Ambiwalentnie, czyli po włosku

  Od paru dni żyję w biegu. Wszystko za sprawą przedszkola, które spowodowało, że wreszcie ruszyłam swoje szlachetne "cztery litery" i zaczęłam regularną bieganinę. Zimą zawsze robię się zasiedziała i kiedy nie muszę, to nie wychodzę, ale skończyły się czasy cudownego lenistwa. Nie narzekam jednak, bo mam nadzieję, że to latanie z góry Genui na dół w końcu przyniesie wymierne korzyści i będę mogła się cieszyć szczuplejszą sylwetką. Może za parę miesięcy zostanę boginią seksu, kto wie? Na razie czuję się jak stara klępa, ponieważ zakwasy dają o sobie znać, a ukochana i styrana skórzana kurtka ledwo co się na mnie dopina. Chyba znowu przybyło mi w biuście, chociaż staram się trzymać diety i nie podjadać, więc w sumie nie wiem, jak to możliwe. Boję się, że moje staniki zaraz zaczną przypominać spadochrony, do rozmiarów których i tak powoli się zbliżają, a subtelna bielizna nadal pozostaje w sferze nieosiągalnych pragnień nieco zdesperowanej tym faktem mamy.

  Godziny spędzone z dala od Kluseczki dłużą mi się niemiłosierne i nie mogę sobie znaleźć nigdzie miejsca, zatem staram się wykorzystać czas, produkując się w kuchni. Wczoraj postanowiłam upiec szarlotkę, która wizualnie udała mi się idealnie i z tego powodu byłam z siebie niezwykle dumna. Chciałam zrobić niespodziankę mężowi, bo przepada za moimi wypiekami, ale po raz pierwszy wyszła mi kulinarna katastrofa. Zamiast cynamonu przez nieuwagę posypałam na jabłka czerwoną paprykę, a skutek był taki, że uczulony na nią Myster Pi zrobił się czerwony jak burak i wychodziły z niego siódme poty. "Chcesz mnie zabić"- zdołał wykrztusić rozeźlony, po czym wziął sobie jakieś magiczne antidotum, a ja musiałam wyrzucić szarlotkę do kosza. Później solidnie przesoliłam zupę, lecz żeby jej nie wylać, dodałam do niej (kopnięta) dwie łyżki cukru. Pomysł ten okazał się mocno  porojony, bowiem ten barbarzyński akt spowodował, że pomidorówka nie nadawała się już do konsumpcji, także i ją wywaliłam. Myster Pi stwierdził, że najlepszym wyjściem będzie posłanie żony na szybki i skuteczny kurs gotowania...

  Po raz kolejny nadziałam się na włoskie niejasności i przypadłość ta spotkała mnie w przedszkolu. Rozmawiając z nauczycielką oraz z innymi mamami, wyraziłam się o Gai "Kluseczka", a niektóre panie słysząc to prawie dostały palpitacji. Nie rozumiałam, o co chodzi, lecz rozbawiony sytuacją Myster Pi kulturalnie mnie oświecił. Makaroniarze to mistrzowie dwuznaczności i wyrażając się wulgarnie "gnocchetta" (kluseczka), mają na myśli waginę. O matko, co za nawiedzony naród, przecież mówiłam o dziecku i to w dodatku moim, więc raczej nie przemycałam żadnych efektów specjalnych! No ale czego się mogłam spodziewać, skoro nawet niewinne bajeczki mają tu wyraźny podtekst. Kiedy Włoch opowiada historię "Księżniczki na ziarnku grochu", śmieje się do rozpuku, gdyż groszek po włosku to "pisello", a tym mianem określa się męskie narządy. Maluchy oczywiście tego nie wiedzą, niemniej dorosłych bardzo bawi ten tytuł, jako że widzą w nim aluzję do seksu (jak do każdej rzeczy). I tylko słowo "curva" jest normalne, bo oznacza po prostu zwyczajny "zakręt". W tym roku miną cztery lata, odkąd mieszkam w pięknej Italii i jakkolwiek ubóstwiam włoską mentalność, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przebywam w naprawdę dziwacznym kraju. Jestem pewna, że na starość przyjdzie mi za to srogo zapłacić:).


Obsługiwane przez usługę Blogger.