Prawo lajków

  Ponad rok temu, gdy zaczęłam przygodę z blogowaniem, obiecałam sobie, że nie dam się wplątać w niecne konflikty tudzież intrygi, bo zwyczajnie mnie to nie kręci. Zamiast marnować mój cenny czas na zajmowanie się bzdurami, wolę pobawić się z córeczką, ewentualnie poczytać książkę. Na afery jestem o wiele za stara i większość z nich wywołuje we mnie uśmiech politowania (czasem zażenowania), a nie spodziewane emocje. Uważam jednak, że każdy na swoim podwórku może robić to, co mu się żywnie podoba i nic mi do tego. Nikt zresztą nie zmusza mnie do czytania i z tego przywileju skwapliwie korzystam.

  Do tej pory rzadko spotykałam się z przejawami internetowej agresji, a hejterzy omijali mój blog szerokim łukiem. Bardzo mnie to cieszyło, ponieważ nie znoszę krytyki (mam uraz z dzieciństwa) i wbrew panującym opiniom, że prawdziwy bloger bez hejterów to żaden bloger, wcale tak nie sądzę. Dlatego też nie opublikowałam dwóch negatywnych komentarzy, które niedawno dostałam, gdyż nie mam ochoty zaśmiecać mojej wirtualnej przestrzeni, bądź wdawać się w bezsensowne polemiki. Jeśli ktoś mi pisze, że akcja "Nieznane wspierają!" jest do dupy, bo z taką ilością lajków na fejsie to mogę się ze wstydu zapaść pod ziemię, a nie promować inne blogi, to jak mam się odnieść do tych słów? Chyba tylko tak, że niektórym lajki zaćmiły umysł.

  Fanpage założyłam po to, by rozgraniczyć sprawy prywatne od blogowych. Nie reklamuję go, nie latam po sieci i nie spamuję, jak również nie płacę fejsowi za kluseczkową propagandę. Nie czuję się gorsza z tego powodu, że blog lubi jedynie 85 osób i nie zamierzam nic z tym fantem zrobić. Wolę mieć mało lajków i duży ruch, niż tysiące polubień i martwą stronę. Nie patrzę na blogerki przez pryzmat facebooka, chociaż wiem, że dużo z nich tak właśnie robi. Opinie w stylu "nędzne lajki", "funpage składający się z rodziny", czy "jesteś nikim, bo masz za mało lubusiów " słyszałam niejednokrotnie, ale latają mi one koło nosa. W blogowaniu najważniejsza jest treść, cała zaś reszta to dodatek do oferty. Niemniej, fenomen fejsbukowych polubień skłonił mnie do nader smutnych refleksji.

  Wygląda na to, że człowiek jest tyle wart, ile dostanie lajków na fejsie (że zacytuję siebie samą). W dziwną stronę zmierza świat, gdzie miarą sukcesu zostały internetowe kciuki i podobne pierdoły. Wirtualny byt zbyt mocno wpłynął na rzeczywistość i odcisnął na nas nie całkiem pozytywne piętno. Podziwiamy tych, którzy mają hordy polubień i bałwochwalczo im przytakujemy, mimo że w głębi duszy ich nie znosimy. Dzielimy użytkowników na lepszych i gorszych (zupełnie jak w życiu) oraz wymieniamy złośliwe uwagi na temat ich znikomych aktywności. Kwestią czasu jest to, że zaczniemy się przedstawiać wirtualnym nickiem i nazwą funpage'a, bowiem nikogo nie będzie obchodzić nasze imię i nazwisko (a po co to komu):

-Jak cię zwą w internetach i ile masz lajków?
-No, Myszka Mi, 150 lajków.
-To nie mamy o czym gadać.

FejsBóg, czyż nie?
 
Obsługiwane przez usługę Blogger.