w stanie zaskoczyć i podnieść mi ciśnienie. Chciałam odpocząć od wpisów i nabrać potrzebnej energii, a poza tym miałam trochę spraw na głowie. Przedszkole Gai skutecznie odgoniło mnie od komputera, tak samo jak powrót do mojej ukochanej lektury ("Lalki" Prusa). Blog nie zając i nie uciekł, natomiast spadające statystyki mnie nie obchodzą. Najważniejsze jest to, że znowu mi się chce pisać. I to na całego!

  Tak się złożyło, że podczas mojej nieobecności zostałam nominowana przez 6 przemiłych blogerek do znanej i lubianej zabawy Liebster Blog Award. Nie jestem w stanie odpowiedzieć w jednym wpisie wszystkim dziewczynom (wybaczcie), dlatego wybrałam sobie kilka pytań dotyczących blogowego świata. Uprzedzam jednak, że nic odkrywczego nie napiszę, ponieważ już dawno temu odkryłam, że jest ze mnie zwyczajna blogotrąba i nic nie wiem na temat zasad panujących w świętej blogosferze. Pomimo tego bloguję, bo tak mi się podoba, zresztą nie mam innego wyjścia. Emigracja zmusza mnie do kreatywnego myślenia (optymistka!).

  A oto moje refleksje dotyczące bloga (i nie tylko):

Mama za miastem zastanawia się, skąd biorę inspirację do nowych wpisów?

Nic genialnego nie wymyślę- z życia. Na początku przygody blogowej opisywałam perypetie rodzinne, ale po kilkudziesięciu wpisach blog ewoluował. Poruszam trudne tematy, jak samotne macierzyństwo, bieda, czy moja "otyła" przeszłość, nie stronię też od lekkich historii, czego przykładem jest zabawna historia jednej z największych influencerek blogosfery- Poli Szynel.


Autorka bloga Na poziomie pyta, dlaczego zdecydowałam się blogować?

No cóż, tutaj również nie będę oryginalna- po prostu lubię pisać. Po urodzeniu mojej córeczki czułam, że muszę zacząć coś robić, żeby nie zatracić się w macierzyństwie i stanęło na blogowaniu. Przyznam, że nawet mnie to wciągnęło, choć miałam i momenty kryzysu blogowego (podobno dopada wszystkich). Nie żałuję tej decyzji, aczkolwiek 90 procent wpisów chętnie bym usunęła, bo nie da się ukryć, że pisałam bzdury. Zachowam je wszakże dla potomności, czyli dla Gai :).


Klaudia z bloga Niezłe Ziółko zapytuje, co daje mi blogowanie?

Wymiernych korzyści z blogowania nie mam żadnych i nie wygląda na to, aby coś w tej kwestii się zmieniło. Bardzo tego żałuję, ponieważ chciałabym zarabiać na czymś, co lubię robić, ale że chętnych do zapłaty brak, muszę obejść się smakiem. Brak sponsorów jest całkowicie wytłumaczalny- nie inwestuję w stronę, nie płacę za reklamę, nie mam szablonu za tysiąc złotych, no i nie pokazuję dziecka, a to argumenty trudne do obalenia. Oprócz tego blogowanie dało mi naprawdę dużo- poznałam wiele wspaniałych osób, z którymi utrzymuję wirtualny kontakt i nostalgia nie dokucza mi tak mocno, jak dawniej.


Współczesną Matkę Polkę ciekawi, czy pisałam wcześniej bloga?

Tak, podejmowałam nieśmiałe próby w blogowaniu, ale zawsze coś stało na przeszkodzie, aby kontynuować pisanie. A to praca, a to przeprowadzka, aż w końcu zostałam mamą i to dało mi potężnego kopa do działania. 

I na koniec Kaloshka, którą interesuje, w jakim miejscu chciałabym się znaleźć za dwa lata odnośnie blogowania?

Naturalnie na piedestale blogosfery:). Całkiem zaś poważnie, to uznałabym za sukces fakt, iż jeszcze będzie mi się chciało blogować z tym samym entuzjazmem, co na początku.


  A nie mówiłam, że blogotrąba ze mnie?

  Tradycyjnie powinnam wytypować blogi, niemniej się wyłamię i nikogo nie nominuję. Zadam za to trzy pytania odnośnie blogowania i gdyby ktoś miał ochotę na nie odpowiedzieć, może to zrobić w komentarzu. Z góry dziękuję!

1. Początkujący bloger pyta Cię o radę. Co mu odpowiesz?

2. Zapraszają Cię na Blog Forum Coś Tam, gdzie masz wygłosić prelekcję na temat blogowania. Czy przyjmiesz wyzwanie?

3. Na tymże forum spotykasz guru blogosfery Kominka. Podchodzi do Ciebie i prosi o wspólną fotkę (inne blogerki pękają z zazdrości). Jak na to reagujesz?



zdjęcie- www.waltergianno.it

Cicha bohaterka

by 15:46
  Nie znałam jej dobrze. Nigdy nie zamieniłam z nią ani słowa, a mimo to wiedziałam o niej dużo. Bo ludzie gadali. Pasjami opowiadali, jak to spieprzyła sobie życie i musiała uciekać z rodzinnego miasta. W ich słowa pobrzmiewała niemała satysfakcja, której w żaden sposób nie dało się ukryć. Nic przecież nie cieszy bardziej, niż niepowodzenia bliźnich, tak dziwnie skonstruowany jest człowiek.

  Do mnie wieści dotarły za sprawą sąsiadki Cebea (nosiła taki pseudonim z racji tego, że była największą plotkarą na osiedlu i na każdego miała haka). Spotkałam ją w sklepie, gdzie z dziką wręcz rozkoszą zaczęła swoją tyradę na jej temat:

-Wie pani- pochyliła się nade mną konspiracyjnie- ta, co teraz wyszła ze sklepu, ta nowa spod siódemki, puściła się z żonatym i zapłaciła za to, tupeciara. Została sama i wychowuje bękarta, a kochanek zerwał z nią wszelkie kontakty!

  Spojrzała na mnie zachwycona, widocznie oczekując pochwał za poranną porcję złośliwości. Niestety, trafiła na mało podatny grunt, bowiem nie uśmiechało mi się obgadywać nieznajomej osoby.

-Pani Halino- powiedziałam- mamy 21 wiek i takie sprawy nikogo już nie szokują. Poza tym nieładnie mówić bękart o dziecku, wstydziłaby się pani. Dziecko nie jest niczemu winne i nie może odpowiadać za błędy rodziców. 

  Zostawiłam zszokowaną sąsiadkę Cebea i poszłam do domu, myśląc po drodze o tym, jak ludzie potrafią być wredni. Samych siebie umieją rozgrzeszyć w sekundę, lecz jeśli chodzi o innych, nie są już tacy łaskawi. Nie jestem święta i mam wiele rzeczy na sumieniu, ale wyrazu "bękart" nie ma w moim słowniku.

  Kilka dni później, wyciągając listy ze skrzynki pocztowej, poznałam osobiście nową sąsiadkę. Okazała się bardzo sympatyczna i szybko nawiązała się między nami nić porozumienia. Przedstawiła mi swojego synka- ślicznego i rezolutnego Michałka, który z absolutnie boską powagą obwieścił mi, że jest prawie dorosły, bo właśnie skończył pięć lat. Chłopczyk podbił moje serce i stałam się częstym gościem mieszkania nr 7. Jego mama wychowywała go sama, a jej historia miłosna niczym się nie różniła od milionów podobnych historii. Po prostu źle ulokowała uczucia.

  Zakochała się od pierwszego wejrzenia w przystojnym muzyku. Uczucie trwało krótko, acz intensywnie i skończyło się na wiadomość o ciąży. Ukochany porzucił ją bez skrupułów i oświadczył, że nie da złapać się na dziecko. Przyznał się również do tego, że ma żonę i dwie córki, a ona była dla niego tylko przygodą, odskocznią od rutyny. Wtedy widziała go po raz ostatni.

  Dla dobra dziecka postanowiła się nad sobą nie rozczulać, tylko wejść w rolę matki z podniesioną głową. Kiedy urodził się Michałek, przyrzekła sobie, że zrobi wszystko, aby nie odczuwał braku ojca. Dzięki pomocy rodziców udawało jej się zapewnić chłopcu godne dzieciństwo. Stał się dla nie całym światem i motorem napędowym do działania. Była samotną matką, lecz nie lubiła siebie tak nazywać. O wiele bardziej odpowiadało jej określenie "samodzielna matka".

  Nie uciekła z miasta, jak sugerowali lokalni plotkarze. Znalazła lepszą pracę, która wiązała się ze zmianą miejsca zamieszkania, więc się przeniosła kilkadziesiąt kilometrów dalej. A to, że o niej gadano, niezbyt ją obchodziło. Już dawno temu uodporniła się na plotki.

  Michałek rósł jak na drożdżach, od dwóch miesięcy chodził do przedszkola, a ona była pewna, że wkrótce nastąpi to, czego tak bardzo się bała, czyli zaczną się pytania na temat ojca. I rzeczywiście, pewnego dnia synek usiadł przy niej na kanapie i zapytał: "mamo, czemu ja nie mam tatusia?". Nie była w stanie wyznać mu prawdy i odpowiedziała wymijająco, że tatuś jest daleko. To mu na szczęście wystarczyło i temat ojca został zamknięty. Odetchnęła z ulgą, ale czuła się parszywie, chociaż nie miała wątpliwości, że wróci do tej rozmowy w nieokreślonej przyszłości.

  Nie lubiła wielkich słów. Koleżanki często mówiły, iż ją podziwiają, gdyż tak świetnie zajmuje się Michałkiem, ona zaś uważała, że nic specjalnego nie robi. Nie znosiła też być postrzegana jako ofiara i biada temu, kto uważał jej dziecko za gorsze. Z dumą mówiła o sobie, że jest samodzielną matką, a jej synkowi nie brakuje miłości. Dla mnie jednak była kimś więcej- cichą bohaterką codzienności, zasługującą na najwyższe uznanie, jak każda samotna matka. Bo macierzyństwo to cholernie trudne zadanie, zwłaszcza te w pojedynkę...


www.123rf.com

Matka Wybitnie Wkurzająca Razy Pięć

by 17:40
Ciężko jest być mamą! Bywamy ledwo żywe, to prawda. Nie śpimy po nocach i rano wyglądamy jak lunatyczki, to też się zgadza. Demonizujemy istotę macierzyństwa i często powtarzamy, że poświęciłyśmy się dla dobra dziecka. Nie są nam straszne encyklopedie wiedzy i zdrowia, a na temat chorób dziecięcych spokojnie możemy napisać doktorat. Wiemy, co w trawie piszczy i kojarzymy większość bohaterów kreskówek, chociaż oficjalnie nasze dzieci nie oglądają bajek. Znamy się na zdrowej żywności i przemycamy do diety wyłącznie to, co sugerują specjaliści, zaś czekolada oraz inne słodkości lądują w koszu na śmieci. Nasze maluchy czytają książki, uczą się powyżej przeciętnej, a na placu zabaw są grzeczne i nie biegają. To aniołeczki!

Każda z nas popełnia błędy, to nieuniknione. Chcemy dla dzieci jak najlepiej, lecz czasem to "chcieć" obraca się przeciwko nam i zwyczajnie dajemy "ciała". Tak naprawdę bliżej nam do jednej z pięciu typów matek nieidealnych, niż do chodzących doskonałości. A jakie to typy, przekonaj się sama, droga mamo, być może odnajdziesz wśród nich siebie, jak ja to zrobiłam. Bo w gruncie rzeczy wszystkie jesteśmy do siebie podobne, czyż nie?

1. Matka Wymęczona

Uwielbia podkreślać, że poświęciła się dzieciom, zrezygnowała dla nich z kariery i jedynym jej celem jest bycie matką. Od rana do wieczora biega po domu, sprząta, wyprawia dzieciaki do szkoły i nawet nie ma czasu napić się kawy, ponieważ zawsze jest coś do roboty. Najchętniej sama sobie przyznałaby medal za zasługi na polu macierzyństwa, a aureola nad jej głową jest bardzo widoczna, niestety jedynie dla niej. Macierzyństwo postrzega jako ofiarę i jest przekonana, że odpocznie za jakieś 20 lat, gdy potomstwo dorośnie i się wyprowadzi. Oby, bo bezrobocie jest duże, a mieszkania są coraz droższe...


2. Matka Wszechwiedząca

Dla Matki Wszechwiedzącej istnieje tylko jeden autorytet- ona sama. Bogatą wiedzę czerpie z życia, nie uznaje żadnych świętości i jest w stanie kłócić się nawet z pediatrą, bądź nauczycielem. Nie przyjmuje do wiadomości, że jej dzieci nie są święte i z lubością stosuje bezstresowe wychowanie. Na inne matki spogląda z politowaniem i próbuje przekonać je do zmiany stanowiska. Niebezpieczna dla otoczenia, zwłaszcza dla swoich dzieci. Z góry zakłada, że nie ma ludzi nieomylnych, rzecz jasna oprócz niej. No i może Boga.


3. Matka Wystraszona

Typ panikary, boi się własnego cienia. Wystarczy, że dziecko lekko zakaszle, a od rana wydzwania do lekarza, aby umówić się na wizytę. Gdy w nocy maluch się poruszy, odchodzi od zmysłów i boli ją serce. Nie pozwala dziecku biegać, gdyż się spoci i przeziębi, skakanie też jest niebezpieczne, bo można sobie nogi połamać, a o rowerze syn (lub córka) niech lepiej zapomni. Strach o dzieci towarzyszy jej ciągle, więc trzyma je pod kloszem i wychowuje na maminsynków. Nic to, że koledzy się śmieją, w końcu zdrowie psychiczne matki jest najważniejsze.


4. Matka Wyrocznia

Arkana macierzyństwa nie mają przed nią tajemnic, ponieważ namiętnie czyta poradniki, a do roli matki przygotowywała się na długo przed zajściem w ciążę. Jest przezorna, chętnie śledzi nowe trendy w modzie wózkowej i jeszcze chętniej doradza innym mamom, co powinny zrobić, kiedy dziecko płacze, ma kolkę, czy ząbkuje. Kupuje niezbędne dziecku gadżety, z których zdarza się jej nie korzystać, ale warto je mieć, gdyż tak napisano w poradnikach. A te są dla niej ważniejsze od Biblii, w końcu opierają się na faktach. I na wskaźnikach sprzedaży, ale o tym woli nie pamiętać. 


5. Matka Wyluzowana

Czy dziecko się przewróci, czy złamie sobie rękę, Matce Wyluzowanej jest to obojętne. Jej maksyma to zero paniki i wiele swobody, toteż nie ogranicza wolności dzieci, które mogą prawie wszystko. Matka zawsze je wytłumaczy i znajdzie rozwiązanie, jako że człowiek najlepiej uczy się na błędach. Co z tego, że przeklinają, przejdzie im, nie ma problemu, kiedy biją rówieśników, gdyż muszą nauczyć się bronić. Telewizję mogą oglądać do późnych godzin wieczornych, bo matka powinna mieć trochę wolnego na przejrzenie fejsa. Nie przejmuje się nawet złymi ocenami dzieci, w myśl zasady, że i tak przejdą do następnej klasy. A jeśli nie przejdą, to świat im się nie zawali. Ambicje już tak. 
  

A jaki typ matki zdarza się Tobie reprezentować?



zdjęcie- www.digilander.libero.it

Zła nauczycielka

by 15:57
  Szkolne czasy...Chciałoby się do nich wrócić, prawda? Usiąść w ławce, posłuchać ulubionego nauczyciela, uzupełnić zeszyt, pogadać na przerwie z koleżankami...Większość z nas wspomina szkołę z rozrzewnieniem i łezką w oku, czego nie mogą pojąć młodsze pokolenia. No bo jak można tęsknić za "budą" i nauką, to wręcz niepojęte. Za kilkanaście lat zrozumieją, że można, ponieważ szkolne lata to chyba najpiękniejszy okres w życiu człowieka. 

  Na mnie szkoła podstawowa odcisnęła nie całkiem pozytywne piętno, aczkolwiek magicznych chwil przeżyłam dużo. Giną one jednak pośród szyderstw i pogardy, której doznałam ze strony rówieśników. Od pierwszej klasy podstawówki byłam nieustannie pod ostrzałem wyśmiewających się ze mnie kolegów i dostałam przyśpieszoną lekcję dorastania. Nie mam im jednak tego za złe, bowiem dzieci, mimo że ranią świadomie, nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co czynią. Dorośli natomiast dobrze wiedzą, jak ich jawna niechęć może zaszkodzić, a i tak nie mają oporów przed poniżaniem dzieci. To naganne, zwłaszcza gdy prześladującym okazuje się być nauczyciel. 

  Pani E. uczyła mnie wuefu i to z jej powodu nienawidziłam ćwiczyć. Traktowała mnie gorzej, ponieważ byłam "tłusta i leniwa", więc (w jej przekonaniu) niezdolna do tego, by nauczyć się najprostszych ćwiczeń. Już od pierwszej lekcji zaczęła się na mnie wyżywać i znieważać na oczach kolegów z klasy. Nigdy nie nazwała mnie po imieniu, nieustannie rzucała aluzje na temat mojej wagi i nie pamiętam, aby kiedykolwiek się uśmiechnęła. Potrafiłam biegać i skakać, lecz nie robiłam tego zbyt szybko, a nauczycielka rozpaczała nad sobą, czemu musi uczyć takie grubaski. Obrzydziła mi wuef, skądinąd fajny przedmiot, ale przede wszystkim spowodowała, że moje poczucie wartości (i tak niskie), spadło do zerowego poziomu. 

  Uczyłam się bardzo dobrze. Zbliżał się koniec roku szkolnego i wychowawczyni poinformowała mnie, że po raz drugi zostanę uhonorowana odznaką "wzorowego ucznia" (nie muszę pisać, ile takie wyróżnienie znaczy dla dziecka). Wszystko było już zapięte na ostatni guzik, do wakacji pozostało niewiele czasu, a ja odliczałam dni do uroczystego apelu. Na tydzień przed wręczeniem świadectw dowiedziałam się, że "wzorowy uczeń" jednak mnie ominie. Pani E. oznajmiła, że za żadne skarby świata nie da mi czwórki z wuefu, bo w jej odczuciu zasługiwałam na niedostateczny. Nie pomogły interwencje wychowawczyni, moich rodziców oraz niektórych nauczycieli. Nauczycielka wuefu pozostała nieugięta. Do dziś mam przed oczami jej triumfującą twarz. 

  Wtedy coś we mnie pękło. Wiedziałam, że pani E. zrobiła to z premedytacją, gdyż dla niej byłam nikim. Miałam nadwagę i to był wystarczający powód, żeby zrobić sobie ze mnie kozła ofiarnego. Na wuefie zawsze starałam się być aktywna i uczestniczyć w grze, ale nauczycielka wiecznie była niezadowolona z moich osiągnięć. Trójka, którą łaskawie mi postawiła na świadectwie, była ciosem w samo serce i długo nie mogłam się z tego otrząsnąć. Na szczęście po wakacjach pani E. przestała uczyć wuefu, ponieważ została dyrektorką szkoły (za wielkie zasługi na polu edukacyjnym).

  Siedmiolatki, ośmiolatki itd nie umieją sobie poradzić z problemem wagi. Są za małe, aby na poważnie zacząć się odchudzać i trzeba im pomóc w etapie trudnej akceptacji. Dobry nauczyciel potrafi uczynić cuda i nauczyć dziecko stanąć na głowie, nawet jeśli jest grube. Dobry nauczyciel traktuje uczniów równo i nie szydzi z dziecka w jego obecności. Dobry nauczyciel podnosi morale uczennicy, a nie zaniża oceny, żeby zrobić jej przykrość. Dobry nauczyciel nie stosuje przemocy psychicznej!

  Niedawno przypadkiem na jednym z portali społecznościowych ukazała mi się twarz byłej nauczycielki. Pani E. na swojej stronie pisała, jakie to budujące, że po trzydziestu latach uczniowie nadal o niej pamiętają i ślą wyrazy uznania za pracę i poświęcenie. Nie ci, których wspomnienia są pełne rys i pęknięć...



zdjęcie- www.corriere.it

Dlaczego Gaja nie została złapana w sieć?

by 09:01
  W listopadzie Gaja skończy trzy lata. Rozwija się prawidłowo, jest energiczną, sympatyczną i śliczną dziewczynką, a ja najchętniej pokazałabym ją całemu światu. Nie zrobię tego jednak, ponieważ wraz z mężem postanowiliśmy nie upubliczniać zdjęć Gai ani na fejsie, ani gdziekolwiek indziej (wyjątkiem jest tych parę fotek na blogu, na których nie widać jej twarzy). Powodów tej decyzji jest kilka:

1. Przede wszystkim szanuję prywatność córki. Nie wiem, czy byłaby zadowolona z tego, że wrzucam jej zdjęcia do sieci. Jako matka mam prawo o tym decydować, ale wolałabym, żeby Gaja wyraziła na to zgodę. Naturalnie teraz nie da rady mi odpowiedzieć, więc poczekam jeszcze dobry kawał czasu, zanim zrozumie, co w necie piszczy.

2. Zdjęcia, które publikujemy, łatwo można ukraść. Nie jestem w stanie kontrolować internetu, więc nie mam pojęcia, czy buzia mojego dziecka nie zostanie wykorzystana do niecnych celów. Przyswojenie sobie czyjegoś zdjęcia jest przestępstwem, lecz złodziejów internetowych to jakoś nie rusza, bo kradną fotki na potęgę.

3. Nie chcę, by Gaja już od najmłodszych lat stała się obiektem krytyki i polewką dla hejterów. Internetowi trolle nie odpuszczają nawet dzieciom i są w stanie wytknąć najmniej widoczną wadę, aby tylko dokopać rodzicom. Kluseczka jest dla mnie najpiękniejsza na świecie i nie pozwolę zniszczyć jej samooceny frustratom, którzy lubią się wyżywać na najsłabszych.

4. Pedofilów w sieci jest co niemiara i nie mam najmniejszej ochoty podawać im ofiarę na tacy. To fundamentalny argument przeciw temu, by Gaja pozostała anonimowa i nie była "inspiracją" dla żadnego parszywego zboczeńca. Jestem świadoma tego, że i na placu zabaw może pojawić się amator małych dzieci, ale potrafię przypilnować Gaję i ustrzec ją przed złem. Wirtualna rzeczywistość nie daje mi natomiast takiej mocy.

5. Mimo że blog pisany jest z myślą o Gai i należy do kategorii "rodzicielskich", to staram się dawkować informacje o życiu córeczki. Wynika to z faktu, że blog stał się bardziej uniwersalny i nie ogranicza się jedynie do perypetii związanych z byciem matką. Z tego też powodu sądzę, że zdjęcia Gai na blogu są po prostu zbędne.

  Wpis ten nie powstał dlatego, by krytykować matki, które pokazują w internecie zdjęcia swoich pociech. Każdy robi to, co uważa za stosowne i nikogo nie osądzam. W zdjęciach dzieci zresztą nie ma nic złego, to zachowanie niektórych jednostek jest skrajnie niebezpiecznie. A jako że przezorna ze mnie osoba, wolę dmuchać na zimne i chronić przed internetowym życiem moją małą Gaję. Zdaję sobie sprawę z tego, że w przyszłości portale społecznościowe staną się dla niej chlebem powszednim i nie zabronię jej korzystania z netu. W granicach rozsądku rzecz jasna, bo umiar jest dobry we wszystkim.



zdjęcie- www.laleggepertutti.it

Po ci mi ten cały fanpejdż?

by 15:20
  Wszyscy blogerzy mają fanpejdż, muszę mieć i ja, postanowiłam sobie któregoś pięknego dnia. Wszak blog bez fanpejdża to wstyd i w ogóle zacofanie, jak mogłam o tym nie wiedzieć? Po roku blogowania, bijąc się z myślami (na co, po co i po kiego) zrobiłam to jednak i mój osobisty fanpejdż zadebiutował w wirtualnym świecie. Czy było warto?

 O fanpejdż trzeba dbać, niczym o wypielęgnowaną pupcię niemowlęcia, inaczej przepadnie pośród trylionów podobnych stron. Należy go promować, jak margarynę Rama i solidnie płacić za reklamę, albo zasięgi spadną do kilku procentów. Wypada także żebrać (o zgrozo) o lajki i zachęcać licznych znajomych do polubienia naszego skromnego fanpejdża (im bardziej będziemy natrętni, tym większe prawdopodobieństwo, że kumple dają lajka, abyśmy się w końcu od nich odczepili). Można też spamować u popularnych blogerów z nadzieją, że zauważą nasze poczynania i łaskawie nas polubią (płonna to wprawdzie nadzieja, ale warto ją mieć). A kiedy już się naprodukujemy z promocją, powinniśmy zrobić coś z treścią, czyli wrzucać na fanpejdż efektywne (bądź nie) wpisy. Mało kogo przecież obchodzi to, co pojawia się na blogu. Fp jest o wiele ważniejszy!

  W pewnym momencie dałam się nabrać na magię fanpejdża i wydawało mi się, że wraz z nim moje blogowanie osiągnie prawdziwy wymiar. Nic bardziej mylnego, bo odkąd założyłam ten cholerny fp, odczuwam natrętną presję, żeby publikować na nim posty, zdjęcia lub cokolwiek. Wcześniej tylko pisałam bloga, a teraz muszę się wysilać, by ktoś po drugiej stronie dał mi upragnionego lajka. I to zaczyna mnie irytować, ponieważ przez ponad rok żyłam bez polubień i blog jakoś się rozkręcał, a ja byłam zadowolona. Dzisiaj natomiast czasem się wkurzam, gdyż lajki, zupełnie jak euro, jakoś do mnie nie ciągną. Dobrze rozumiem, że żaden blog nie jest wyznacznikiem wartości bloga, lecz znikoma ich ilość powoduje moją (od niechcenia) irytację. Z tego właśnie powodu chciałabym wrócić do korzeni, zlikwidować fejsa i blogować bez obciążeń. Powstrzymuje mnie na razie pewność, z jaką znawcy tematu trąbią o jednym: bez fanpejdża przepadniesz. Serio?

  Do niedawna to fanpejdż był dodatkiem do bloga, dziś zaś blog stał się dodatkiem do fanpejdża. Zabiegając o ilość lajków zapominamy o tym, co jest rzeczą najistotniejszą w blogowaniu, a mianowicie treść. Tworzymy kręgi "kilkutysięczniaków" i z politowaniem patrzymy na te smutne fanpejdże, co to nie mogą nawet dojść do pierwszej setki. Spoglądamy na innych blogerów przez pryzmat lajków i szeregujemy ich do grona przeciętniaków. Kreujemy wyimaginowany świat nie tylko zresztą na fejsie, lecz na wszystkich możliwych portalach. Bo to przyszłość, wykrzykują eksperci, sukces bez mediów społecznościowych jest nieosiągalny, a jeśli chcesz być poważnym blogerem, nie masz wyjścia, musisz być wszędzie. Ja ograniczyłam się jedynie do posiadania fanpejdża, ale przestało mnie to kręcić. 

  Po co w takim razie nadal się nad tym zastanawiam, zamiast skasować fp i mieć go z głowy? Bo jako osoba w gorącej wodzie kąpana, paradoksalnie nigdy nie idę na żywioł. Być może fanpejdż będzie sobie tu wisiał, być może skasuję go jutro. Blogować nie przestanę, lecz nie zamierzam być uzależniona od społecznościówek. Nie na fejsie odbywa się życie i nie w necie siedzi moje dziecko. Poza tym znam blogi, które funkcjonują bez fanpejdży i znakomicie sobie radzą. Zresztą, uwielbiam być w opozycji, zwłaszcza do mody wszelakiej:).

  A jakie jest Wasze zdanie na temat posiadania kont na Facebook'u, Instagramie, Snapie, czy gdziekolwiek? Chętnie je poznam.


zdjęcie- www.villasirina.it
P.S. Słowo fanpage zostało spolszczone z premedytacją.

Poranny blogowskaz Poli Szynel

by 16:15
  A to cwana bestia- pomyślała Pola Szynel, czytając nowy wpis na blogu Boskiej Matki, która po raz kolejny wezwała ją do bezpośredniej konfrontacji. Pola nie rozumiała, o co jej może chodzić, bo już dawno odniosła się do niefortunnej wypowiedzi z ByeBloggers, a nawet przeprosiła wszystkie wrażliwe mamy, co jak na nią było wielkim wyczynem. Nie miała jednak najmniejszej ochoty uczestniczyć w debacie na temat matek blogerek i nie zamierzała się pojawiać w telewizji. Dobrze wiedziała, że Boska Matka pożre ją żywcem, zresztą zaproszenie do dyskusji przyjęły inne popularne blogerki z paręstringów, ostrzące sobie zęby na Polę- Matka Wojująca Aktywistka, Matka Poniekąd Furiatka, Matka Przegina, Matka Kierowniczka, Matka Wyrodna i najgorsza z nich wszystkich- Matka Joanna od Bachorów. O nie, nie dam im tej satysfakcji- buntowała się Pola- rozerwą mnie na strzępy tymi swoimi nieżyciowymi argumentami. Z jedną z nich czy dwiema dałabym sobie radę, lecz gwardii wkurzonych mamusiek nie pokonam. Dodatkowo ma tam być znana psycholożka Dorota Zawadiacka, która na pewno mnie wyśmieje, a na to nie mogę sobie pozwolić. Nie idę i koniec.

  Tak też się stało. Z żalem, gdyż debata na oczach milionów widzów mogła być dla niej prawdziwą promocją, Pola zrezygnowała z uczestnictwa w programie, o czym poinformowała opinię publiczną na swoim blogu. Nie dam rady, moje kochane, jako że tego samego dnia dostałam zaproszenie do Trupałenu i nietaktem z mojej strony byłoby pójście do konkurencji- przekonywała swoje fanki. Trochę się zagalopowała, ponieważ nigdzie się nie wybierała i nie przypuszczała, że ktoś to podłapie i zrobi z tego sensację. Kiedy jej wielbicielki przeczytały wpis, rozpowszechniły go z szybkością błyskawicy i w krótkim czasie wszyscy dowiedzieli się, że autorka Majstajla będzie w Trupałenie. I co ja teraz zrobię- denerwowała się Pola, która nie miała chodów w telewizji, więc nie mogła się tam tak po prostu wkręcić- sama się wkopałam w telewizyjne bagno, zatem sama muszę się z tego wyplątać. Zrobią ze mną wywiad, jakem Pola Szynel!

  Nie namyślając się długo, napisała maila do redakcji Trupałenu, dołączyła do niego potrzebne linki i zareklamowała się tak ładnie, że i największy spec od autopromocji nie miałby nic do gadania. Po kilkunastu minutach napiętego oczekiwania dostała upragnioną odpowiedź od producenta, który bardzo chętnie zgodził się na rozmowę z tak znamienitą blogerką. Chciał co prawda umówić się na inny termin, ale Pola, mająca niebywałą siłę perswazji, zdołała go przekonać, że jej propozycja spotkania jest idealna, bowiem pokrywa się z debatą u konkurencji. Zasugerowała też temat rozmowy- Blogowanie okiem wybitnej influencerki lajfstajlowej, po czym pojechała na szoping, by godnie się zaprezentować na wizji. 

  Następnego dnia rano udała się do telewizji i z ważną miną przekroczyła jej próg. Ochroniarz stojący przed gmachem budynku chciał ją zatrzymać, lecz Pola poruszała się jak wielka gwiazda (którą w istocie się czuła). Zbliżywszy się, prawie krzyknęła: "Proszę mnie przepuścić, bo poniesiesz kontrowersje" i pomachała ochroniarzowi przed nosem jakimś papierkiem. Była to zwyczajna wizytówka Majstajla, lecz przedstawiciel ochrony o tym nie wiedział, więc wpuścił Polę, kłaniając się jej w pas, gdyż wolał nie zadzierać z tak wpływową damulką.

  W studio Pola od razu poczuła się jak w domu. Producent przedstawił jej prowadzących i wyjaśnił, jak będzie przebiegać rozmowa, niemniej Pola opracowała sobie własny plan. Nie dam się im przegadać- szydziła- skoro już tu jestem, to wykorzystam moje pięć minut i przeciągnę je do dwudziestu. 

  Pola nie była ani wykształcona, ani specjalnie inteligentna, nie brakowało jej natomiast sprytu i pewności siebie przekraczającej wszelkie granice. Weszła w świat blogerów z tupetem, albowiem szybko pojęła, że dla szarych myszek nie ma tam miejsca. Traktowała wyniośle każdego- od zwykłego zjadacza chleba po wielkie szychy, ponieważ takie zachowanie zjednowało jej szacunek otoczenia. Brak kompleksów spowodował, że i na dziennikarzy Trupałen patrzyła niejako z politowaniem, a ironii na jej twarzy nie dało się ukryć. Krótko mówiąc, postanowiła im pokazać, że nie jest byle kim.

-Dzień dobry państwu- powitał widzów prowadzący, Marcin Prototyp- wraz z Magdą Matołek będziemy się dziś zajmować tematem, który jest na czasie, a mianowicie blogowaniem. Naszym gościem jest pani Pola Szynel, znana w siecie pod własnym nazwiskiem. Pani Polu, proszę...

-Przede wszystkim chciałam powiedzieć, panie redaktorze- przerwała rozgniewana Pola- że piszę blog pod moim nazwiskiem, jak szanowny redaktor raczył zauważyć, ale nie podał pan jego nazwy, a to jest wysoce nieprofesjonalne! Majstajla, drodzy widzowie, szukajcie mnie jako Majstajla!

-Dojdziemy i do tego- wtrąciła Magda Matołek, znana z chłodnego podejścia do gości. Tym razem jednak trafiła kosa na kamień, gdyż Pola nie dała się wytrącić z równowagi i nie pozwoliła redaktor Matołek dokończyć zdania. Gadała i gadała, opowiadając o blogowaniu, zarabianiu i karierze, a za przykład kobiety sukcesu podała oczywiście siebie. Para prowadzących nie miała innego wyjścia, jak słuchać jej paplaniny, a producent programu przecierał oczy ze zdumienia. To niemożliwe- myślał- pierwszy raz spotykam się z czymś podobnym, trzeba będzie zatrzymać tę małą, to istne telewizyjne zwierzę!

-I jak, Zdzichu- Pola zwróciła się do niego po wygłoszeniu swojego monologu- dałam radę, co? Ale tych redaktorów to masz daremnych, zero profesji, rozczarowałam się. 

  Producent Zdzisław Szczypior nie odpowiedział, jako że wpadł mu do głowy pewien pomysł. Czemu by nie spróbować- rozważał- potrzebna nam nowa krew, a ta Szynel nadaje się do tej roli idealnie.

-Pani Polu- powiedział- mam dla pani ofertę nie do odrzucenia. Może pójdziemy na kawę i omówimy szczegóły?

  Podczas rozmowy producent Szczypior nie szczędził Poli komplementów i zaproponował jej, aby w "Poranku z Trupałen" zajmowała się codziennym przeglądem prasy. Pola zgodziła się bez wahania, lecz nie byłaby sobą, gdyby nie postawiła producentowi warunków:

-Przeglądem prasy parać się nie będę, bo nie czytam gazet i nic mnie nie obchodzi, o kim piszą. Tym niech się zajmie jakiś dziennikarzyna, a ja wolałabym poprowadzić kącik o blogowaniu. Jestem przekonana, że stanie się kultowy!

  Producent przystał na żądania Poli. Niedługo po ich rozmowie w "Poranku z Trupałen" zadebiutował nowy cykl- Poranny blogowskaz Poli Szynel i czołowa blogerka kraju została (jak sama siebie nazywała) miłą panią z telewizji. Celem programu była promocja ciekawych blogów, lecz cwana Pola promowała przede wszystkim Majstajla, a inne blogi gdzieś przy okazji. Może o tym świadczyć pierwszy odcinek blogowskazu:

  Moi kochani Szynoholicy, witam was w moim nowym programie. Od dzisiaj będę robiła dla was przegląd blogosfery i będzie on tak interesujący, że szelki opadną wam z wrażenia. Jak wiecie, Boska Matka zarzuciła na mnie sidła i od ukończenia ByeBloggers rozpuszcza o mnie plotki. Jej tekst "Dietetyczne Ozory jedzą same matoły, czyli blogosfera pod rządami ciemnej masy Szynel" to stek głupot i kłamstw na mój temat. Boska Matka wmówiła wszystkim, że zaatakowałam paręstringi, co jest piratalną bzdurą. Cóż mogę poradzić na to, że nic nie zrozumiała z moich słów i źle je zinterpretowała? Narobiła niepotrzebnego zamieszania, nastawiła do mnie wrogo połowę blogosfery i z tego powodu Rozmarynek umieścił mnie na swojej słynnej liście Najbardziej Obciachowych Blogerów minionego roku, a pewien portal uznał mnie za nieprzyjaciółkę matek! Dziwne to, ponieważ mam zamiar polecać wam przede wszystkim blogi z paręstringów, gdyż w kochanych mamusiach jest wielki potencjał! 

  Cztery blogi, o których teraz wam opowiem, są mi naprawdę bliskie, aczkolwiek niemiłosiernie przez nie cierpiałam. Spiskowały bowiem z Boską Matką, choć tak wiele mi zawdzięczają. Niejeden raz ciepło się o nich wypowiadałam, a nawet posłałam im zapas ozorów firmy Wątróbka, a dziewczyny nie doceniły moich starań i nagadały wszem wobec, że ozorki zrujnowały ich zdrowie (trzeba było się nie objadać). Ja jednak nie jestem pamiętliwa i z czystym sumieniem chciałabym polecić wam autorki blogów Bób and Brandy, Babskie Pianie, Matka na Orbicie i Antyradykalistka. Zaglądajcie do nich, bo to wielkie nadzieje blogosfery i przyszłość paręstringów. I nie obawiajcie się- nie znajdziecie tam tekstów szkalujących moją osobę, ponieważ szanowne blogerki są na tyle szlachetne, że na pewno usuną niewygodne dla mnie wpisy. Dajcie im szansę!

  Paręstringi to nie tylko Boska Matka i oderwany od rzeczywistości mejstrim! To także, a może przede wszystkim, blogi szczere i nie nastawione na zarabianie i współprace. Wymienię tutaj autorki, które depczą po piętach sławom i za niedługo będzie o nich głośno- Cyberniaki, Fikuśna Etażerka, Nie te Pszczółki, Kaczka z Elementarza i Gnuśne Bąble to blogi rozwojowe, gdzie każdy z was znajdzie coś dla siebie. Wiem, że ich nazwy są trochę nie ten teges, ale nie zniechęcajcie się, drodzy czytelnicy. I pamiętajcie- w paręstringach jest moc i chyba nikt ponownie nie zarzuci mi, że Pola Szynel drwi z blogów rodzicielskich, zwłaszcza Boska Matka. Dziękuję za uwagę!
 
  Boska Matka po wysłuchaniu programu Poli była zmuszona skapitulować. Jej ataki na Majstajla nie miały już racji bytu, skoro Pola zajęła się promowaniem blogujących mam. I o to właśnie chodziło Poli, gdy tak zachęcająco reklamowała paręstringi. Przywrócono ją do łask i zwrócono honor, a atakujące ją blogerki zaprzestały się mścić. Teraz miały inny cel- marzyły o tym, żeby Pola i je wypromowała, ponieważ jej kącik w Trupałenie miał wysoką oglądalność. Ambitna Pola nie była tymczasem usatysfakcjonowana, pełniąc tak skromną rolę w telewizji i coraz częściej myślała o zmianie klimatu. Spoglądała na Magdę Matołek, za którą nie przepadała od pamiętnego wywiadu i zdecydowała się wygryźć ją ze stanowiska. Dziennikarką nie jestem- kombinowała spokojnie- ale zrobię wszystko, by prowadzić Poranek w Trupałen. Szczypior ma do mnie słabość, a ja zawsze zdobywam to, czego pragnę. Poza tym sława blogowa to dla mnie za mało i chcę być prawdziwą gwiazdą!
 
  Czy Poli uda się strącić ze stołka Magdę Matołek? O tym przekonacie się, ogladając Trupałen od poniedziałku do piątku w godzinach rannych :).



zdjęcie- tedxbarcelonawomen.com

Poprzednie odcinki znajdziecie, klikając etykietę Pola Szynel, a jakże.

Urzędniczka z piekła rodem

by 18:11
  Włoska biurokracja nie ma sobie równych, wiem o tym od dawna. Z tego właśnie powodu nie cierpię latać po urzędach i niczego załatwiać, bo za każdym razem, gdy to robię, dostaję palpitacji i rozrywa mnie od środka. Tak było i dzisiaj, kiedy udałam się do tutejszego oddziału NFZ, by wyrobić nową Kartę Zdrowia (poprzedniej niedawno upłynęła data ważności). Nic bardziej prostego, wydawałoby się. A jednak! Nie życzę nikomu takiej obsługi, jaką nam dzisiaj zgotowała urzędniczka przez duże "U". Do tej pory się trzęsę na myśl o tej babie. Ale po kolei.

  Wstałam skoro świt, żeby szybko pojawić się w NFZ i jeszcze szybciej stamtąd wyjść. Myster Pi oczywiście mi towarzyszył, ponieważ niektóre urzędnicze zwroty są dla mnie niezrozumiałe, zatem mąż u boku w takich sytuacjach dodaje mi pewności siebie. Gdy weszliśmy do oddziału, nie minęła nawet minuta i już przyszła nasza kolej. Rozsiedliśmy się wygodnie, powiedziałam o co chodzi, na co "miła" urzędniczka odpowiedziała mi, że nic nie może zrobić, bo takie rzeczy wydają w Urzędzie Skarbowym. Zgłupiałam, Myster Pi również, niemniej prędko ochłonął i zapytał panią, co ma wspólnego Karta Zdrowia ze skarbówką? Według urzędniczki bardzo dużo, gdyż jestem Polką i dlatego tam muszę rozwiązać problem. Pozbieraliśmy się i pojechaliśmy na drugi koniec miasta, gdzie odesłano nas z powrotem do NFZ. Facet, który nas przyjął, stwierdził bez ogródek, że pani z urzędu musi być wczorajsza, jeśli plecie takie farmazony od rana.

  Kiedy urzędniczka ponownie ujrzała nas w drzwiach, uśmiechnęła się szyderczo i mruknęła coś pod nosem, czym tak mnie rozsierdziła, że miałam ochotę jej nagadać. Opanowałam się z trudnością i zostawiłam "przyjemność" konwersacji pokojowo nastawionemu Mysterowi Pi. Babsko przejrzało moje dokumenty, lecz nic to nie dało, jako że brakowało najważniejszej rzeczy- zaświadczenia z Urzędu Pracy, niezbędnego do wystawienia mi Karty Zdrowia. Zdumiałam się po raz kolejny i zaczęłam się głośno zastanawiać, jak to możliwe, że z powodu jednej, głupiej karty musimy latać od Annasza do Kajfasza? Urzędniczka stwierdziła, że tylko wdraża przepisy, a te trzeba bezwzględnie respektować, poza tym musi znać powód, dla którego ja, obywatelka innego państwa, żyję w Italii. Myślałam, że jest to rzeczą oczywistą dla wszystkich- mam męża Włocha, wychowujemy córeczkę i chyba nie potrzebuję się z tego nikomu tłumaczyć. Okazało się jednak, że tak, bo Myster Pi według urzędniczki nie jest wystarczającym motywem dla mojego pobytu na włoskiej ziemi. Poszliśmy więc do Urzędu Pracy po zaświadczenie i wróciliśmy z nim po godzinie, ku zadowoleniu jadowitej baby.

  Gdy zobaczyła dokument, wydawała się wreszcie usatysfakcjonowana, toteż wklepała dane do komputera i oświadczyła, że Kartę Zdrowia owszem, mi wyrobi, ale tylko na sześć miesięcy, więc za pół roku będę musiała starać się o następną. Na szczęście do pokoju weszła inna urzędniczka, która widząc moją zdesperowaną minę, spytała o co chodzi. Oświadczyłam, że biegamy od jednego końca miasta do drugiego, ponieważ jej koleżanka życzy sobie różnych zaświadczeń i papierków, a chcemy jedynie odnowić starą kartę. Pani wyjaśniła mi, iż jeśli posiadam Kartę Stałego Pobytu, nie muszę nic więcej przynosić, bo na jej podstawie wydawane są obcokrajowcom nie mającym obywatelstwa, inne dokumenty. Kartę Stałego Pobytu mam od samego początku i nawet zaprezentowałam ją niemiłej urzędniczce, lecz dla niej nie była miarodajna i poleciła ją schować. Moim zdaniem zrobiła to z premedytacją, gdyż bawiło ją to, że lataliśmy jak kopnięci po urzędach. Ten typ tak ma.

  Urzędniczka wyparła się tego, że przedstawiłam jej Kartę Stałego Pobytu, mimo że Myster Pi był naocznym świadkiem. Nigdy w życiu nie napisałam żadnej skargi, albowiem szanuję ludzi, którzy pracują, a wygląda na to, że chyba za niedługo nastąpi ten pierwszy raz. Kobieta świadomie wprowadziła mnie w błąd, chociaż dobrze wiedziała, że mam potrzebne papiery. Przez nią straciłam kilka cennych godzin, zaś Gaja w każdym z urzędów stawała się coraz bardziej marudna. Jestem ufna i mam wiarę w ludzi, ale nie pozwolę się traktować jak śmiecia, tylko dlatego, że zamieszkuję półwysep Apeniński. Nie wiem, jakie były pobudki tej baby i czy miały one cokolwiek wspólnego z rasizmem, lecz nic innego nie przychodzi mi do głowy. Jak można być tak złośliwym, powiedzcie mi? Nie zostawię tak tego, to wiem na pewno.


zdjęcie- www.vogliovivere.net

Czy leci z nami maluch?

by 14:33
  Wakacje trwają w najlepsze, a podróżujących samolotami ogarnia coraz większa panika. Wszystko przez matki, które mają czelność wchodzić na pokład z małymi dziećmi. No jakże to! Zakłócać spokój współpasażerów jest rzeczą niewybaczalną i podlega pod paragraf, tak uważa pani Zosia, posiadająca Złotą Kartę Klienta linii Rajon. Ani się człowiek wyspać nie może, ani odprężyć, ani nawet pogadać z sąsiadką zajmującą fotel obok, bo te charakterne bachory wieczne się wydzierają! Zawału przy nich idzie dostać, a już bezwzględnie stresów i wypieków na twarzy. A przecież pani Zosia po wyjściu z samolotu chce wyglądać szykownie, ponieważ będzie na nią czekał pan Marian spod szóstki, więc nie wypada się jej zbłaźnić. Zresztą pani Zosia ma wobec pana Mariana dalekosiężne plany i nie mogą ich popsuć wojażujące upiorniaki, dzieciaki znaczy.

  Z tego właśnie powodu pani Zosia, gorąco popierana przez dwie inne emerytki- panie Halinę i Teresę, postanowiła zaprotestować przeciw podróżującym matkom i stworzyła barwny postulat dotyczący bezstresowego lotu i niechcianych krzyków. Postulat ten wysłała do wszystkich linii lotniczych w kraju i gdyby nie przeszkoda w postaci braku jakichkolwiek zdolności lingwistycznych, nie miałaby oporu powiadomić i zagraniczne kampanie. O amerykańskich zaś nie myślała, gdyż uważała, że tak postępowy naród już dawno wydał zakaz wprowadzania dzieci do lat trzech na pokłady samolotów. W końcu światli Amerykanie zawsze są do przodu i za to ich ceniła.

  Jeśliby można było się dogadać z matkami, pani Zosia nie pisałaby żadnych listów. A tak niestety została do tego zmuszona, albowiem matki dzieci okazały się bezczelne i nie przyjmowały rad doświadczonych kobiet. A pani Zosia tylko grzecznie napomknęła, słysząc płaczące dziecko, że chyba lepiej dać mu cyca, niż słuchać tego okropnego wrzasku. I co ją spotkało w odwecie? Pełne nienawiści zdanie: "Proszę się nie wtrącać, sama wiem najlepiej, co zrobić". Podczas innego lotu pani Zosia wygłosiła śmiałą tezę na temat zbawiennej skuteczności smoczka, lecz matka kilkuletniej dziewczynki zwyczajnie ją wyśmiała. Trzeba przy tym zaznaczyć, że pani Zosia zrobiła to w sposób nader cywilizowany, bo była z niej niezwykle kulturalna kobieta. Nie znosiła jedynie dzieci (nie tylko w samolotach) i nic na to nie mogła poradzić.

  Przed każdym niemal lotem pani Zosia w panice rzucała się w najodleglejsze miejsce, optymistycznie sądząc, że matki wraz z dziećmi się tam nie zapuszczają. Srodze się myliła, gdyż jak na złość, ciągle miała do czynienia z uciążliwymi maluchami. Była zmuszona oglądać wymiotujące dziecko, a kiedy zobaczyła matkę przebierającą niemowlakowi pieluchę, miarka się przebrała. Zawiadomiła kapitana, który upomniał ją, aby nie stwarzała kłopotów na pokładzie, jako że inaczej zostaną podjęte "drastyczne kroki". Pani Zosia przez cały lot nie mogła otrząsnąć się z szoku i po wylądowaniu samolotu natychmiast udała się do kierownictwa Rajon, by wysmażyć skargę na niegodziwego kapitana. Jakież było jej zdziwienie, gdy jego przełożeni, zamiast go zwolnić, dali mu podwyżkę i pochwalili za "empatyczne podejście do matek". Na wieść o tym pani Zosia zrozumiała, że nie ma innego wyjścia, jak ułożyć postulat, zmienić prawo i zablokować matkom wejście do samolotów.

  Na odpowiedź linii lotniczych nie musiała długo czekać. Nie była ona długa i brzmiała mniej więcej tak:

Rozpatrzyliśmy pani skargę i uznaliśmy, że nie ma pani racji. Małe dzieci to pełnoprawni pasażerowie (tak samo, jak pani) i bardzo się cieszymy, że możemy je gościć na naszych pokładach. Jednym słowem, pani pomysł to utopia. Łączymy wyrazy szacunku, bla, bla bla...

  A niech się sami utopią- poskarżyła się Zosia panu Marianowi, któremu zwierzyła się ze swoich problemów. Na co pan Marian, mający troje uroczych wnuków, zerwał z panią Zosią wszelkie kontakty. 

  Jaki z tego morał?

  Droga pani Zosiu, więcej tolerancji! Podróż samolotem z małym dziecku u boku do łatwych nie należy, a pasażerki takie jak pani, swoimi kąśliwymi uwagami tylko ją pogłębiają. Dzieci mają to do siebie, że płaczą, zwłaszcza w nowych dla nich sytuacjach, dlatego też lepiej zamilczeć, niż powiedzieć za dużo. Poza tym zawsze można skorzystać ze słuchawek na uszy, albo z prywatnego jeta :).



zdjęcie- travel.fanpage.it

P.S. Wpis powstał pod wpływem rozmowy ze znajomą, której podróż samolotem uprzykrzyła ostatnio pasażerka kubek w kubek podobna do pani Zosi. A że mam podobne doświadczenia, nie pozostało mi nic innego, jak to opisać.

ByeBloggers i przełomowa teza Poli Szynel

by 15:38
-Spokój! Proszę o ciszę!- Pola Szynel starała się przekrzyczeć stadko niefrasobliwych blogerów, którzy pojawili się na ByeBloggers, ale nikt jej nie słuchał. Obrała więc inną strategię, o wiele bardziej skuteczną.

-Panie Wszechmogący- zwróciła się bezpośrednio do słynnego blogera, plotkującego jak gdyby nigdy nic z autorką bloga Paróweczki- nie wypada, żeby akurat pan siał tutaj zamęt! Na blogu jest pan idealny aż do bólu, lecz to widocznie pozory. Cóż, rozczarował mnie pan, skoro nie szanuje pan pracy innych osób!

  Wszechmogący zaczerwienił się jak burak i wydukał nieśmiałe przeprosiny, za to luskusowa autorka z Paróweczek ostentacyjnie zaczęła przeglądać swojego smartfona. Na pewno wisi na Sznapsie- skonstatowała Pola- dziadostwo to takie, że szkoda gadać, niemniej jednak muszę je zareklamować. Zapłacili dobrze, zatem postaram się, aby reszta blogerów poszła moim śladem i też założyła sobie Sznapsa. Jestem mistrzynią manipulacji i potrafię wmówić ludziom wszystko.

  Tak rozmyślając, Pola wróciła do rewolucyjnego (w jej mniemaniu) wykładu na temat przyszłości blogosfery, a że uwielbiała przemawiać, jej prelekcja przeciągnęła się do późnych godzin wieczornych. Kiedy wreszcie zeszła z podium, obok niej pojawili się liczni wielbiciele, chcący sobie zrobić z Polą zdjęcie, podać jej rękę, czy zamienić kilka słów. Pola była tym zachwycona, gdyż uwielbiała status blogerskiej celebrytki i chętnie się w nim pławiła.

-Spokojnie- powiedziała do rozochoconych blogerek- znajdę czas dla każdego! Jestem taka sama, jak wy, moje drogie. Nie wywyższam się z tego powodu, że zrobiłam karierę, zawsze będzie ze mnie dziewczyna z sąsiedztwa!

  Mówiąc to, spojrzała od niechcenia w stronę autorki Bób and Brandy, która właśnie przeprowadzała wywiad z jakimś blogowym ważniakiem. Pola nie mogła jej wybaczyć tego, że nie zgodziła się zostać jej rzeczniczką prasową i nie chciała wystąpić w tej roli na ByeBloggers, czym istotnie pokrzyżowała ambitne plany założycielki Majstajla. Odmówić mi, to tak jakby odmówić samemu Szpylbergowi, albo innemu Tarantulowi, kurka wodna. Oj, narobię jej koło pióra i jeszcze się przekona, że nie było warto rezygnować z tak wyjątkowego zadania. Szepnę tu i tam, że nazwała się Brandy, a whisky pije i zobaczymy, na czyje wyjdzie! Takie rozczarowanie, to nie do pomyślenia- dumała Pola, cierpliwie pozując do zdjęć.

  Inne blogerki z paręstringów również srogo zawiodły Polę. Matka na Orbicie na pytanie, czy nie pomogłaby koleżanki z Bób and Brandy zwerbować jako rzeczniczkę odpowiedziała, że to nie jej sprawa, zresztą stara się niczym interesować, bo woli mieć święty spokój (no wiecie co!). Oburzona Antyradykalistka zasypywała Polę skargami na temat szkodliwości Dietetycznych Ozorów, ponieważ jej teściowa się nimi zatruła. Najwidoczniej przesadziła- uważała przygnębiona Pola- i za dużo ich zjadła, a teraz ma do mnie pretensje. A czy to moja wina, że szanowna teściowa lubi się obżerać? Na przyszłość niech Antyradykalistka wyraźnie mnie słucha i wyciąga rzeczowe wnioski. Ciągle powtarzam na blogowych iwentach do moich wiernych fanów- nie dzielcie się, a nie będziecie mieć problemów. To moje życiowe motto.

  Blogerka z Babskie Pianie także zaszła Poli za skórę. Najpierw piała z zachwytu oraz zakładała grupy na fejsie, a później udawała, że rzecz jej nie dotyczy i nie chciała na ByeBloggers rozdawać ulotek i wizytówek Majstajla. Inni za taką robotę daliby się pokroić- smuciła się Pola- a przedstawicielki paręstringów okazały się naprawdę wybredne. Ozorki im posyłać, laurki im wystawiać, a nadal im mało. Zero wdzięczności i ani grama pokory.

  Nie powinno więc nikogo dziwić, że wystąpienie Poli było wymierzone przeciw blogom rodzicielskim. Wywołała tym wielki skandal i spore poruszenie wśród blogujących matek, które nazwały ją zdrajczynią i namawiały do bojkotu Majstajla. Tym akurat Pola najmniej się przejęła, bowiem jako stara wydajaczka wiedziała, że hasło "nieważne, jak mówią, ważne, żeby mówili" w blogosferze sprawdza się znakomicie. Rozgłos i sławę kochała zaś Pola miłością absolutną, toteż było jej najzupełniej obojętnie, co tam te paręstringi wygadują. W kuluarach opowiadała komu popadnie, że blogerki rodzicielskie nic nie zrozumiały z jej boskiego wykładu, a nawet dokonały nadinterpretacji, a ta, jak wiemy, wiecznie stwarza niesnaski. Aby przekonać się, kto ma rację, przytoczymy fragment expose Poli na temat szkodliwości pisania bloga przez matki:

Matki prowadzące bloga to nie jest normalne zjawisko! Kto się zajmuje dziećmi, kiedy one piszą? Pozostawię to bez komentarza! Kto karmi dzieci, gdy siedzą sobie na portalach i umieszczają tam zdjęcia pociech? To również pozostawię bez komentarza! Kto bawi się z tymi biednymi maluchami, gdy matki lansują się na imprezach i pozują na ściankach? To jest patologia, drodzy państwo! Dlatego też, z pełną mocą mojego autorytetu i całą świadomością moich wpływów oświadczam, że dla mnie paręstringi nie istnieją! Co więcej, dzisiaj wrzucę do siecie hasztag- bojkotujmyparęstringi i spodziewam się odzewu z waszej strony! Bo to nie może tak być, żeby matki olewały własne dzieci przez internetowe wypociny, których i tak nikt nie czyta!

  Gdyby Pola wiedziała, że na jej słowa zareaguje królowa parentingu- słynna Boska Matka, na pewno nie wywołałaby afery. Tymczasem nie przejmowała się zagrożeniem, czyhającym na nią z serca blogosfery i kontynuowała swą podróż po ByeBloggers. Bilans spotkania był dla niej zdecydowanie korzystny- to o niej najwięcej pisano, to z nią robiono sobie niezliczoną ilość selfie i to jej przemówienie okazało się przemołowe. Gdy dzień po zlocie Pola zobaczyła na fanpejdżach innych blogerek swoją fascynującą twarz, uśmiechała się z satysfakcją, szczęśliwa z kolejnej zwycięskiej potyczki. Nie przypuszczała, że za niedługo będzie musiała bronić się przed atakami Boskiej Matki, która miała nie tylko znakomitą pamięć, ale przede wszystkim wyjątkowe pióro, a przed jej ciętymi ripostami drżały największe blogowe asy. Nie doceniła jednakże sprytu przeciwniczki, bo nie z takimi influencerkami Pola sobie radziła. Jednym słowem- będzie się działo!


zdjęcie- www.milionkobiet.pl

Poprzednie części można znaleźć w stopce, klikając etykietę "Pola Szynel".

W domu, czyli gdzie

by 11:52
  Wróciliśmy... Powrót okazał się wyjątkowo trudny, bo jak cieszyć się z tego, że wraca się do miejsca, którego nie uważa się za swój skrawek na ziemi? Ostatnie tygodnie były intensywne i okraszone nieustającą radością, a dzisiaj przygniotła mnie włoska rzeczywistość. Co mnie tutaj czeka? Od dłuższego czasu moje życie w Genui jest przewidywalne aż do bólu i znam na pamięć rozkład każdego dnia. Już dawno powinniśmy się stąd wynieść, ale zawsze coś stoi na przeszkodzie i jeśli nie podejmiemy drastycznych kroków, niewątpliwie oszaleję. Jedynie Gaja trzyma mnie w ryzach, zresztą gdyby nie ona, uciekłabym, gdzie pieprz rośnie, a może nawet i dalej. Emigracja wysysa ze mnie szczęście, coraz bardziej mnie przytłacza i nigdy nie pogodzę się z tym, że obie nasze rodziny są tak daleko. Kocham i zarazem nienawidzę Italię...

  Status zwykłej kury domowej również nie pomaga uporać mi się z bolączkami, ponieważ pragnę w końcu wyjść z tych przeklętych garów. Chciałabym pracować i spełniać się zawodowo, lecz i na to nie mam (póki co) szans. Od września Gaja idzie do nowego przedszkola i teoretycznie mogłabym iść do pracy, tylko problem w tym, że raczej nikt mnie nie zatrudni. Nie mam bogatego CV, a na rozmowach kwalifikacyjnych zwykle się kompromitowałam i nie wyobrażam sobie przechodzenia podobnych męk w języku włoskim. Stanęłam więc w martwym punkcie i nie wiem, jak wyjść z tego egzystencjalnego impasu. Nie tak dawno byłam pochłonięta wyjazdem (który minął, jak z bicza strzelił), natomiast najbliższe miesiące nie zapowiadają nic nowego. I to mnie niesamowice wkurza, gdyż nie tak zaplanowałam sobie włoskie dolce vita...

  Wizyta w Polsce po dwóch latach nieobecności wpłynęła na mnie zdecydowanie pozytywnie, choć odniosłam wrażenie, odwiedzając rodzinny dom, że nic się tam nie zmieniło i nie mogło minąć aż tyle czasu, odkąd mnie tam nie było. A jednak! Nie zdążyłam praktycznie nic zrobić, ani odwiedzić nielicznych znajomych, bo priorytetem byli dla mnie najbliżsi. Gaja przystosowała się do otoczenia w okamgnieniu i chętnie bawiła się z kuzynami. Myster Pi po raz kolejny zauważył (jak zawsze, będąc w Polsce), że moglibyśmy zapuścić tu korzenie i zacząć poszukiwania, ale znowu skończyło się na pustych rozważaniach. Gdy zatem pojawiliśmy się w naszej samotni, miałam ochotę wyć z żalu. Od ponad roku bierzemy sprawę w nasze ręce i od ponad roku nie zrobiliśmy nic, aby zakończyć przygodę ze (skądinąd niezwykłą) stolicą Ligurii. Tak, wiem, jestem niewdzięczna, bowiem mieszkam w raju, mam morze na wyciągnięcie ręki i mogę się obżerać włoską pizzą i innymi rarytasami. Przy takich atrakcjach tęsknota to pikuś...

  Na razie chroni mnie pancerz marzeń, lecz tu i ówdzie się dziurawi, osiada kurzem i blaknie. Kiedy go zabraknie, zgasi się we mnie nadzieja na poprawę losu. Mam piękną córeczkę, kochającego męża i jestem szczęśliwa, ale się nie rozwijam. Nie robię nic dla siebie, nie idę do przodu i nie umiem sobie poradzić z pustką, która mnie otacza. Cierpię na brak ambicji, nie mogę odnaleźć sensu czegokolwiek i tkwię ciągle w tym samym miejscu. Znowu odliczam dni do następnej podróży i pocieszam się tym, że kiedyś wrócę do kraju. A tymczasem trwam...






Obsługiwane przez usługę Blogger.