Nieznane wspierają!

by 31 stycznia
  Tak, moi kochani, minął dokładnie rok, odkąd zanudzam Was wpisami i nie mam najmniejszego zamiaru przestać. Powiem więcej- rozkręcam się, mimo że niejednokrotnie miałam ochotę rzucić w diabły pisanie i wynieść się z wirtualnego świata. Nie zrobię tego jednak, ponieważ lubię blogować i to się już chyba nie zmieni. Był czas, gdy blog przysłaniał mi wszystko i czułam presję wrzucania wpisów, ale na szczęście mi przeszło. Zrozumiałam bowiem, że z nikim się nie ścigam, a blog to moja przestrzeń i o tym, kiedy coś opublikuję, decyduję tylko ja. Nie znoszę pisać na siłę i wbrew sobie, niemniej czasami się temu poddawałam, bo nie chciałam być w tyle. Natomiast dzisiaj, po roku intensywnego blogowania mogę stwierdzić z całą stanowczością, że wolę pozostać sobą i robić to, co uważam za słuszne, niż poddawać się panującym trendom. Mogę również z jeszcze większą stanowczością stwierdzić inną rzecz, a mianowicie, że początkującym blogerem bardzo ciężko jest się wybić.

  Zdarzało mi się posyłać moje wypociny do rozmaitych zestawień, ale zawsze z miernym skutkiem. Oprócz postu na temat alkoholizmu (usunęłam go z bloga), który opublikował znany portal, nikt więcej tego nie zrobił. Na początku strasznie mnie to bolało, przyznaję, lecz później doszłam do wniosku, że nie ma się czym przejmować. Wpisów przecież nie wybierało gremium składające się z krytyków literackich tudzież poetów, lecz była to subiektywna decyzja jednej osoby. Jej święte prawo odrzucić mój tekst, gdyż nie każdemu musi się podobać to, o czym piszę, tak samo jak ja nie akceptuję wszystkiego. Zawrzało we mnie jedynie raz- około pół roku temu wysłałam notkę do kogoś, kto miał polecać niszowe blogi. Myślałam, że może wreszcie dostanę szansę, a okazało się, że został wypromowany wpis z bloga mającego ponad 200 tysięcy wyświetleń i prawie 2 tysiące fanów na fejsbuku. Jak więc konkurować z takim gigantem, powiedzcie mi? Czemu ci popularni wszędzie się wciskają, chociaż wcale nie muszą? W konfrontacji z nimi jestem maciupeńka i nigdy się przez nich nie przebiję, nawet jeśli napiszę poruszający tekst. Dlatego też wpadł mi do głowy pewien pomysł.

  Ideę podsunęła mi (nieświadomie) Sara z Muffin Case, która prowadzi na swoim blogu cykl "Blogs In", gdzie co jakiś czas reklamuje ciekawe posty, podrzuca linki i zachęca do czytania. Niedawno wspomniała o mnie i tym samym dodała mi skrzydeł, podobnie jak inne blogerki- Pani Rolnik, Matka Na Szczycie i Antyterrorystka, którym serdecznie dziękuję za miłe słowa. Postanowiłam nie być gorsza i zainicjować akcję mającą na celu pomoc początkującym blogerom i umożliwienie im dotarcie do większej liczby czytelników. Ogłaszam zatem, że za niedługo na blogu zadebiutuje nowa seria:

Nieznane wspierają!

  Swoim skromnym zasięgem pragnę wesprzeć początkujących autorów i udostępnić im miejsce na blogu. Poczynając od lutego, w pierwszy i ostatni czwartek kolejnego miesiąca będę promowała nieznanych blogerów, polecając ich posty lub stronę. Jeśli masz coś ciekawego do powiedzenia i potrafisz pięknie to ująć w słowa, nie wahaj się i napisz do mnie. Jeśli sądzisz, że nic nie zyskasz, reklamując się u mnie, weź pod uwagę to, iż blog nie jest martwy, a ilość komentarzy powinna Cię w tym istotnym fakcie utwierdzić. Mój funpage również nie powala, lecz jest dosyć aktywny, w przeciwieństwie do niektórych (wydawałoby się) prężnie działających kilkutysięczniaków i dużo się tam dzieje. No i najważniejsze- mam nadzieję, że nie będę działać sama i do akcji przyłączą się dwa blogi, które zostaną moimi wspólnikami w promocji. Mogłabym poprosić o przysługę kilka fajnych dziewczyn, lecz nie chcę się narzucać, toteż czekam na propozycje od blogerów z podobną liczbą odwiedzin. Nie ukrywam, że bardzo mi na tym zależy i spodziewam się paru ofert owocnej współpracy. Pamiętaj, że w jedności siła, a pomaganie innym to naprawdę fajna sprawa:). Reasumując:

-Masz chrapkę na darmową reklamę? Wyślij mi maila wraz z kawałkiem tekstu lub linkiem na adres sabicate@gmail.com

-Masz skłonności altruistyczne i chęć przyłączenia się do akcji Nieznane wspierają!? Wyślij mi maila na adres sabicate@gmail.com

-Masz w głębokim poważaniu moją małą inicjatywę? Siedź cicho i nic nie wysyłaj!


  Oczywiście biorę pod uwagę opcję, że odzew może być zerowy, a wtedy pomysł umrze śmiercią naturalną. Ufam jednak, że tak się nie stanie i już w przyszły czwartek pomogę komuś przedostać się przez rozległy blogowy gąszcz. Nie trzeba spełniać żadnych durnych warunków, lajkować, czy wklejać bannerów, tylko podesłać mi interesującą notkę (tematyka jest nieistotna). Myster Pi zobowiązał się do zrobienia plakatu operacji Nieznane wspierają!, ale najpierw muszę poznać nazwiska udziałowców, o ile się pojawią:). Z niecierpliwością oczekuję na maile i zapraszam do wzięcia udziału w zabawie!






 

 

O sobie samej

by 26 stycznia
  Obiecałam światu (czytaj mężowi), że wraz z nadejściem nowego roku przestanę się niepotrzebnie złościć i popracuję nad charakterem, ale wcale nie jest mi łatwo dotrzymać słowa. Wszystko przez to, że przedszkole Gai nieprzerwanie serwuje nam "przeziębieniowy" stres, a ja powoli wychodzę z siebie. Nie mam jednak zamiaru ponownie zastanawiać się, dlaczego rodzice ciągle przyprowadzają chore dzieci do przedszkola, gdyż i tak nie uzyskam zadowalającej odpowiedzi, a poza tym nie chcę wylewać zjadliwej żółci. W zamian za to przygotowałam kilka faktów o sobie samej, mniej lub bardziej durnych, którymi (z różnych przyczyn) dotąd się nie chwaliłam. Oto parę ciekawostek z mało spektakularnego, lecz szczęśliwego i ułożonego życia autorki bloga:

1. Nie posiadam prawa jazdy i raczej się to nie zmieni. Nie potrafię prowadzić, nie nadaję się do tego, a za kierownicą siedzę jak na jajcach. Myster Pi parokrotnie podejmował próby nauczenia żony ujarzmienia samochodu, lecz z wysoce miernym skutkiem (delikatnie prawiąc). Gdyby nie jego zimna krew, prawdopodobnie niejeden raz wylądowałabym na drzewie lub przydrożnym słupie. Po moich kaskaderskich wyczynach mąż stwierdził z absolutną pewnością, że na jego pomoc nie mogę więcej liczyć. Szczerze mówiąc mam to gdzieś, bo widząc śmigające skutery i chaos na włoskich drogach, ostatnią rzeczą, o której myślę, jest ściganie się z wariatami.

2. Przygodę z edukacją zakończyłam na poziomie szkoły średniej, ponieważ zabrakło mi motywacji do dalszej nauki. Studiowałam co prawda najpierw pedagogikę resocjalizacyjną, ale szybko mnie ten kierunek znudził, by później przenieść się na kulturoznawstwo, lecz okazało się to jeszcze głupszym rozwiązaniem. Kiedy bowiem przekonałam się, że i tam nie da mi spokoju romantyczna "spółka" Słowacki-Mickiewicz razem z ich podniosłą twórczością, niezwłocznie się stamtąd wyniosłam. Dzisiaj wiem, że to była jedna z najgłupszych decyzji, jakie kiedykolwiek podjęłam i bardzo żałuję, że nie uzyskałam dyplomu. Może na starość pójdę na Uniwersytet Trzeciego Wieku, a na razie wystarczy mi to, że Myster Pi był tak pilnym studentem. Jest wykształcony za nas oboje, co powtarzam zawsze, gdy chcę dodać sobie animuszu.

3. Mam słabość do szpilek na niebotycznych obcasach, tymczasem odkąd mieszkam w Genui, stały się dla mnie obuwiem zakazanym. Od prawie czterech lat schody zabierają mi kobiecy pierwiastek i nie jestem tym faktem zachwycona, niemniej mając do wyboru seksowny wygląd czy sprawne kończyny, wolę to drugie.

4. Dawno temu pojechałam na randkę w ciemno aż na Sycylię i do tej pory nie ogarniam, jak mogłam być tak beztroska. Co sobie pooglądałam, to moje, aczkolwiek nie polecam nikomu takiej formy zalotów.

5. Języka włoskiego nauczyłam się sama, oglądając teleturniej "L'eredita". Siedząc na załamującym bezrobociu, zapragnęłam jakoś spożytkować te przydługie wakacje i udowodnić innym, że "chcieć to móc", więc zaczęłam wkuwać. Kształcenie się zajęło mi trzy lata i przyniosło dużo satysfakcji, nie tylko osobistych, lecz również zawodowych, bo dzięki znajomości włoskiego wreszcie podjęłam pracę.

6. Uwielbiam złotą erę Hollywood i wielkie gwiazdy kina tamtych czasów, a za najwspanialszą filmową parę uważam Vivien Leigh i Clarka Gable'a. Nikt nie przebije Scarlett i Rhetta!

7. Byłam zatrudniona w Call Center i to chyba najgorsza praca, jaką wykonywałam. Terror psychiczny, wieczna presja i nieustanne pretensje klientów spowodowały, że zamieniłam się w kłębek nerwów. A gdy do tego dodać nieprzyjemną atmosferę i szefową z piekła rodem, nie ma się czemu dziwić, że długo tam nie wytrzymałam.

8. Nie umiem się malować, co przyznaję ze wstydem. Na szczęście w razie potrzeby są od tego makijażystki, z których pomocy chętnie korzystam. Na wesele siostry jedna dziewczyna tak mnie odpicowała, że zdumiony Myster Pi nie przestawał mi się przyglądać. Dopiero po ślubie miał odwagę wyznać, iż nie spodobałam mu się wymalowana, bo przypominałam mu jego groteskowe kuzynki. Cóż, przynajmniej na kosmetykach zaoszczędzimy.

9 . Nie cierpię żółtego sera i sam jego widok przyprawia mnie o mdłości, a czasem nawet o wymiotny odruch. Myster Pi jest tym mocno zdegustowany, ponieważ jest wielkim amatorem każdej odmiany sera i mógłby go jeść na okrągło.

10. Nie czytałam żadnej książki Kominka. Amen!

Ambiwalentnie, czyli po włosku

by 22 stycznia
  Od paru dni żyję w biegu. Wszystko za sprawą przedszkola, które spowodowało, że wreszcie ruszyłam swoje szlachetne "cztery litery" i zaczęłam regularną bieganinę. Zimą zawsze robię się zasiedziała i kiedy nie muszę, to nie wychodzę, ale skończyły się czasy cudownego lenistwa. Nie narzekam jednak, bo mam nadzieję, że to latanie z góry Genui na dół w końcu przyniesie wymierne korzyści i będę mogła się cieszyć szczuplejszą sylwetką. Może za parę miesięcy zostanę boginią seksu, kto wie? Na razie czuję się jak stara klępa, ponieważ zakwasy dają o sobie znać, a ukochana i styrana skórzana kurtka ledwo co się na mnie dopina. Chyba znowu przybyło mi w biuście, chociaż staram się trzymać diety i nie podjadać, więc w sumie nie wiem, jak to możliwe. Boję się, że moje staniki zaraz zaczną przypominać spadochrony, do rozmiarów których i tak powoli się zbliżają, a subtelna bielizna nadal pozostaje w sferze nieosiągalnych pragnień nieco zdesperowanej tym faktem mamy.

  Godziny spędzone z dala od Kluseczki dłużą mi się niemiłosierne i nie mogę sobie znaleźć nigdzie miejsca, zatem staram się wykorzystać czas, produkując się w kuchni. Wczoraj postanowiłam upiec szarlotkę, która wizualnie udała mi się idealnie i z tego powodu byłam z siebie niezwykle dumna. Chciałam zrobić niespodziankę mężowi, bo przepada za moimi wypiekami, ale po raz pierwszy wyszła mi kulinarna katastrofa. Zamiast cynamonu przez nieuwagę posypałam na jabłka czerwoną paprykę, a skutek był taki, że uczulony na nią Myster Pi zrobił się czerwony jak burak i wychodziły z niego siódme poty. "Chcesz mnie zabić"- zdołał wykrztusić rozeźlony, po czym wziął sobie jakieś magiczne antidotum, a ja musiałam wyrzucić szarlotkę do kosza. Później solidnie przesoliłam zupę, lecz żeby jej nie wylać, dodałam do niej (kopnięta) dwie łyżki cukru. Pomysł ten okazał się mocno  porojony, bowiem ten barbarzyński akt spowodował, że pomidorówka nie nadawała się już do konsumpcji, także i ją wywaliłam. Myster Pi stwierdził, że najlepszym wyjściem będzie posłanie żony na szybki i skuteczny kurs gotowania...

  Po raz kolejny nadziałam się na włoskie niejasności i przypadłość ta spotkała mnie w przedszkolu. Rozmawiając z nauczycielką oraz z innymi mamami, wyraziłam się o Gai "Kluseczka", a niektóre panie słysząc to prawie dostały palpitacji. Nie rozumiałam, o co chodzi, lecz rozbawiony sytuacją Myster Pi kulturalnie mnie oświecił. Makaroniarze to mistrzowie dwuznaczności i wyrażając się wulgarnie "gnocchetta" (kluseczka), mają na myśli waginę. O matko, co za nawiedzony naród, przecież mówiłam o dziecku i to w dodatku moim, więc raczej nie przemycałam żadnych efektów specjalnych! No ale czego się mogłam spodziewać, skoro nawet niewinne bajeczki mają tu wyraźny podtekst. Kiedy Włoch opowiada historię "Księżniczki na ziarnku grochu", śmieje się do rozpuku, gdyż groszek po włosku to "pisello", a tym mianem określa się męskie narządy. Maluchy oczywiście tego nie wiedzą, niemniej dorosłych bardzo bawi ten tytuł, jako że widzą w nim aluzję do seksu (jak do każdej rzeczy). I tylko słowo "curva" jest normalne, bo oznacza po prostu zwyczajny "zakręt". W tym roku miną cztery lata, odkąd mieszkam w pięknej Italii i jakkolwiek ubóstwiam włoską mentalność, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przebywam w naprawdę dziwacznym kraju. Jestem pewna, że na starość przyjdzie mi za to srogo zapłacić:).


Ona na mnie leci

by 19 stycznia
  Faceci- skomplikowane stworzenia, których nie sposób zrozumieć. Mówi się, że to my, kobiety, strzelamy fochy, wiecznie plotkujemy i mamy nie wiadomo jakie wymagania, ale moim zdaniem płeć brzydka bije nas w tym na głowę. Co drugi mężczyzna uważa się za lepsze wcielenie Brada Pitta, opowiada kumplom o miłosnych podbojach (często ze szczegółami), a ideałem piękna jest dla niego skrzyżowanie Dody z Natalią Siwiec. Wystarczy, że kobieta ledwo rzuci na kolesia okiem, a ten już ma się za prawdziwego zdobywcę serc niewieścich i z satysfakcją zauważa: "ona na mnie leci". Takich maczo za pięć groszy jest co niemiara, a im większy erotoman- gawędziarz, tym bardziej możemy mieć pewność, iż zwyczajnie ściemnia. Skąd zresztą w facetach przekonanie, że kobietom imponuje liczba ich partnerek seksualnych?

  Z tą ilością wiąże się dziwny paradoks. Kiedy mężczyzna rozprawia, że spał z (dajmy na to) pięćdziesięcioma kobietami, od razu oczekuje słów wielkiego uznania. Mylnie bowiem sądzi, że zaimponuje płci przeciwnej, jawiąc się jako mega doświadczony samiec. Kiedy natomiast kobieta wyznaje, że miała ileś tam kochanków, najłłagodniejszą łatką, którą się jej potem przypina jest "łatwa", ewentualnie "puszczalska". Skoro mężczyźni mogą sypiać z kim popadnie i lubią się popisywać swoimi erotycznymi przygodami, to czemu zabraniają tego kobietom? Za moich singielskich czasów nierzadko dyskutowałam na ten temat z facetami i zawsze odpowiedź była jedna- dziewczynom nie przystoi się puszczać. Nikt nie wytłumaczył, czemu tak być musi, ale że tak być musi, to nie podlegało dyskusji. Wynika więc z tego, że mężczyźni pragną dziewic orleańskich, sami zaś mogą brykać do woli, by później zwalić winę na nas i niewinnie stwierdzić: "nie mogłem inaczej postąpić, wszak ona na mnie leci".

 Podobno mężczyźni preferują naturalne kobiety, typy dziewczyn z sąsiedztwa, ale to chyba pobożne życzenia. Prawda jest taka, że wolą plastikowe laski rodem z Playboya, a silikonowe biusty tych wyzywających kociaków są szczytem męskich podniet. Jedynie seksbomby są w stanie zapewnić im nieziemski seks oraz prawdziwe doznania, bo te zwykłe babki nic nie potrafią. A może potrafią o wiele więcej niż Wam się wydaje, tylko nie umiecie tego dostrzec? Kilka lat temu mój dobry kolega zapałał namiętnością do takiej właśnie panienki- ślicznej jak z obrazka długonogiej blondynki, na widok której ślinił się jak dziad. "Ale rura"- prawił do znajomych i robił wszystko, żeby ją zdobyć. Jakimś cudem posiadł dziewczynę, po czym bez wyrzutów sumienia oznajmił to światu. Na początku obnosił się nową zdobyczą i chełpił się, jaki to z niego wspaniały dawca orgazmów, lecz po jakimś czasie jego zapał ostygł. "Dajcie spokój"- zwierzał się kumplom- "leży w łóżku jak kłoda, nic mi po niej." Nawet najseksowniejsze ciało nic nie pomoże, jeśli się nie posiada wyobraźni, zatem nic dziwnego, że marzenia pryskają.

 Nie ulega wątpliwości, że kobiety cenią sobie dyskretnych mężczyzn. Mało której z nas uśmiecha się być bohaterką męskich pogaduszek, zwłaszcza tych intymnych. Dlatego też zanim po raz setny się powie, że "ona na mnie leci", czasem warto się zastanowić, czy naprawdę tak jest. Niektórzy oferują kobietom prywatny odrzutowiec, po czym się okazuje, że stać ich było wyłącznie na tanie linie lotnicze. Wokół seksu życie się nie kręci, chociaż jest jego istotną częścią, ale coraz częściej skłaniam się ku stwierdzeniu, że jest przereklamowany. W końcu kobiety to też skomplikowane natury:).

Na wszelki wypadek

by 16 stycznia
  Po czterech dniach odwiedzin w przedszkolu dzisiaj musieliśmy trochę przystopować. Gaja się przeziębiła, co wcale mnie nie dziwi, bo przy takiej ilości zakatarzonych dzieciaków było to do przewidzenia. Może jestem przewrażliwioną mamuśką, ale wydaje mi się, że chore maluchy powinno się trzymać w domu, a nie posyłać do przedszkola i tym samym narażać inne dzieci na ryzyko zachorowania. Rozumiem, że teraz wszyscy są zabiegani i ciężko dostać wolne, niemniej większość osób ma obok siebie rodzinę, która jest w stanie zająć się kilka godzin dzieckiem, kiedy rodzice pracują. Nie narzekałabym, gdyby szkraby miały tylko katarek, lecz parę dzieciaczków potwornie kaszlało i widać było, że męczył je pobyt w przedszkolu. Coś mi się wydaje, że pierwsze miesiące będą obfitowały w "zasmarkane" przygody i muszę się na nie psychicznie przygotować, ponieważ i tak nie mam innego wyjścia. Chore przedszkolaki to norma, a że dyrekcja placówki nic z tym nie robi, tym bardziej trzeba się pogodzić z zaistniałą sytuacją. Mam nadzieję, że Gaja zdoła się jakoś uodpornić na katar, a ja przestanę się zastanawiać, czy wraz z nią przekroczyłam mury przedszkola, czy raczej osiedlowej przychodni. Na razie wkurza mnie niefrasobliwość niektórych rodziców i nic na to nie poradzę.

  Nasze mieszkanie za sprawą kochanej teściowej zamieniło się w gorzelnię. Posłała nam paczkę, w której obok sardyńskich specjałów znaleźliśmy także trzy butelki mocnego wina wytwarzanego przez teścia. Jedna z butelek w trakcie transporu się rozbiła, a smród wydobywający się z przesyłki zdominował moją prawie sterylnie czystą kuchnię i przeniknął do innych pomieszczeń. Nie wiem dlaczego teściowa uparła się z tym alkoholem, bo przecież nie pijemy i mama męża dobrze o tym wie, ale i tak robi swoje. Powiedziała, że wino jest "na wszelki wypadek" i cały czas zastanawiam się, o co jej mogło chodzić. Odkąd urodziła się Gaja, nie miałam kropelki alkoholu w ustach i z łatwością trzymam się tej decyzji, jako że nie brak mi konsekwencji, a poza tym nie mam ochoty na procenty. Myster Pi podarował butelkę sąsiadowi, a drugą zabrał do pracy, gdzie jego koledzy co rano dodają sobie kropelkę trunku do kawy, żeby im się lepiej pracowało (tak na wszelki wypadek). Słynnych ciasteczek teściowej nie dało się niestety uratować, gdyż pomimo ochrony zabarwiły się na czerwono, więc wyrzuciłam je razem z resztą paczki. Kumpel męża z uczelni stwierdził, że popełniłam błąd pozbywając się słodkości, bo mają właściwości lecznicze i on chętnie by zjadł ciasteczka okraszone winem. Nie ma to jak przekonująca ściema.

  Myster Pi, jak to prawdziwy Włoch, ma tendencję do panikowania na zapas, lecz ostatnio przeszedł samego siebie. Od mniej więcej tygodnia chodził po domu zdesperowany, ponieważ był przekonany, iż kontrakt z tutejszym uniwersytetem kończy mu się w maju tego roku. Nie mógł tego jednak zweryfikować w sekretariacie, albowiem jego papiery gdzieś się zapodziały (czemu mnie to nie dziwi), zatem zamienił się w kłębek nerwów. Wymyślał na szybko różne alternatywy dla naszej przyszłości, szukał w internecie pracy zgodnie z wykształceniem, a na koniec zaplanował ucieczkę do Polski. Na wszelki wypadek nie podniecałam się tą wielce kuszącą perspektywą, mimo że taka opcja odpowiadałaby mi najbardziej i oczami wyobraźni widziałam nas opuszczających Genuę. Nie obawiam się zmian, zresztą już raz zaczęłam życie od nowa, aczkolwiek nie byłam wtedy mamą i mogłam sobie na to pozwolić. Bezrobocie w wypadku męża nie wchodzi w rachubę, gdyż jest jedynym żywicielem rodziny i odpowiada za naszą trójkę. Chcąc nie chcąc, niepokój tatusia Kluseczki przeszedł również na mnie i z niecierpliwością oczekiwałam na telefon z sekretariatu. Okazało się, że niepotrzebnie się martwiliśmy, bo Mystera Pi czeka jeszcze ponad rok pracy i tworzenia wrażliwej skóry jakiemuś robotowi. Tym właśnie od lat się zajmuje i chociaż próbuje mi wytłumaczyć, o co w tym chodzi, to i tak nie jestem w stanie niczego zrozumieć. Pewne jest dla mnie jedynie to, że dziwniejszego zajęcia nie mógł sobie wybrać, lecz na wszelki wypadek tego mu nie powiem:).

Takie sobie sentymenty

by 12 stycznia
  "Zycie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, na co trafisz"- mawiał Forrest Gump, którego mądrości uwielbiam i cytuję przy każdej nadarzającej się okazji. Moje życie to splot rozmaitych zdarzeń, niekoniecznie najszczęśliwszych, niemniej dzisiaj chciałabym się skupić na piękniejszej części tego nieodgadnionego pudełka i wymienić chwile, na wspomnienie których szeroko się uśmiecham. A wszystko dlatego, że jedna z zaprzyjaźnionych blogerek- Ilona, znana bardziej jako Pani Rolnik, zaprosiła mnie do sympatycznej zabawy "Dobre myśli", więc nie przepuszczę okazji, by trochę posmęcić. Pretensje po przeczytaniu wpisu proszę jednak kierować nie do autorki bloga, lecz do Pani Rolnik właśnie, bowiem to ona jest spiritus movens notki, także ja umywam ręce:).

Pierwsza dobra myśl:
Miałam trzy lata i po raz pierwszy ubierałam z tatą choinkę. Wszystko wokół wydawało mi się magiczne i takie inne, a nasze mieszkanie w starym familoku wraz z pojawieniem się drzewka nabrało splendoru. Często mam przed oczami moment wieszania tych gigantycznych bombek i tęsknota za dzieciństwem staje się coraz silniejsza.

Druga dobra myśl:
Chodziłam do zerówki i podobno byłam niezwykle pojętną małą uczennicą. Razu pewnego nauczycielka powiedziała mojemu tacie, że jestem fenomenalna i bez wątpienia zajdę w życiu daleko (faktycznie zaszłam- do kraju pizzy i makaronu). Nie rozumiałam wtedy, co znaczyło to skomplikowane słowo i za bardzo się nim nie przejęłam, ale za to do teraz pamiętam reakcję rodziców na osąd wychowawczyni. To był jedyny raz, kiedy byli ze mnie wyraźnie dumni.

Trzecia dobra myśl:
Długie blond włosy, luzacki styl bycia, łobuzerskie spojrzenie, zniewalający uśmiech i emanująca charyzma, czyli niezapomniana licealna miłość, niestety nieodwzajemniona. Domyślam się, że powodem tej obojętności ze strony szkolnego bożyszcza była moja widoczna nadwaga i szereg innych kompleksów, jak również ponury wyraz twarzy, którym maskowałam zakłopotanie.

Czwarta dobra myśl:
Katowicki "Spodek", tysiące młodych fanów rocka i pierwszy wielki koncert, na którym się bawiłam- legendarne Odjazdy. Po tym festiwalu przeobraziłam się w maniaczkę ciężkiego brzmienia (co zostało mi do tej pory), stałam się pseudo znawczynią różnych gatunków muzyki oraz miłośniczką wytatuowanych wokalistów.

Piąta dobra myśl:
Kilkanaście minut przed pisemną maturą z jezyka polskiego pojawił się przed salą profesor ekonomii i składając mi życzenia optymistycznie stwierdził, iż jeśli napiszę na piątkę, gotów jest pozbyć się swych sumiastych wąsów. Na jego lekcjach raczej się nie wyrywałam do odpowiedzi, gdyż nie przepadałam za ekonomią, zatem facet na tej podstawie wyrobił sobie na mój temat kiepską opinię. I choć maturę zdałam na piątkę, jakoś nie widziałam później, żeby zgolił te koszmarne wąsiska, za to jego pełna niedowierzania mina całkowicie mnie usatysfakcjonowała.

Szósta dobra myśl:
Po prawie roku korespondencji wirtualnej Myster Pi wreszcie zdecydował się przyjechać do Polski. Z niecierpliwością oczekiwałam na lotnisku w Pyrzowicach i kiedy po raz pierwszy zobaczyłam go na żywo, pomyślałam sobie: "ale chłopczyk z niego". Gdyby ktoś mi powiedział, że patrzę na przyszłego męża i ojca mojej córeczki, najprawdopodobniej popukałabym się w czoło. A jednak!

Siódma dobra myśl:
Będąc już w Italii, obudziłam się w pewien mroźny lutowy poranek i zamiast zwykłego przygnębienia ogarnęła mnie fala radości. Poczułam się tak, jakbym wypiła eliksir szczęścia i natychmiast zorietntowałam się, co mogło być tego przyczyną. Oczywiście to ciąża dodała mi skrzydeł.

Osma dobra myśl:
Skromny ślub cywilny w Urzędzie Stanu Cywilnego. Trwał chwilę i nie zdążyłam się wzruszyć, a mimo to bardzo mi się podobał. Humoru nie popsuło mi nawet pojawienie się szefa Mystera Pi, którego wzięłam za ochroniarza budynku i tak też go przedstawiłam oczekującym na nasze zaślubiny. Myster Pi mieniąc się na twarzy wyjaśnił mi, że to nie ochroniarz, tylko profesor jego wydziału (notabene wielka szycha). Niewinna pomyłka może każdemu się przytrafić:).

Dziewiąta dobra myśl:
Powitanie na świecie Kluseczki i więcej dodawać nie trzeba.

Dziesiąta dobra myśl:
Debiut przedszkolny Gai przeszedł moje najśmielsze oczekiwania- mała szybko rzuciła się w wir zabawy, nie przestraszyła się innych dzieci, a na mnie w ogóle nie zwracała uwagi. Oby tak dalej!


Zaczęłam cytatem z Forresta i w ten sam sposób spróbuję podsumować wszystkie przyjemne rzeczy, które spotkały mnie na przełomie ponad trzydziestu lat niezwykłej wędrówki zwanej życiem. Forrest Gump sypał aforyzmami jak z rękawa, ale tylko jedno z nich doskonale odzwierciedla cały mój dotychczasowy dorobek: "Poznasz głupiego po czynach jego." Ano!


Dylematy zatroskanej mamy

by 09 stycznia
  Pierwsze przedszkolne koty za płoty za nami. Wczoraj zostaliśmy zaproszeni na rozmowę z dyrektorką i jako debiutujący w tejże placówce rodzic, chciałam wypaść jak najlepiej, ale jak to w moim przypadku bywa, na dobrych chęciach się skończyło. Założyłam kieckę, gładko uczesałam włosy i uzbrojona w ważną minę udałam się wraz z Mysterem Pi (który wcale się nie wystroił) oraz z Kluseczką na spotkanie. Miałam zamiar zrobić na personelu przedszkola wrażenie statecznej i przebojowej matki, a przy tym wzbudzić szacunek otoczenia, lecz mój pieczołowicie ułożony plan od razu spalił na panewce. W aucie Gaja wywijała nóżkami jak szalona, przez co zrobiła mi wielką dziurę w rajstopach, a kiedy wyszliśmy na zewnątrz, wpakowałam się wprost w kałużę pełną błota i moje wypastowane na wysoki połysk buty szlag trafił. Wiał bardzo silny wiatr, więc z ładnej fryzury zrobiła się okropna szopa, a nad górną wargą królowała przeklęta opryszczka, która musiała mi wyskoczyć godzinę przed wizytą. Mężowi zaś nie drgnął ani jeden włosek, a to dlatego, że prawdopodobnie użył zbyt dużo lakieru do włosów. Dziarsko weszliśmy do gmachu przedszkola i mimo że moja pewność siebie została mocno nadszarpnięta, to kroczyłam obok Mystera Pi dumna i blada. Grupka damulek oczekujących na powrót dzieci spoglądała na mnie wyraźnie rozbawiona, ale olałam ich wścibskie spojrzenia. Jedna z pracownic zaprowadziła nas do gabinetu dyrektorki, która okazała się sympatyczną osobą, a ponadto – co było widać po jej stroju- nie przykładała żadnej wagi do wyglądu, zatem poczułam się swobodnie w moim kopciuszkowym wydaniu.

  Pani dyrektor wyjaśniła pokrótce, jak będzie przebiegać integracja Gai na początku jej przedszkolnej przygody, pokazała nam salę zabaw i inne pomieszczenia, a później zaczęła pytać o przyzwyczajenia małej. Nie omieszkaliśmy wspomnieć o problemie z gryzieniem i akceptacją pokarmów, lecz dyrektorka optymistycznie stwierdziła, że nie z takimi demonami sobie tutaj radzą, toteż zakiełkowała we mnie nutka nadziei. Gai przedszkole spodobało się do tego stopnia, że biegała od jednego kąta do drugiego, krzycząc z uciechy i wymachując rączkami. Widok nieznanych ludzi jej nie przerażał, a wręcz przeciwnie- wydawała się jeszcze bardziej podekscytowana. Myster Pi pochwalił się (jakby było czym), że również pracuje w oświacie i zaczął wymądrzać się na edukacyjne tematy, by później przejść do prywatnych (Włosi tak mają). Gdy pani dyrektor oznajmiła, że jej mąż też pochodzi z Sardynii, uspokoił się całkowicie co do wyboru przedszkola. Zaczynamy od przyszłego poniedziałku i to naprawdę z grubej rury, bowiem będę towarzyszyć Kluseczce w jej przedszkolnej inicjacji. Nie ukrywam, że trochę się tego obawiam, biorąc pod uwagę mój charakter i naturową aspołeczność, niemniej postaram się nie przynieść wstydu małej. W poniedziałek mam być z Gają przez cały czas, we wtorek trzy godziny, w środę dwie, a w piątek zostanie już sama. Na pewno nie obejdzie się bez krzyku i łez, ale tego raczej nie da się wykluczyć, więc muszę się przygotować na histerię Kluseczki.

  Przede mną kolejny etap w podróży zwanej macierzyństwem. Myster Pi nabrał wody w usta i zrobił wielką tajemnicę z tego, że Gaja idzie do przedszkola. W sumie to mu się nie dziwię, bo znając skłonności teściowej do egzaltacji, jeszcze gotowa tutaj się pojawić i płakać nad dolą ukochanej wnuczki. Powiemy jej w swoim czasie, kiedy przyzwyczaimy się do zaistniałej sytuacji, a Kluseczka zaakceptuje nowy porządek rzeczy. Na razie przygotowujemy się psychicznie do poniedziałkowej burzy, a najspokojniejsza wśród nas jest Gaja. Mąż odłożył na bok uczelnianie projekty i poleciał kupić plecaczek dla córeczki (założę się, że z Peppą). Mnie nie pozostało nic innego, jak objadać się czekoladą i odreagowywać w ten nieco desperacki sposób nadchodzący stres. I tylko Kluseczka psoci bez wytchnienia, nie przejmując się tym, że mama tyje. Prawdę mówiąc, im mój brzuch robi się miększy, tym bardziej Gaja jest zadolowona, ponieważ traktuje go jak poduszkę. To wielka przyjemność poświęcić się dla mojej ślicznej przedszkolanki:).


Zdjęcie nie ma nic wspólnego z przedszkolem, a mimo to pasuje mi do wpisu:





Pan P. odchodzi

by 07 stycznia
  A jednak to będzie rok zmian. W naszej rodzinie zapowiada się mała rewolucja, która na razie skutecznie spędza mi sen z powiek. Otóż za radą pani doktor posyłamy Gaję do przedszkola i muszę przyznać, że ciężko jest mi się oswoić z tą decyzją. Kluseczka się ze mną nie rozstaje i jestem z nią od rana do wieczora, więc nie mam pojęcia, jak szybko przystosuje się do nowego miejsca oraz nieobecności mamy. Lekarka stwierdziła, że przedszkole wyjdzie Gai tylko na dobre i oczywiście się z nią zgadzam, ale targa mną masa wątpliwości, związana przede wszystkim z kłopotami żywieniowymi, jakie przysparza mała. Z drugiej strony myślę sobie, że pobyt w przedszkolu pomoże uporać się nam z tym problemem, bo dzieci lubią naśladować rówieśników. Mąż zapowiedział, że jeśli Gaja zacznie w końcu normalnie jeść, to z radości da na mszę i to niemało, ponieważ będzie to dla niego prawdziwy cud. Ja posunę się jeszcze dalej i chyba wybiorę się na pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostela, pokutując po drodze za moje grzechy (wzorem koleżanki męża, która w ten sposób próbowała wybłagać siły wyższe o chłopa). W każdym razie być może nieco na wyrost czekamy na rezultaty i mamy nadzieję, że prędko zobaczymy światełko w tunelu.  

  Wczoraj w Italii obchodzona była „Befana”, do tradycji której należy obdarowywanie się nawzajem drobnymi upominkami. Grzeczne dzieci dostają słodycze, niegrzeczne węgiel, nieposłuszne zaś żony nie dostają nic. Ze swojej skarpety wyciągnęłam co prawda dwie zdrapki „Wieczny turysta”, lecz nie wygrałam ani złamanego ojro, zatem nie sądzę, by to się wliczało w poczet trafionego prezentu. Natomiast mąż uznał, że musi wymienić garderobę, wobec tego wybraliśmy się do jedynej galerii w mieście, żeby upolować parę bluzek z noworocznych przecen. Nie znoszę robić zakupów z Panem P., gdyż nigdy mnie nie słucha i zawsze kupuje najgorsze łachmany. Uparł się nosić swetry wyłącznie w kolorach szarym i zgniłej zieleni, a jego szafa pęka w szwach od sraczkowatych barw, na które mam silną alergię. Tym razem postanowiłam być odrobinę sprytniejsza i zakomunikowałam mężowi, że jeśli nie wybierze żywszego koloru, to zwyczajnie się z nim rozwiodę. Groźba poskutkowała i tatuś Kluseczki nareszcie wygląda jak człowiek.

  Tymczasem dzisiaj Pan P. obchodzi urodziny. W związku z tym spełniłam jego życzenie i upiekłam mu do pracy „murzynka" ( pardon- „ciemnoskórego”), co okazało się strzałem w dziesiątkę, bowiem ciasto wyszło mi jak zwykle bezbłędnie. Koledzy męża przekonani są teraz, że jestem wyśmienitą gospodynią i już prawili mu komplementy, jakim to jest farciarzem. Niby wykształceni ludzie, a głupsi od końcówki mojego buta. Drugą niespodzianką, którą zamierzam zaskoczyć Pana P. będzie niewielka, aczkolwiek dosyć istotna blogowa zmiana. Mąż nie zna polskiego i rzadko czyta moje wypociny, lecz czasem zdarza mu się to robić przez „niezawodny” google. Kapuje z nich tyle, co nic (mam podobnie), niemniej coś mu się nie spodobało i poprosił mnie o korektę. Chciał, żebym zmieniła ksywę "Pan P." na bardziej wystrzałową, ponieważ ta jest bezpłciowa i zupełnie do kitu. Na początku nie miałam ochoty tego robić, ale po wnikliwym przeanalizowaniu mężowskiego postulatu doszłam do wniosku, że ma rację. Oświadczam zatem wszem wobec, że od następnego wpisu nudny Pan P. stanie się jedynym w swoim makaroniarskim rodzaju Mysterem Pi. Nic innego do głowy mi nie przyszło, a Myster Pi brzmi nieźle, więc niech ma kochany satysfakcję. Raz do roku wypada uszanować zdanie męża!


Dawno nie wrzucałam tu zdjęć, toteż na dokładkę przedstawiam parę widoczków z mojego okna (i nie tylko):




















Wyznania małej blogerki

by 04 stycznia
  Lubię pisać. Mój blog powstał z potrzeby pisania, a także po to, żeby zapełnić pustkę w moim szczęśliwym, aczkolwiek trochę samotnym życiu na emigracji. Bloguję od ponad roku, ale dopiero odkąd przeniosłam bloga z bardzo źle działającej platformy na solidniejszą, zaczęłam się orientować, kto jest kim w blogosferze i jakie durne prawa w niej rządzą. Z przykrością zauważyłam, że również w wirtualnym świecie dzieli się ludzi na lepszych i gorszych, a prawie każdego blogera wrzuca się do jednego worka- cwaniaka chcącego zarabiać na blogu krocie oraz desperata próbującego się wybić na plecach popularniejszego kolegi. Czy aby na pewno tak jest? Bynajmniej!

  Nie zależy mi na darmowych gadżetach, bo stać mnie na ich zakup. Moje dziecko nie musi być modne, toteż mam gdzieś stylizacje maluchów. Gaja ma dwa lata i ciuchy są jej obojętne, zatem nawet gdyby miała na sobie łaszek od samego Versace, to i tak by go nie uszanowała. Ubieram ją ładnie, lecz nie ma dla mnie znaczenia, czy ubranka dla Kluseczki są z najnowszej kolekcji. Przyjdzie czas, kiedy sama zacznie się interesować modą, a na razie nie zaprzątam sobie tym myśli. Dlatego wkurzam się, gdy czytam, że nieznane blogerki są zwykłymi jędzami, które zazdroszczą innym owocnych współprac. Czyżby? Nie zabiegam o sponsorów i nie zamierzam tego robić. Na blogu nie ma zakładki „współpraca”, ponieważ nie jest mi ona do niczego potrzebna. Pisanie o smoczkach i butelkach to nie moja bajka, gdyż wolę opowiadać o rodzinie. Poza tym sponsorowane posty wiążą się z fotorelacją, a tutaj zdjęć jest jak lekarstwo, zwłaszcza tych z Gają. Nieprawdą więc jest, że wszyscy jak jeden mąż marzą o blogowych interesach. 

  Anonimowe blogerki, z racji niewielkiej ilości wejść nazywane są „małymi” tudzież „płotkami”, a ich zdanie warte jest tyle, co zeszłoroczny śnieg. Jesteśmy niczym plaga, która nie daje żyć słynnym blogującym mamom, bombarduje ich linkami i narzuca się, jak tylko potrafi. W tym wypadku też nie podoba mi się to generalizowanie, bowiem nie linkuję moich postów, ani nie zamęczam nikogo swoją osobą. Czytam parę topowych blogów, lecz nie zostawiam komentarzy pod wpisami, jako że nie chcę być oskarżana o lans czyimś kosztem. Odwiedzam niektórych „asów” blogosfery nie dlatego, że są sławni, bo to mnie nie rusza, lecz z powodu ich literackiego kunsztu. Lubię blogi, gdzie dobra treść przewyższa wszystko i chętnie do nich zaglądam, ponadto ich autorzy mają całkiem nietuzinkowe poglądy. Odnoszę jednak wrażenie, że wytworzyła się pewna blogerska elita (szczelnie zamknięta we własnym kręgu), a głównym zadaniem tych „małych” jest bicie im pokłonów i wychwalanie pod niebiosa. Żaden ze znanych blogerów nie zniży się do mojego poziomu i nie odwiedzi bloga takiej miernoty, jak ja. Wiadomo przecież, że oni nie muszą się wysilać.

  Nie piszę najgorzej, niemniej jestem krytycznie nastawiona do moich notek i większość z nich najchętniej wywaliłabym z bloga. Nie zrobię tego, ponieważ chcę mieć pamiątkę na starość i mam nadzieję, że Gaja zostanie w przyszłości  fanką numer 1 stylu pisania mamy. Mam świadomość tego, że wiele nauki przede mną, a droga do perfekcji jest jeszcze odległa i niesłychanie kręta. Chciałabym posiadać w sobie butę i móc powiedzieć, że stworzyłam masę rewelacyjnych wpisów, lecz byłoby to sporą przesadą. Nie jest źle, chociaż mogłoby być dużo lepiej, więc sporo blogowej pracy mnie czeka. I wiecie co? Nieważne, że nikt mnie nie kojarzy lub przypnie łatkę rozgoryczonej internetowej „płotki”. Mogę sobie nią być, a korona z głowy i tak mi nie spadnie. Pisać będę zawsze, bo to zwyczajnie lubię. Nie musicie w to wierzyć, ale tak jest.



Taneczna przeszłość, pikantna przyszłość

by 02 stycznia
  Od dwóch dni w naszym domu panuje grypa. Przywlókł ją mąż, który cierpi niemiłosiernie (jak to prawdziwy facet) i kaprysi gorzej niż dziecko. Nie jestem zdziwiona, że się przeziębił, bo przy takiej pogodzie o to nietrudno, ale odrobinę śmieszy mnie, jak bardzo odpowiada mu rola męczennika. Grypa nie jest chorobą nieuleczalną, lecz w oczach Pana P. to prawie dżuma, zatem nie powinnam się nabijać, tylko szczerze mu współczuć. Leży biedak w łóżku ze zbolałą miną, jęczy co chwila i przeklina po włosku nie bacząc na to, że Gaja łapie każde jego słowo, a potem wszystko powtarza (niedawno "pizzę" nazwała "piźdą", choć to akurat chyba moja wina). Tak to jest, gdy nie słucha się żony i ma się za nic jej pożyteczne rady. Mąż nie założył czapki, kiedy bylo zimno, mimo że go o to prosiłam, więc teraz ponosi konsekwencje swej lekkomyślności. Mam na końcu języka nieśmiertelne „a nie mówiłam”, ale siedzę cicho, ponieważ nie chcę go jeszcze bardziej dołować

  Sylwester upłynął nam wyjątkowo spokojnie. Spędziliśmy go w domu, bowiem nie mamy możliwości pójść gdzieś bez Gai, toteż rozsiedliśmy się wygodnie przed telewizorem, aby w tak mało finezyjny sposób celebrować ostatni dzień roku. Nastawiłam się na obejrzenie jakiegoś koncertu, lecz kiedy zobaczyłam na ekranie początek „Dirty dancing”, przepadłam po raz trzydziesty (a może pięćdziesiąty). Pan P. oczywiście psioczył na mój wybór i zastanawiał się, dlaczego patrzę na takie bzdury, zwłaszcza że tyle razy już je widziałam. Odpowiedź jest prosta- ten film nadal wywołuje we mnie falę emocji oraz głośne bicie serca, a poza tym dzięki niemu wracam do czasów niezapomnianej młodości. Przypomniałam sobie pierwsze wyjście do kina (na „Dirty dancing”właśnie) i szaleństwo, jakie ogarnęło mnie po projekcji filmu. Miałam wtedy dwanaście lat, głowę pełną subtelnych pragnień i marzyłam o tym, że pewnego dnia i ze mną ktoś tak zatańczy, a później przeniesiemy się do magicznej krainy miłości. W oczekiwaniu na ten moment oblepiłam sobie pokój plakatami przedstawiającymi Johnyˈego wraz z Baby w akcji i gapiłam się na nich godzinami. Minęły lata, a ja wciąż nie potrafię tańczyć...

  Wczoraj mąż uparł się, że przygotuje pierwszy noworoczny obiad, na co chętnie przystałam, bo stanie przy garach nie jest moją ulubioną rozrywką. Z zapałem wziął się do roboty i nucąc pod nosem „o sole mio”, zajął się kurczakiem, który postanowił przyprawić w jedynie sobie znany sposób. Kluski śląskie przygotowałam wcześniej, jako że Pan P. jest ich wielkim amatorem i kiedy zapowiedział: „podano do stołu”, udałam się do kuchni w niezgrabnych podskokach. Mina mi jednak zrzedła, gdy wzięłam do ust kawałek kurczaka, ponieważ okazał się tak pikantny, że nie byłam w stanie go przełknąć. Udało mi się wyjąkać: „wody, do licha,wody” i omałobym się zakrztusiła, gdyby nie pomoc mężula, który walnął mnie w plecy ze sprawnością boksera. Jeśli nie chce się więcej całować, nie musi uciekać się do tak drastycznych metod, przecież wystarczy spokojnie porozmawiać. Chcąc się zemścić, zrobiłam wieczorem chleb z czosnkiem, lecz niestety przesadziłam z jego nadmierną ilością i czosnkowy oddech towarzyszył mi do rana. Jedno dobre, że mąż w nocy też go czuł, czego nie omieszkał wypomnieć kochanej żonce natychmiast po obudzeniu. Jestem przekonana, że będzie to naprawdę udany rok!



Obsługiwane przez usługę Blogger.