Na wszelki wypadek

  Po czterech dniach odwiedzin w przedszkolu dzisiaj musieliśmy trochę przystopować. Gaja się przeziębiła, co wcale mnie nie dziwi, bo przy takiej ilości zakatarzonych dzieciaków było to do przewidzenia. Może jestem przewrażliwioną mamuśką, ale wydaje mi się, że chore maluchy powinno się trzymać w domu, a nie posyłać do przedszkola i tym samym narażać inne dzieci na ryzyko zachorowania. Rozumiem, że teraz wszyscy są zabiegani i ciężko dostać wolne, niemniej większość osób ma obok siebie rodzinę, która jest w stanie zająć się kilka godzin dzieckiem, kiedy rodzice pracują. Nie narzekałabym, gdyby szkraby miały tylko katarek, lecz parę dzieciaczków potwornie kaszlało i widać było, że męczył je pobyt w przedszkolu. Coś mi się wydaje, że pierwsze miesiące będą obfitowały w "zasmarkane" przygody i muszę się na nie psychicznie przygotować, ponieważ i tak nie mam innego wyjścia. Chore przedszkolaki to norma, a że dyrekcja placówki nic z tym nie robi, tym bardziej trzeba się pogodzić z zaistniałą sytuacją. Mam nadzieję, że Gaja zdoła się jakoś uodpornić na katar, a ja przestanę się zastanawiać, czy wraz z nią przekroczyłam mury przedszkola, czy raczej osiedlowej przychodni. Na razie wkurza mnie niefrasobliwość niektórych rodziców i nic na to nie poradzę.

  Nasze mieszkanie za sprawą kochanej teściowej zamieniło się w gorzelnię. Posłała nam paczkę, w której obok sardyńskich specjałów znaleźliśmy także trzy butelki mocnego wina wytwarzanego przez teścia. Jedna z butelek w trakcie transporu się rozbiła, a smród wydobywający się z przesyłki zdominował moją prawie sterylnie czystą kuchnię i przeniknął do innych pomieszczeń. Nie wiem dlaczego teściowa uparła się z tym alkoholem, bo przecież nie pijemy i mama męża dobrze o tym wie, ale i tak robi swoje. Powiedziała, że wino jest "na wszelki wypadek" i cały czas zastanawiam się, o co jej mogło chodzić. Odkąd urodziła się Gaja, nie miałam kropelki alkoholu w ustach i z łatwością trzymam się tej decyzji, jako że nie brak mi konsekwencji, a poza tym nie mam ochoty na procenty. Myster Pi podarował butelkę sąsiadowi, a drugą zabrał do pracy, gdzie jego koledzy co rano dodają sobie kropelkę trunku do kawy, żeby im się lepiej pracowało (tak na wszelki wypadek). Słynnych ciasteczek teściowej nie dało się niestety uratować, gdyż pomimo ochrony zabarwiły się na czerwono, więc wyrzuciłam je razem z resztą paczki. Kumpel męża z uczelni stwierdził, że popełniłam błąd pozbywając się słodkości, bo mają właściwości lecznicze i on chętnie by zjadł ciasteczka okraszone winem. Nie ma to jak przekonująca ściema.

  Myster Pi, jak to prawdziwy Włoch, ma tendencję do panikowania na zapas, lecz ostatnio przeszedł samego siebie. Od mniej więcej tygodnia chodził po domu zdesperowany, ponieważ był przekonany, iż kontrakt z tutejszym uniwersytetem kończy mu się w maju tego roku. Nie mógł tego jednak zweryfikować w sekretariacie, albowiem jego papiery gdzieś się zapodziały (czemu mnie to nie dziwi), zatem zamienił się w kłębek nerwów. Wymyślał na szybko różne alternatywy dla naszej przyszłości, szukał w internecie pracy zgodnie z wykształceniem, a na koniec zaplanował ucieczkę do Polski. Na wszelki wypadek nie podniecałam się tą wielce kuszącą perspektywą, mimo że taka opcja odpowiadałaby mi najbardziej i oczami wyobraźni widziałam nas opuszczających Genuę. Nie obawiam się zmian, zresztą już raz zaczęłam życie od nowa, aczkolwiek nie byłam wtedy mamą i mogłam sobie na to pozwolić. Bezrobocie w wypadku męża nie wchodzi w rachubę, gdyż jest jedynym żywicielem rodziny i odpowiada za naszą trójkę. Chcąc nie chcąc, niepokój tatusia Kluseczki przeszedł również na mnie i z niecierpliwością oczekiwałam na telefon z sekretariatu. Okazało się, że niepotrzebnie się martwiliśmy, bo Mystera Pi czeka jeszcze ponad rok pracy i tworzenia wrażliwej skóry jakiemuś robotowi. Tym właśnie od lat się zajmuje i chociaż próbuje mi wytłumaczyć, o co w tym chodzi, to i tak nie jestem w stanie niczego zrozumieć. Pewne jest dla mnie jedynie to, że dziwniejszego zajęcia nie mógł sobie wybrać, lecz na wszelki wypadek tego mu nie powiem:).
Obsługiwane przez usługę Blogger.