Złodziej na horyzoncie

  Tak, wiem, miałam zrobić sobie długą przerwę i nie pisać. Wczoraj jednak wydarzyło się coś, co spowodowało, że muszę dać upust swym emocjom na blogu, bo inaczej będę chodziła wkurzona aż do Wielkanocy (albo i dłużej). Otóż moja mama została napadnięta, kiedy wracała z niedzielnego spaceru. Złodziej zaszedł ją od tyłu i wyrwał torebkę (prawie że z ręką), a potem błyskawicznie się ulotnił. Działo się to koło jedenastej rano i jakieś pięćdziesiąt metrów od naszego domu. Osiedle, gdzie mieszkają moi rodzice jest w miarę bezpieczne i takie rzeczy nigdy nie miały tam miejsca, zwłaszcza w biały dzień. A tu nagle pojawił się złodziejaszek i zaatakował znienacka moją mamę. Dużo nie udało mu się ukraść, ale pech chciał, że w torebce był dowód osobisty i gnojek zna teraz nasz adres zamieszkania.

  Mama nie należy do strachliwych kobiet i jak na swój wiek jest bardzo energiczna, lecz nie dała rady młodemu dryblasowi. Po dokonaniu przez niego kradzieży zaczęła krzyczeć, ile sił w płucach: "łapać złodzieja", ale nikt na jej wrzaski nie zareagował. Muszę przyznać, że to rozsierdziło mnie najbardziej, gdyż większość osób mieszkających w pobliżu zdarzenia dobrze zna moją mamę, więc mogło się trochę wysilić. Zero odzewu z ich strony było dosyć wymowne, choć jestem przekonana, że niektórzy kukali zza firanki i nawet jeśli nie widzieli ataku, to słyszeli później wydzierającą się mamę. Cóż, takie są teraz czasy, że każdy boi się o siebie i ma w dupie innych. Naprawdę ciężko było zapytać mamy, czy nie potrzebuje pomocy, lub zadzwonić na policję? Najwyraźniej...

  Ponad dwadzieścia lat temu na naszej ulicy grasował zboczeniec, który pokazywał to i owo małym dziewczynkom. Mama i trzy słusznej postury sąsiadki przyczaiły się na niego w klatce schodowej i tak okładły delikwenta miotłami, że wyniósł się jak niepyszny, głośno złorzecząc na "durne baby", które go zaatakowały. Interwencja policji nie była potrzebna, dzielne panie zostały ogłoszone lokalnymi bohaterkami, a pedofil więcej nie pojawił się w okolicy, widocznie jego plecy (i nie tylko) naprawdę ucierpiały. Dzisiaj zaś panuje znieczulica i porządni obywatele wolą się nie wychylać. Nie ma solidarności i koleżeńskiej współpracy, a na współczucie ludzi nie nie można liczyć. To bardzo przykre.

 Emigracja wiążę się z tym, że żyję w ustawicznym niepokoju o bliskich. Rodzice nie są najmłodsi i zwyczajnie się o nich martwię. Byłabym spokojniejsza, gdybym wiedziała, że otacza ich życzliwość, a nie obojętność. Mamie co prawda nic się nie stało, ale następnym razem może nie mieć takiego szczęścia. Uczuliłam ją na to, żeby w miarę możliwości nie wychodziła sama z domu i nie nosiła ze sobą większej gotówki. Mam nadzieję, że taka sytuacja się nie powtórzy i rzezimieszek wkrótce zostanie złapany. Ulubionej torebki mamy odzyskać się nie da i jest to dla mnie niepowetowana strata. Bo wiecie, jestem maniczką torebek, szczególnie tych, które podarowałam. Co za parszywe czasy!


źródło

Obsługiwane przez usługę Blogger.