Wypalona

źródło
 
  Od dłuższego czasu blogowanie nie sprawia mi radości. Owszem, nadal lubię pisać, ale czuję się wypalona.Wzięłam udział w dwóch fantastycznych projektach Klubu Polki na Obczyźnie, po czym zadałam sobie pytanie: "co dalej"? Kogo właściwie interesuje, co mam takiego do powiedzenia? Moje życie to nie gotowy scenariusz filmowy, ani nawet nie telenowela, tylko najzwyklejsza i mało porywająca codzienność. Jestem szczęśliwa i nie przeszkadza mi status kury domowej, niemniej czytelnicy pragną czegoś innego, niż zwierzeń zwyczajnej mamy i pani domu. A tego nie jestem w stanie im zapewnić...

  Jeszcze niedawno tworzyłam notki jak natchniona- miałam w folderach roboczych kilkanaście gotowych postów i siłą powstrzymywałam się od tego, aby nie publikować wpisów dzień po dniu. Słowa same spływały mi na wirtualny papier i czasem ich nie doganiałam, ponieważ tyle myśli kłębiło mi się w głowie. Wpisy starałam się dopieszczać i sprawdzałam wielokrotnie, czy są do rzeczy oraz wyłapywałam liczne niedociągnięcia. A teraz? Piszę bez emocji, dosyć sztampowo i machinalnie, jakbym czuła się do tego przymuszona. Zgubiłam sens blogowania i nie widzę wyjścia z tunelu...

  Do tego, aby pisać bloga trzeba mieć twardą skorupę i umieć przyjmować krytykę. Ja tego nie potrafię, przyznaję się bez bicia. Zdaję sobie sprawę z tego, że wszystkim nie dogodzę i zawsze znajdzie się malkotent, który zmiesza z błotem mój styl, lecz za bardzo to przeżywam. Kiedyś wspomniałam, że czuję się blogowo niespełniona i dostałam za to baty. A co w tym złego, że pragnęłam być doceniona, powiedzcie mi? Dzisiaj ten cały blogowy blichtr po prostu mi zwisa, bowiem zrozumiałam, że wcale o nim nie marzę. Gryzłam się taką pierdołą, choć w tej chwili chciałabym mieć podobny problem. Bo to o wiele prostsze od wypalenia...

  Dzięki blogowaniu udało mi się zagłuszyć tęsknotę za krajem, poznałam też grono wspaniałych osób, z którymi nawiązałam serdeczne relacje. Zadanie zostało wykonane, wiosna w pełni, więc spokojnie mogę poświęcić czas Gai. Mała nie opuszcza mnie na krok, często wychodzimy na plac zabaw i cieszę się z każdego postępu mojej Kluseczki. Razem się bawimy, Gaja uczy się polskiego i to mi daje prawdziwego kopa, a także motywację do życia. Pisanie bloga natomiast stało się przymusem i gdyby nie Myster Pi, już dawno by mnie tu nie było. Jego zapał i niezwykła wiara w możliwości żony pozwalają mi ciągnąć blogowy wózek, aczkolwiek z coraz większą niechęcią, niestety. Funkcja "delete" wydaje mi się wyłącznie wybawieniem. Dam sobie ostatnią szansę, a potem...będzie, co ma być. Wypaliłam się...
Obsługiwane przez usługę Blogger.