Nieznane wspierają! odsłona nr 2

by 26 lutego
  Luty mija za szybko. Może nie zaczęłam zbyt finezyjnie, ale ostatnio jestem wmieszana w tyle spraw (czasem zupełnie niepotrzebnych), że nawet nie spostrzegłam, kiedy do drzwi zapukał ostatni czwartek w tym miesiącu. Przygnieciona jelitówką, osaczona rozmaitymi pierdołami, rozczarowana przedszkolną rzeczywistością, na śmierć zapomniałam o kolejnej odsłonie akcji Nieznane wspierają! i gdyby nie czujność moich wspólniczek, zwyczajnie dałabym ciała (dzięki dziewczyny!).


 Zebrałam się jednak, wytypowałam fajne blogi, które już za chwilę będziecie mogli poznać, lecz zanim to się stanie, chciałabym nadmienić, że przynajmniej na razie wstrzymujemy się z naszym skromnym wirtualnym wsparciem. Zgłoszeń jest tyle, co kot napłakał, a ja mimo chęci, nie mam za dużo czasu, żeby wyszukiwać mało znanych autorów. Dokładniej rzecz wytłumaczyła Gosia, od siebie dodam tylko, że byłam bardzo naiwna, spodziewając się zasad fair play w blogosferze. Cóż, mam nauczkę na przyszłość i zapewne z niej skorzystam. Tymczasem przechodzę do meritum i przedstawiam trzy świetne autorki oraz ich internetowe alter ego:

1. Magiczne Słowa

Kasia jest jedną z moich pierwszych blogowych koleżanek i niezmiernie się cieszę, że jej blog trafił właśnie do mnie. Poznałyśmy się na początku naszej wirtualnej drogi, kiedy to stronę Kasi można było określić mianem lifestyle, a z parentingiem nie miała jeszcze wiele wspólnego. Niedawno autorka została mamą Wiktorii, więc blog ewoluował wraz z nią, a cud macierzyństwa trochę odmienił internetowe oblicze Kasi:

"W naszym życiu pojawił się nowy, wspaniały człowieczek, który wprowadził pewne zmiany, dodając do naszej dotychczasowej codzienności mnóstwo uśmiechu i szczęścia. 
Moja miłość do mojego dziecka jest ogromna...mam wrażenie, że z każdym dniem kocham ją coraz bardziej..."

Nie znaczy to, że blog zmienił się w poradnik rodzicielski, bowiem autorka ciągle z tą samą pasją, pisze o tym, co ją bawi, interesuje i motywuje:

"Na swojej drodze życiowej spotykamy mnóstwo ludzi, wśród nich są tacy, którzy swoim zachowaniem powodują, że nagle dostajesz wiatru w żagle, rosną Ci skrzydła, masz milion pomysłów na sekundę, chcesz działać!"

Jesteście ciekawi, co oprócz tego ma do powiedzenia Kasia? Odwiedźcie Magiczne Słowa i zostańcie tam na dłużej!




2. Mel's fashion - mum's passion

Blog Joasi jest dla mnie dowodem na to, iż nie ocenia się książki po okładce. Gdy zajrzałam do niej po raz pierwszy, byłam przekonana, że nic ciekawego tam nie znajdę. Zobaczyłam zdjęcia córeczki Asi- Melanii (ślicznej dziewczynki zresztą), które co prawda mnie urzekły, lecz nie sądziłam, że znajdę na blogu coś więcej od stylizacji maluchów. Na szczęście się pomyliłam (co przyznaję ze skruchą), ponieważ zdjęcia są jedynie dodatkiem do całkiem lekkiego pióra autorki. Joasia to inteligentna dziewczyna z głową na karku i pałam do niej wielką sympatią. A pisze tak:

"Oszczędność mam we krwi, a dodatkowo uczono mnie jej od dziecka. Rodzice nauczyli mnie też szacunku do pracy oraz świadomości, że na pieniądze, a co za tym idzie: wszelkie "zakupy", trzeba zapracować..." 

Sama prawda! U Asi podoba mi się również to, że nie lukruje. Bez zbędnej egzaltacji opowiada o tym, jak jest naprawdę, nie ukrywa swojego rozgoryczenia względem szukania pracy (jakże Cię rozumiem, Joasiu!), ani tego, że jest rozczarowana rynkiem pracy w Polsce:

"Od mniej więcej dwóch lat zarejstrowana jestem w Urzędzie Pracy. Nie mam prawa do zasiłku, jestem tam dlatego, że naprawdę szukam pracy.
Byłam już na kilkudziesięciu rozmowach, które zawsze kończyły się fiaskiem..."

Smutne tym bardziej, że Asia jest doskonale wykształconą osobą. Trzymam za nią kciuki, a Wam polecam jej bloga, który nie tylko fotkami stoi!



3. Słodko Gorzka

Nie będę ukrywać- uwielbiam blog Moniki! Fakt, że zmienia co jakiś czas nazwę bloga, nie zniechęca mnie do niej, a wręcz przeciwne- każde jej oblicze odkrywam z większym entuzjazmem. Wraz z nadejściem nowego roku wyostrzył się styl pisania autorki i jak tak dalej pójdzie, zdetronizuje resztę. Oto próbka jej blogowych możliwości:

"Nic mi nie pasuje. Herbata za gorzka, za słodka. Kawa za czarna, za biała, za słaba, za mocna...
Facet za przystojny, za mądry, za głupi, za nudny. Włosy, albo za krótkie, albo za długie. Cycki za małe lub za duże. Niech mnie ktoś przytuli!"

Zadziorna laska! Jej uwadze nie umknął nawet Grey, a recenzja filmu jest po prostu boska:

"Przykro mi, ale choćbyście się dwoili i troili, to będziecie się częściej śmiać,..., niż wczuwać się w "narastające" pożądanie i uczucie pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów. Naprawdę chciałam obejrzeć dobry film, ..., a dostałam gniot, jakich mało w zestawie z obolałą dupą i stratą finansową"...

Marzyłam o przygryzieniu wargi, ale Monika sprowadziła mnie na ziemię:). Smaczniejsze kąski na temat duetu Grey-Steele poczytacie sobie u niej, do czego gorąco namawiam. Na zachętę dodam, że autorka jest mamusią, więc i tematy rodzicielskie nie są jej obce!



  I to by było na tyle naszej sympatycznej zabawy. Trwała ona niedługo (niestety), lecz nie żałuję jej powstania. Dzięki akcji poznałam bliżej Milenę i Gosię, które- co było oczywiście do przewidzenia- okazały się wspaniałymi dziewczynami; odkryłam interesujące blogi oraz poczułam, że w jedności siła. Z wiatrakami wszakże nie ma co walczyć, toteż na jakiś czas stopujemy. Mimo to ufam, że Nieznane wspierają!: Reaktywacja nastąpi już za niedługo, zatem do zobaczenia!


P.S. Gdyby ktoś miał ochotę podesłać mi swoje namiary, znajdzie mail w stopce lub na plakacie.

Wpisy Gosi i Mileny.

Wirusy, infekcje i inne katastrofy

by 23 lutego
  Córka chora, mąż kontuzjowany- tak w dużym skrócie przedstawiają się wydarzenia ostatnich dni. Tylko mi nic nie jest, choć psychicznie już powoli wysiadam, bo dwoje rekonwalescentów w domu to nie jest łatwa sprawa. Wszystko zaczęło się w piątkowy, skądinąd bardzo przyjemny wieczór, kiedy to Gaja zbyt szybko położyła się spać. Niby to nic takiego, ale Kluseczka zazwyczaj o ósmej jest jeszcze szalenie energiczna, więc trochę się zaniepokoiłam, widząc ją przedwcześnie padniętą. Pomyślałam sobie, że być może przedszkole znowu dało o sobie znać i mała po raz kolejny złapała jakąś infekcję. Myster Pi natomiast niczym się nie przejął i optymistycznie zauważył, że po babsku panikuję, zamiast cieszyć się weekendem oraz obiecującymi perspektywami. Posłuchałam go z braku laku, obejrzeliśmy starą komedię "Naga broń", która jak zwykle mnie rozbawiła i na tym byłby koniec pozytywnych informacji.

  W nocy okazało się, że moje obawy względem córeczki okazały się uzasadnione, ponieważ u Gai objawiła się grypa jelitowa wraz z jej najmniej przyjemną odmianą- wymiotami. Kluseczka męczyła się przez ponad dwie godziny i gdy wydawało się, że w końcu ujarzmiliśmy potwora i możemy wrócić do łóżek, stało się coś nieoczekiwanego. Myster Pi pobiegł do łazienki wyrzucić brudną piżamkę Gai, lecz zrobił to tak niefortunnie, że poślizgnął się o płytki i runął jak długi na podłogę, rąbiąc głową o posadzkę. Widok leżącego na ziemi i nie dającego znaków życia męża spowodował, że omal nie zasłabłam, tymczasem musiałam się prędko opanować. Zadzwoniłam po pomoc, sprawdziłam, co u małej, a w międzyczasie Myster Pi zdołał odzyskać przytomność, aczkolwiek wydawał się mocno rozkojarzony. Karetka pojawiła się po kilkunastu minutach, po czym ratownicy medyczni zdecydowali się zabrać męża, by zobaczyć dokładniej, czy wszystko jest w porządku. Zostałam sama z Kluseczką, która na dobre zasnęła i ogarnęły mnie ponure myśli na temat stanu zdrowia (i umysłu) Mystera Pi. Biedaczek wrócił dopiero o bladym świcie, nadal odrobinę zdekoncentrowany, ale dumny jak paw, bowiem zaopatrzony w nowiutki kołnierz ortopedyczny. Nic poważnego mu nie jest, niemniej zrobił z siebie cierpistę do kwadratu i bohatera w jednym. Prawdziwy mężczyzna, ot co.

  Początek tygodnia nie przyniósł poprawy w walce z jelitówką, toteż odwiedziliśmy pediatrę, żeby się upewnić, co mamy dalej robić. W sobotę nie udało mi się nigdzie dodzwonić, mimo że cały dzień próbowałam, a pogotowie poradziło nam jedynie stronę internetową, bo pacjentów z grypą nie przyjmują. W tej sytuacji doszłam do wniosku, że w weekendy lepiej nie chorować, ponieważ nikogo to nie obchodzi. Na domiar tego przyplątał się do nas następny wirus, również obrzydliwy i nie chcący się odczepić- tym razem ofiarą padł mój komputer. Myster Pi majstrował przy nim do upadłego, aż go naprawił, chociaż wielce się zdziwił, skąd w nowym laptopie aż cztery wirusy. Zasugerował mi, czy aby przypadkiem nie jestem zwolenniczką filmów dla dorosłych, a we mnie od razu zakiełkowało podejrzenie, iż ten jego upadek pozostawił po sobie ślad, skoro plecie takie farmazony. Rano wylał w aucie dwulitrowy płyn do płukania tkanin, później bawił się w porno-detektywa i nawet do pracy nie poszedł, gdyż nie chciał zostawić żony z całym majdanem. Sukces "Idy" skwitował tym, że przecież rok temu zwyciężyły Włochy, więc i na Polskę musiał przyjść czas, jakkolwiek polskiego kina to on nie rozumie. Pytał co prawda, o czym jest "Ida", ale że nie miałam ochoty wdawać się w filozoficzne dysputy, zdołałam się wykręcić. Odparłam: "nieważne o czym, ważne że to film na miarę Oscara". Hurra!


Ostatnie lubię robić zdjęcia Genui o poranku i męczę nimi wszystkich:).




Wszyscy święci

by 18 lutego
  Od paru dni w gazetach, internetach, toaletach i wszędzie, gdzie się da, wałkowany jest tylko jeden temat- medialny (i bardzo spektakularny) upadek Kamila Durczoka. Jeszcze nie wiadomo, czy to właśnie on molestował swoje podwładne, ale znakomita większość rodaków najchętniej już dziś postawiłaby go przed plutonem egzekucyjnym i rozstrzelała bez skrupułów, nie czekając na wyrok. Nie zamierzam bronić Durczoka, ponieważ od tego ma prawników, jednak przyznam, że to, co opublikował tygodnik szmatławiec "Wprost", wywołało we mnie obrzydzenie. Zasugerowano, że dziennikarz jest dziwkarzem, narkomanem i zoofilem, chociaż nie przyłapano go in flagranti, a dowody w tej sprawie są mocno podejrzane. Moim zdaniem facet komuś podpadł, więc zwyczajnie ma przesrane.

  Nie będę ściemniać- lubię i cenię Durczoka, zatem trudno mi uwierzyć, że składał pracownicom niemoralne propozycje. Dziwi mnie także, czemu molestowana dziennikarka nie zgłosiła sprawy na policję, lecz poniewczasie poleciała z tym do prasy. Oliwy do ognia dodała znana pogodynka, jakoby orędowniczka praw kobiet, która stwierdziła, że "wszyscy wiedzą o kogo chodzi", ale winowajcy nie odważyła się wskazać. Cholera jasna, kobito! Na miejscu Twoich przełożonych wezwałabym Cię na dywanik i zmusiła do ujawnienia nazwiska zboczeńca. Jeśli się powiedziało "a", trzeba powiedzieć też "b", zwłaszcza że oskarżenia są zbyt poważne, aby bawić się w kotka i myszkę. Podobno w skandal zamieszana jest gruba ryba rodzimego dziennikarstwa, niemniej nikt nie przemówił wprost (nomen omen)- napastował mnie Kamil Durczok. Z tego powodu uważam, że przedwcześnie skazano go na publiczny lincz.

 Czego konkretnie dowiedzieliśmy się z sensacyjnego materiału na temat Durczoka? Jedynie tego, że w miejscu, gdzie przebywał, znaleziono narkotyki i niskich lotów porno. Czy to od razu robi z niego ćpuna i miłośnika seksu z końmi? Co komu do tego, jak spędza czas po pracy, przecież to jego prywatna rzecz. Dlaczego właściciel zasyfionego mieszkania najpierw zadzwonił do redakcji "Wprost", a dopiero później zaalarmował władze? Nie trzeba być myślicielem, by zauważyć, że coś tu brzydko pachnie, a cała afera jest grubymi nićmi szyta. Ktoś chciał pogrążyć Durczoka i mu się to udało, jako że za dużo ciężkich dział wytoczono przeciw niemu. Błyskotliwa kariera runęła jak domek z kart i jestem przekonana, że szef "Faktów"(chyba już niedługo) po tej kompromitacji się nie podniesie. Jak to ładnie określił mój kumpel z dawnych lat- dobre imię, tak jak dziewictwo, traci się tylko raz.

  Do napisania wpisu skłoniły mnie komentarze, jakie przeczytałam krótko po wybuchnięciu "Durczokgate". Opinie w stylu: "wiedziałem, że to menda jest, zawsze źle mu z oczu patrzyło", świadczą o tym, iż łatwo jest ludźmi manipulować (brawo "Wprost"). Z najbardziej podziwianego i popularnego dziennikarza, Durczok stał się wrogiem społecznym numer jeden, a osądzają go sami abstynenci i żyjący w czystości obywatele. Nie twierdzę, że jest niewinny (albo winny) i gdyby się okazało, że wykorzystywał swoją uprzywilejowaną pozycję, powinien z wylecieć z pracy i to z wielkim hukiem. Do tego czasu wstrzymam się z wylewaniem pomyj i wyładowywaniem emocji na bogu ducha winnej klawiaturze. Leżącego się nie kopie, choćby polskim Greyem był (tak mówią). Sprawdźcie, czy Wasze stoły przypadkiem nie są "upierdolone", bo nie znacie dnia, ani godziny, wszak stojący na straży prawa i porządku tygodnik czuwa.




Łagodząc obyczaje

by 16 lutego
  To już dwadzieścia lat z hakiem, odkąd muzyka zajmuje w moim życiu niepowtarzalne miejsce. Pasjonuję się nią od momentu, kiedy jako nastolatka odkryłam kanał MTV (wówczas nie miał nic wspólnego z dzisiejszym upadkiem stacji) i świat teledysków stanął przede mną otworem. Wiele razy chciałam napisać tekst o tym, co mi w duszy (i odtwarzaczu) gra, ale dopiero wpis Tomka z bloga Dziecinne Problemy Taty zmusił mnie do działania. Postanowiłam pójść jego śladem i wymienić dziesięć utworów, które uważam za wyjątkowe. Nie było to łatwe, ponieważ wybrać procent spośród tysięcy graniczy z cudem, niemniej po kilku tygodniach wykreślania, wkurzania się i dopisywania nowych kawałków, w końcu wyłoniłam finałową dziesiątkę. Z niekłamaną radością przedstawiam zatem moje ukochane Muzyczne Top Ten:

1. Pearl Jam "Alive"

 Kiedy po raz pierwszy usłyszałam Pearl Jam, zwyczajnie przepadłam i mój muzyczny gust na dobre się ukształtował (przedtem byłam fanką New Kids On The Block). Frontman zespołu, Eddie Vedder jest moją wielką rockową miłością, ucieleśnieniem męskich marzeń i przede wszystkim wspaniałym wokalistą. Miałam przyjemność posłuchać go na żywo i był to jeden z najlepszych koncertów, w których uczestniczyłam. Płyty "Ten" mogę słuchać do obrzydzenia, a i tak mi się nie znudzi, no bo to przecież dzieło Pearl Jam. Utwór "Alive" zaś ubóstwiam (zwłaszcza gdy Eddie śpiewa "yeeeeaaaahh"), więc prezentuję go tutaj:



2. Hey "Z rejestru strasznych słów"

Zespół Hey kocham miłością bezkrytyczną, a Kasia Nosowska to dla mnie wybitna postać polskiej sceny muzycznej. Jej teksty to czysta poezja i bardzo się z nimi identyfikuję, dlatego też znajdzie się na liście dwa razy, bo jej kariera solowa nie ma nic wspólnego z Heyem. "Z rejestru strasznych słów" ma w sobie niezwykły klimat, a słowa piosenki są wisienką na torcie.



3. The Doors "Riders on the Storm"

The Doors poznałam przypadkiem- mój szkolny obiekt wetchnień nosił koszulkę z nazwą kapeli i tym samym, nieświadomie zainteresował mnie zespołem. Nie przypuszczałam jednak, że Jim Morrison stanie się moją obsesją, a muzyka "doorsów" będzie mi towarzyszyć przez całą młodość. Niespełnione miłości czasem mogą przynieść pożytek, prawda? "Riders on the Storm" pochodzi z najbardziej dojrzałego albumu The doors: "L.A. Woman", do którego dosyć często wracam, ku utrapieniu Mystera Pi (nie zna się borok). Kto nie słuchał, ten trąba!



4. PJ Harvey "This Is Love"

PJ Harvey to bez wątpienia genialna wokalistka, a jej piosenki działają na mnie jak balsam. Przy tej pozycji siedziałam najdłużej, ponieważ nie mogłam się zdecydować na żaden utwór. Wszystkie są przepiękne i mają w sobie to coś, co powoduje. że przechodzą mnie ciarki, kiedy ich słucham. Większość piosenkarek może PJ Harvey czyścić buty, ale ona chyba niespecjalnie o sławę zabiega, bo to mądra kobieta jest. Numeru "This Is Love" mogłabym słuchać w nieskończoność, a poza tym przypomina mi niektóre magiczne chwile z dawnych lat.




5. Type O Negative "My girlfriend's girlfriend"

Nieodżałowany Peter Steele, piękny Typ O Negatywny... Do tej pory nie mogę uwierzyć, że już go nie ma wśród nas i czasem sobie myślę, że śmierć Petera to jakiś makabryczny żart z jego strony (byłby do tego zdolny). Każda fanka ciężkiego brzmienia kochała się w Peterze, marzyła o nim po nocach i obowiązkowo wieszała jego plakat nad łóżkiem. Tak, tak, Steele był obiektem westchnień niejednej małolaty, a większość facetów w porównaniu z nim wypadała wtedy blado. Dzisiaj, słuchając Type O Negative, zwracam uwagę jedynie na muzykę, choć Petera zawsze będę ciepło wspominać. Myster Pi dogaduje mi, że miałam kiepski gust, bo według niego Steele śpiewał i wyglądał jak wampir, ale co on tam wie.



6. Nirvana "Where Did You Sleep Last Night"

O liderze Nirvany, Kurcie Cobain napisano i powiedziano już wszystko, a mimo to nadal pozostaje dla mnie artystą nieodgadnionym. Szalałam za Nirvaną, nosiłam koszulki z podobizną Kurta i namiętnie oglądałam teledyski zespołu. Pamiętam, że moja mama, która ma jednego tylko idola na wieki- Elvisa Presleya, była w stanie zapamiętać imię i nazwisko Cobaina, jako że katowałam nim całą rodzinę. Kiedy dołączył do legendarnego, choć tak przeklętego Klubu 27, wprost nie mogłam w to uwierzyć, ba, czułam się oszukana! Kurt odszedł zbyt szybko, ale zostawił po sobie niemałą spuściznę. Płytę "Unplugged" Nirvany uważam za arcydzieło, a kawałkiem, za którym najbardziej przepadam, jest "Where Did You Sleep Last Night".



7. Nosowska "Kokaina"

Uwielbiam solowe płyty Nosowskiej, a każda jest lepsza od następnej. Wokalistka posiada cenny dar ubierania myśli w słowa w taki sposób, że zwyczajnie jej tego zazdroszczę. Jak pisałam powyżej, to nie są zwykłe teksty, lecz prawdziwa poezja. Tym razem jednak wybrałam piosenkę, której autorką nie jest Nosowka, a inna wielka postać polskiej kultury- Agnieszka Osiecka. Płyty "Nosowska- Osiecka" słucha się wyśmienicie, gdyż jest bardzo nastrojowa, a utwór "Kokaina" należy do moich faworytów. Uwaga- nie polecam na ukojenie smutków!




8. Nick Cave "Into My Arms"

Kolejny wykonawca z piekła rodem. Oczywiście to jedynie pozory, bo Nick Cave to naprawdę wrażliwy artysta. "Into My Arms" jest jednym z tych utworów, wobec których nie można przejść obojętnie. Bywa, że słucham go wiele razy w ciągu dnia, a i tak mam mało. Na szczęście Myster Pi wtenczas jest w pracy.



9. Mike Patton "Ti offro da bere"

Bez włoskiej muzyki ten zestaw obyć się nie może. Co prawda miałam poważny dylemat, kogo by tu umieścić, bowiem konkurencja była spora. W grę wchodzili Vasco Rossi, Claudio Baglioni, Biagio Antonacci (mam do niego słabość), czy Negramaro, ale zdystansował ich Amerykanin z krwi i kości- Mike Patton. Jego płyta z włoskimi utworami "Mondo Cane" jest fantastyczna, a stare numery w nowych aranżacjach brzmią szczególnie interesująco. A gdy do tego dodać świetny wokal Mike'a, który śpiewa po włosku z tym swoim seksownym jankeskim akcentem, to nie ma się czemu dziwić, że zmiótł kandydatów z powierzchni bloga. Łagodniejsza odmiana wokalisty Faith No More zrobiła na mnie ogromne wrażenie i pluję sobie w brodę, że płytę zostawiłam w kraju. "Ti offro da bere" to przedsmak tego, co wyprawia z włoską muzą  Mike Patton i nawet Myster Pi nie miał nic do gadania.



10. Frank Sinatra "My Way"

Co w tym dzikim i depresyjnym towarzystwie robi poczciwy Frank Sinatra? Ano robi, ponieważ postać ta fascynuje mnie nie od dziś, a uwtór "My Way" to klasyka w najlepszym wydaniu (no i ten głos). Słuchając tej piosenki, zawsze się wzruszam i niejednokrotnie ocieram ukradkiem łzę. Gdyby ktoś mnie zapytał, jaką piosenką chciałabym podsumować życie, byłaby to właśnie "My Way".






I to by było na tyle. Nie sposób wymienić wszystkich artystów, którzy wywarli na mnie wpływ, niemniej jestem zadowolona z wyboru. Przypomniałam sobie szaleństwa młodości  i ta podróż do przeszłości wiele mi dała. Nie zamierzam nikogo zmuszać do udziału w zabawie, lecz mam nadzieję, że parę osób również się na to porwie, bo chętnie bym poznała gusta moich blogowych znajomych. Do muzycznego usłyszenia!

P.S. Gwoli formalności- posiłkowałam się YouTube.





Prawo lajków

by 12 lutego
  Ponad rok temu, gdy zaczęłam przygodę z blogowaniem, obiecałam sobie, że nie dam się wplątać w niecne konflikty tudzież intrygi, bo zwyczajnie mnie to nie kręci. Zamiast marnować mój cenny czas na zajmowanie się bzdurami, wolę pobawić się z córeczką, ewentualnie poczytać książkę. Na afery jestem o wiele za stara i większość z nich wywołuje we mnie uśmiech politowania (czasem zażenowania), a nie spodziewane emocje. Uważam jednak, że każdy na swoim podwórku może robić to, co mu się żywnie podoba i nic mi do tego. Nikt zresztą nie zmusza mnie do czytania i z tego przywileju skwapliwie korzystam.

  Do tej pory rzadko spotykałam się z przejawami internetowej agresji, a hejterzy omijali mój blog szerokim łukiem. Bardzo mnie to cieszyło, ponieważ nie znoszę krytyki (mam uraz z dzieciństwa) i wbrew panującym opiniom, że prawdziwy bloger bez hejterów to żaden bloger, wcale tak nie sądzę. Dlatego też nie opublikowałam dwóch negatywnych komentarzy, które niedawno dostałam, gdyż nie mam ochoty zaśmiecać mojej wirtualnej przestrzeni, bądź wdawać się w bezsensowne polemiki. Jeśli ktoś mi pisze, że akcja "Nieznane wspierają!" jest do dupy, bo z taką ilością lajków na fejsie to mogę się ze wstydu zapaść pod ziemię, a nie promować inne blogi, to jak mam się odnieść do tych słów? Chyba tylko tak, że niektórym lajki zaćmiły umysł.

  Fanpage założyłam po to, by rozgraniczyć sprawy prywatne od blogowych. Nie reklamuję go, nie latam po sieci i nie spamuję, jak również nie płacę fejsowi za kluseczkową propagandę. Nie czuję się gorsza z tego powodu, że blog lubi jedynie 85 osób i nie zamierzam nic z tym fantem zrobić. Wolę mieć mało lajków i duży ruch, niż tysiące polubień i martwą stronę. Nie patrzę na blogerki przez pryzmat facebooka, chociaż wiem, że dużo z nich tak właśnie robi. Opinie w stylu "nędzne lajki", "funpage składający się z rodziny", czy "jesteś nikim, bo masz za mało lubusiów " słyszałam niejednokrotnie, ale latają mi one koło nosa. W blogowaniu najważniejsza jest treść, cała zaś reszta to dodatek do oferty. Niemniej, fenomen fejsbukowych polubień skłonił mnie do nader smutnych refleksji.

  Wygląda na to, że człowiek jest tyle wart, ile dostanie lajków na fejsie (że zacytuję siebie samą). W dziwną stronę zmierza świat, gdzie miarą sukcesu zostały internetowe kciuki i podobne pierdoły. Wirtualny byt zbyt mocno wpłynął na rzeczywistość i odcisnął na nas nie całkiem pozytywne piętno. Podziwiamy tych, którzy mają hordy polubień i bałwochwalczo im przytakujemy, mimo że w głębi duszy ich nie znosimy. Dzielimy użytkowników na lepszych i gorszych (zupełnie jak w życiu) oraz wymieniamy złośliwe uwagi na temat ich znikomych aktywności. Kwestią czasu jest to, że zaczniemy się przedstawiać wirtualnym nickiem i nazwą funpage'a, bowiem nikogo nie będzie obchodzić nasze imię i nazwisko (a po co to komu):

-Jak cię zwą w internetach i ile masz lajków?
-No, Myszka Mi, 150 lajków.
-To nie mamy o czym gadać.

FejsBóg, czyż nie?
 

Bolek i Lolek w Genui

by 08 lutego
-Co się tak pchasz, Lolek? Zaraz wyjmą nas z paczki i wreszcie będziemy mogli rozprostować nogi. To dopiero początek, a ja już mam dosyć podróżowania w tak niewygodny i tani jak najtańszy barszcz sposób. Myślałem, że będziemy traktowani jak celebryci i wożeni limuzyną, a tu masz ci poczto. Priorytetem nas wysyłają, tego się w życiu nie spodziewałem. Jesteśmy legendami polskiej animacji i ulubieńcami kilku pokoleń, przynajmniej ja, bo z tobą Lolek, sam wiesz jak to jest. Sławę osiągnąłeś tylko dzięki mnie!

-Cicho Bolek, słyszę jakieś szmery i robi się jaśniej, w końcu nas odpakowują. Zobacz tą małą, wow, to ona będzie naszą Cziczerone? Całe szczęście, bo starsze panie po trzydziestce są takie poważne i sztywne, jakby kije od miotły połknęły. O nie, jeszcze jedna, na pewno znowu włoży nas do torebki.

(Starsza pani po trzydziestce w międzyczasie robi chłopakom zdjęcia przy oknie na tle miasta).


-I to ma być Genua? Jak na razie mnie nie powala, widziałem ładniejsze miejsca. Popatrz, Lolek, widać stadion, wybierzemy się na mecz? Kiedy gra liga?

-Chyba w weekend, ale do następnej soboty na pewno tu nie zostaniemy.

-Szkoda.Wiesz co, mam pomysł- udaj, że zachorowałeś, przedłużymy sobie pobyt tutaj i pójdziemy pokibicować.

-To nie jest najlepszy pomysł!

-Masz rację, lepiej złam rękę, będziesz bardziej wiarygodny. Aaaaa, co to ma być?

(Starsza pani po trzydziestce zabiera Bolka i Lolka w trasę).


Centrum miasta, Port Antyczny.



-Bolek, zerknij tam, jaki fantastyczny statek! Czytałem o nim, to ten sam, w którym pływali "Piraci" Romana Polańskiego. Po zakończeniu zdjęć do filmu został zacumowany w Genui, ku uciesze mieszkańców.

-I ty w to wierzysz? Daj spokój, to na pewno atrapa, a turystom wciska się kit, żeby go zwiedzali i kasę zostawiali. Fajny jest, temu nie zaprzeczam, ale filmowy był jakby większy i się poruszał, a ten jak na mój gust jest za spokojny. Zresztą nie widzę tu piratów, ani choćby prostych majtków, więc nie ze mną te numery, Lolek.




-O, akwarium dla rybek. Skoro tam ich tyle jest, to może uda nam się złowić jakiegoś halibuta albo chociaż śledzia, bo głodny się zrobiłem. Łazimy i łazimy, a żołądek mi skacze jak piłka. Wejdźmy tam, ja zagadam obsługę, a ty poszukasz wędki.


-W Akwarium nie ma halibutów, są za to delfiny, piranie, a nawet rekiny.

-Rekiny? O żesz Karol, idziemy dalej, nie mam ochoty podzielić losu Pinokia! Pisał mi ostatnio na fejsie, że do tej pory ma wodne koszmary i śni mu się bestia, która go połknęła. Te morskie potwory uwielbiają pożerać postaci z bajek, gdyż podobno smaczne z nas zakąski.






-Widzisz te słupy, a co to takiego?

-To nie są żadne słupy, tylko projekt wielkiego architekta- Renzo Piano. Struktura robi naprawdę niesamowite wrażenie i jest genialna w swej prostocie, sam bym tego lepiej nie wymyślił, choć mam ogromny talent do projektowania.

-Ja tam nadal sądzę, że to są skrzywione słupy.




Inny odcinek miasta, pomnik Garibaldiego.

-Garibaldi jest jedną z najważniejszych postaci w historii Italii. Zastał Włochy rozwalone, a zostawił zjednoczone, zupełnie jak nasz król, jak go poddani nazywali, Lolek? Nie umiem sobie przypomnieć, bo byłem wtedy na waga..., znaczy różyczkę przechodziłem i opuściłem lekcję historii. Pamiętasz tego mądrego króla?

-Kazimierz Wielki.

-Ano właśnie, miałem go na końcu języka. Chyba budowlańcem był, bądź drewna nie lubił, coś mi tam świta. A ten cały Garibaldi jak się wkurzył, to wyruszył na wyprawę (prawie tak samo, jak my) i dzięki niemu Włochy nie są podzielone na części. Dlatego w każdym włoskim mieście jest ulica Garibaldiego, pomnik Garibaldiego, plac Garibaldiego, są szkoły imienia Garibaldiego i nawet lodziarne Garibaldiego by się znalazły. Ma więcej rzeźb niż nasz papież, cwaniak jeden! Szkoda, że w tamtych czasach ludzie smartfonów nie mieli. Pstryknąłby facet selfie i dzięki temu oszczędziłby roboty rzeźbiarzom, którzy wiecznie się muszą z nim użerać. Czemu nikt wcześniej telefonów z aparatem nie wymyślił?

-Bo dawniej ludzie byli o wiele mądrzejsi.





Kierunek Kolumb!


-No i mamy dom Kolumba, najsłynniejszego Genueńczyka. Zaczynam rozumieć, czemu się wyniósł z Genui, bo mieszkać w takich warunkach raczej bym nie chciał. Nie sądzę, aby hodował tu kury (niby gdzie) i wymyślił tę swoją teorię o jajku.

-Na czym ona polegała?

-Oj, Lolek, co byś zrobił beze mnie- twojej prywatnej skarbnicy wiedzy? Po odkryciu Ameryki Kolumb chodził po mieście i przekonywał wszystkich, że jajka na bekonie są najzdrowsze i najsmaczniejsze. Jeden jego kumpel postanowił je przyrządzić, lecz miał pecha, gdyż po konsumpcji przyplątała się do niego salmonella. Poszedł więc wkurzony do Kolumba, oskarżył go o zatrucie z premedytacją i powiedział: "wypchaj się swoimi jajkami, Kolumb". Stąd wzięło się powiedzenie "jajko Kolumba", wie o tym każdy gimnazjalista!




-Dobra, przyliż włosy, robimy zdjęcie z naszą przodowniczką.














-Ile schodów, aż mnie mdli na ich widok! I jak teraz odpocznę po długiej przeprawie przez miasto, skoro muszę się wspinać? Nic tu po nas, spadamy do Krainy Ostu.

-Chyba Doliny Aosty.

-No przecież mówię!


Nieznane wspierają! odsłona nr 1

by 05 lutego
  Nadszedł moment prawdy! Przyznam szczerze, że po opublikowaniu poprzedniej notki trochę się obawiałam reakcji na mój pomysł. Przez chwilę byłam pewna, że porwałam się z motyką na słońce i pies z kulawą nogą nie zainteresuje się akcją. Pomyliłam się jednak i z dumą mogę powiedzieć, że napłynęło więcej ofert, niż się tego spodziewałam. Mam nadzieję, że zabawa dopiero zaczyna się rozkręcać i za niedługo będę mogła przebierać w blogach, jak w ulęgałkach.

  Do współpracy zaprosiłam dwie pierwsze osoby, które wyraziły chęć pomocy i są to- jak zapewne już wiecie- Gosia, znana bardziej jako Antyterrorystka i Milena, czyli Mamuśka Mylcia. Jesteśmy taką małą blogową drużyną wirtualnego pierścienia, która walczy ze stereotypami i próbuje coś zrobić dla innych. Naszym zadaniem nie jest krytykowanie oraz biadolenie, że dostajemy same daremne teksty (wcale tak nie jest, niemniej gdyby się zdarzyło, to nie widzę powodu, by smęcić o tym publicznie na blogu). Chcemy wspierać początkujących autorów i nie bawi nas podcinanie im skrzydeł.

  Każda szanująca się akcja powinna mieć swój plakat, który dla nas wykonała Milena, bo Myster Pi nawalił. Nie miał czasu, a że Milena sama się zgłosiła, chętnie przyjęłam jej propozycję. Oto banner akcji Nieznane wspierają!:



  Przechodząc do najważniejszego, czyli zaprezentowania autorek, pragnę wyjaśnić ostatnią rzecz. Razem z dziewczynami zdecydowałyśmy o tym, że podzielimy się demokratycznie blogami, gdyż wspomnienie o wszystkich w jednym wpisie byłoby raczej niemożliwe. Nikt nie został pominięty i jeśli nie ma go tutaj, to zostanie wyróżniony u Antyterorystki lub Mamuśki Mylci. No dobra, nie przedłużam i przedstawiam Wam trzy naprawdę ciekawe blogi (kolejność ich wymienienia jest całkowicie przypadkowa):


1. Współczesna Matka Polka

Autorką bloga jest Ola, mama trójki dzieci, która "robi za kurę domową, jak każda szanująca się kobieta odchudza się, a gdy synowie łapią drzemkę, umila sobie czas blogując". Nieobce są jej momenty zwątpienia i nie wstydzi się do nich przyznać, czego dała wyraz na blogu, pisząc poruszający tekst: "Nowy początek". Oto jego fragment:

  "Nie sprostałam wymaganiom, które sobie narzuciłam.
   Nie sprostałam wymaganiom, które zostały mi narzucone jako matce.
   Nie sprostałam wymaganiom, które wynikają z zażyłości rodzinnych.

  Po prostu załamałam się..."

Nie zawsze bywa u niej smutno i żeby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać najnowszą notkę: "Cisza na zimowym podwórku", która wzbudziła we mnie nutkę nutkę tęsknoty za prawdziwą polską zimą:

"Gdy już wyrosłam z sanek i dupolotów, to przyszedł czas na rzucanie się śnieżkami i nacierania dziewczyn przez chłopaków. Także miłe wspomnienia. Aż serce rośnie..."


Zapraszam Was do świata Współczesnej Matki Polki! Jestem pewna, że nie pożałujecie chwil spędzonych na jej blogu i tak samo jak ja, zostaniecie jej czytelnikami.



2. Matki Polki Fanaberie

Fanaberie miewa każda matka, to naturalne i logiczne zarazem. Nie każda jednak od razu nazywa tak stronę i wyrusza na podbój internetów. Bloga Karoliny nie znałam wcześniej, ale nadrabiam straty ze zdwojoną energią, bo bardzo mi się spodobało pióro autorki. Dziewczyna jest odważna i nie owija w bawełnę, choć w jej wpisach nie brakuje cenionej przeze mnie ironii. "Nie cierpię matek idealnych" to przykład tekstu idealnie ironicznego:

  "Istnieje taki rodzaj matek, który działa na mnie jak płachta na byka. Sorry już tak mam, nie trawię i już. 
 "To typ "Matki Idealnej" nierzadko występujący w jednym ciele z "Matką Wiem Wszystko". Normalnie w przyrodzie takie zjawiska nie występują..."

Nieźle, prawda? Karolina jest mamą dwójki chłopców, o których często pisze. Post "Fajnie jest" pokazuje, że autorka nie tylko ironią blogową żyje, lecz również (a może przede wszystkim) autoironią:

  "Mam co jeść i gdzie mieszkać, ubrać się nie mam w co..., ciotką zostałam niedawno, a za miesiąc idę w końcu z koleżanką na kawę, no nie ma się do czego przyczepić."

Faktycznie nie ma! Zmykajcie więc do Karoliny, nie zapominając o tym, że fanaberie to taki charakterowy kobiecy must have. Kto ich nie ma, ten jest mężczyzną:).



3. Myśli Matki

Natalia to młoda, 26-letnia mama (ile bym dała, by mieć te 10 lat mniej), lecz sądząc po jej wpisach, ma dobrze poukładane w głowie. Czytając notkę "Po co nam rodzina" nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że łączą nas podobne doświadczenia:

  "Bardzo cenię sobie to, że mam teraz "swoją rodzinę". Mogę teraz wypełnić w sercu te luki, na które zabrakło miłości w czasie kryzysu moich rodziców. Mogę teraz od nowa, od początku stworzyć swoje miejsce na ziemi, w którym zawsze będę czuła się bezpiecznie"

Natalia jest mamą małego Krzysia i jak to w przypadku matek jedynaków bywa (wiem po sobie, a jakże), autorka jest nieco przewrażliwioną mamuśką:). Syn Natalii właśnie zasilił grono żłobkowiczów, o czym wspomina w świetnym wpisie: "Rozmyślam. Stanowczo za dużo":

  "Czekałam na ślub, czekałam na poród, czekałam na pierwszą przespaną noc (nie doczekałam się), czekałam na wakacje, czekałam na okres, czekałam na odpowiedź z pracy, teraz czekam na pierwszy dzień Krzysia w żłobku..."

Blog "Myśli Matki" zawiera o wiele więcej interesujących smaczków i jest dowodem na to, że warto otwierać się na nowych autorów. Nie każcie Natalii długo czekać i wstąpcie w jej barwne wirtualne progi. Zapewniam, że nie będziecie tego żałować!





  Za trzy tygodnie kolejne otwarcie i akcji i już teraz zachęcam do podsyłania blogów. Jak widać, operacja Nieznane wspierają! jest całkiem sympatyczna, więc po cichu liczę na to, że następnym razem znów będzie mi dane poznać fantastyczne blogi. Przypominam, że maile możecie wysyłać zarówno na mój adres, jak i Mileny bądź Gosi:

-Milena- 2013mamuska@gmail.com
-Gosia- gosiaa10@buziaczek.pl
-gwoli formalności ja- sabicate@gmail.com

Czekamy na Was!


 P.S.

Wpisy moich wspólniczek:
- Gosia
- Milena




  








  


Obsługiwane przez usługę Blogger.