Wirusy, infekcje i inne katastrofy

  Córka chora, mąż kontuzjowany- tak w dużym skrócie przedstawiają się wydarzenia ostatnich dni. Tylko mi nic nie jest, choć psychicznie już powoli wysiadam, bo dwoje rekonwalescentów w domu to nie jest łatwa sprawa. Wszystko zaczęło się w piątkowy, skądinąd bardzo przyjemny wieczór, kiedy to Gaja zbyt szybko położyła się spać. Niby to nic takiego, ale Kluseczka zazwyczaj o ósmej jest jeszcze szalenie energiczna, więc trochę się zaniepokoiłam, widząc ją przedwcześnie padniętą. Pomyślałam sobie, że być może przedszkole znowu dało o sobie znać i mała po raz kolejny złapała jakąś infekcję. Myster Pi natomiast niczym się nie przejął i optymistycznie zauważył, że po babsku panikuję, zamiast cieszyć się weekendem oraz obiecującymi perspektywami. Posłuchałam go z braku laku, obejrzeliśmy starą komedię "Naga broń", która jak zwykle mnie rozbawiła i na tym byłby koniec pozytywnych informacji.

  W nocy okazało się, że moje obawy względem córeczki okazały się uzasadnione, ponieważ u Gai objawiła się grypa jelitowa wraz z jej najmniej przyjemną odmianą- wymiotami. Kluseczka męczyła się przez ponad dwie godziny i gdy wydawało się, że w końcu ujarzmiliśmy potwora i możemy wrócić do łóżek, stało się coś nieoczekiwanego. Myster Pi pobiegł do łazienki wyrzucić brudną piżamkę Gai, lecz zrobił to tak niefortunnie, że poślizgnął się o płytki i runął jak długi na podłogę, rąbiąc głową o posadzkę. Widok leżącego na ziemi i nie dającego znaków życia męża spowodował, że omal nie zasłabłam, tymczasem musiałam się prędko opanować. Zadzwoniłam po pomoc, sprawdziłam, co u małej, a w międzyczasie Myster Pi zdołał odzyskać przytomność, aczkolwiek wydawał się mocno rozkojarzony. Karetka pojawiła się po kilkunastu minutach, po czym ratownicy medyczni zdecydowali się zabrać męża, by zobaczyć dokładniej, czy wszystko jest w porządku. Zostałam sama z Kluseczką, która na dobre zasnęła i ogarnęły mnie ponure myśli na temat stanu zdrowia (i umysłu) Mystera Pi. Biedaczek wrócił dopiero o bladym świcie, nadal odrobinę zdekoncentrowany, ale dumny jak paw, bowiem zaopatrzony w nowiutki kołnierz ortopedyczny. Nic poważnego mu nie jest, niemniej zrobił z siebie cierpistę do kwadratu i bohatera w jednym. Prawdziwy mężczyzna, ot co.

  Początek tygodnia nie przyniósł poprawy w walce z jelitówką, toteż odwiedziliśmy pediatrę, żeby się upewnić, co mamy dalej robić. W sobotę nie udało mi się nigdzie dodzwonić, mimo że cały dzień próbowałam, a pogotowie poradziło nam jedynie stronę internetową, bo pacjentów z grypą nie przyjmują. W tej sytuacji doszłam do wniosku, że w weekendy lepiej nie chorować, ponieważ nikogo to nie obchodzi. Na domiar tego przyplątał się do nas następny wirus, również obrzydliwy i nie chcący się odczepić- tym razem ofiarą padł mój komputer. Myster Pi majstrował przy nim do upadłego, aż go naprawił, chociaż wielce się zdziwił, skąd w nowym laptopie aż cztery wirusy. Zasugerował mi, czy aby przypadkiem nie jestem zwolenniczką filmów dla dorosłych, a we mnie od razu zakiełkowało podejrzenie, iż ten jego upadek pozostawił po sobie ślad, skoro plecie takie farmazony. Rano wylał w aucie dwulitrowy płyn do płukania tkanin, później bawił się w porno-detektywa i nawet do pracy nie poszedł, gdyż nie chciał zostawić żony z całym majdanem. Sukces "Idy" skwitował tym, że przecież rok temu zwyciężyły Włochy, więc i na Polskę musiał przyjść czas, jakkolwiek polskiego kina to on nie rozumie. Pytał co prawda, o czym jest "Ida", ale że nie miałam ochoty wdawać się w filozoficzne dysputy, zdołałam się wykręcić. Odparłam: "nieważne o czym, ważne że to film na miarę Oscara". Hurra!


Ostatnie lubię robić zdjęcia Genui o poranku i męczę nimi wszystkich:).




Obsługiwane przez usługę Blogger.