Dylematy zatroskanej mamy

  Pierwsze przedszkolne koty za płoty za nami. Wczoraj zostaliśmy zaproszeni na rozmowę z dyrektorką i jako debiutujący w tejże placówce rodzic, chciałam wypaść jak najlepiej, ale jak to w moim przypadku bywa, na dobrych chęciach się skończyło. Założyłam kieckę, gładko uczesałam włosy i uzbrojona w ważną minę udałam się wraz z Mysterem Pi (który wcale się nie wystroił) oraz z Kluseczką na spotkanie. Miałam zamiar zrobić na personelu przedszkola wrażenie statecznej i przebojowej matki, a przy tym wzbudzić szacunek otoczenia, lecz mój pieczołowicie ułożony plan od razu spalił na panewce. W aucie Gaja wywijała nóżkami jak szalona, przez co zrobiła mi wielką dziurę w rajstopach, a kiedy wyszliśmy na zewnątrz, wpakowałam się wprost w kałużę pełną błota i moje wypastowane na wysoki połysk buty szlag trafił. Wiał bardzo silny wiatr, więc z ładnej fryzury zrobiła się okropna szopa, a nad górną wargą królowała przeklęta opryszczka, która musiała mi wyskoczyć godzinę przed wizytą. Mężowi zaś nie drgnął ani jeden włosek, a to dlatego, że prawdopodobnie użył zbyt dużo lakieru do włosów. Dziarsko weszliśmy do gmachu przedszkola i mimo że moja pewność siebie została mocno nadszarpnięta, to kroczyłam obok Mystera Pi dumna i blada. Grupka damulek oczekujących na powrót dzieci spoglądała na mnie wyraźnie rozbawiona, ale olałam ich wścibskie spojrzenia. Jedna z pracownic zaprowadziła nas do gabinetu dyrektorki, która okazała się sympatyczną osobą, a ponadto – co było widać po jej stroju- nie przykładała żadnej wagi do wyglądu, zatem poczułam się swobodnie w moim kopciuszkowym wydaniu.

  Pani dyrektor wyjaśniła pokrótce, jak będzie przebiegać integracja Gai na początku jej przedszkolnej przygody, pokazała nam salę zabaw i inne pomieszczenia, a później zaczęła pytać o przyzwyczajenia małej. Nie omieszkaliśmy wspomnieć o problemie z gryzieniem i akceptacją pokarmów, lecz dyrektorka optymistycznie stwierdziła, że nie z takimi demonami sobie tutaj radzą, toteż zakiełkowała we mnie nutka nadziei. Gai przedszkole spodobało się do tego stopnia, że biegała od jednego kąta do drugiego, krzycząc z uciechy i wymachując rączkami. Widok nieznanych ludzi jej nie przerażał, a wręcz przeciwnie- wydawała się jeszcze bardziej podekscytowana. Myster Pi pochwalił się (jakby było czym), że również pracuje w oświacie i zaczął wymądrzać się na edukacyjne tematy, by później przejść do prywatnych (Włosi tak mają). Gdy pani dyrektor oznajmiła, że jej mąż też pochodzi z Sardynii, uspokoił się całkowicie co do wyboru przedszkola. Zaczynamy od przyszłego poniedziałku i to naprawdę z grubej rury, bowiem będę towarzyszyć Kluseczce w jej przedszkolnej inicjacji. Nie ukrywam, że trochę się tego obawiam, biorąc pod uwagę mój charakter i naturową aspołeczność, niemniej postaram się nie przynieść wstydu małej. W poniedziałek mam być z Gają przez cały czas, we wtorek trzy godziny, w środę dwie, a w piątek zostanie już sama. Na pewno nie obejdzie się bez krzyku i łez, ale tego raczej nie da się wykluczyć, więc muszę się przygotować na histerię Kluseczki.

  Przede mną kolejny etap w podróży zwanej macierzyństwem. Myster Pi nabrał wody w usta i zrobił wielką tajemnicę z tego, że Gaja idzie do przedszkola. W sumie to mu się nie dziwię, bo znając skłonności teściowej do egzaltacji, jeszcze gotowa tutaj się pojawić i płakać nad dolą ukochanej wnuczki. Powiemy jej w swoim czasie, kiedy przyzwyczaimy się do zaistniałej sytuacji, a Kluseczka zaakceptuje nowy porządek rzeczy. Na razie przygotowujemy się psychicznie do poniedziałkowej burzy, a najspokojniejsza wśród nas jest Gaja. Mąż odłożył na bok uczelnianie projekty i poleciał kupić plecaczek dla córeczki (założę się, że z Peppą). Mnie nie pozostało nic innego, jak objadać się czekoladą i odreagowywać w ten nieco desperacki sposób nadchodzący stres. I tylko Kluseczka psoci bez wytchnienia, nie przejmując się tym, że mama tyje. Prawdę mówiąc, im mój brzuch robi się miększy, tym bardziej Gaja jest zadolowona, ponieważ traktuje go jak poduszkę. To wielka przyjemność poświęcić się dla mojej ślicznej przedszkolanki:).


Zdjęcie nie ma nic wspólnego z przedszkolem, a mimo to pasuje mi do wpisu:





Obsługiwane przez usługę Blogger.