Byliśmy biedakami

by 27 kwietnia
  Rozkapryszone dziewczynki mają się dobrze. Nic nie robią, o nic nie muszą się starać, a ich jedynym zmartwieniem jest kolor lakieru do paznokci, ewentualnie stylizacja na wieczorną imprezę u psiapsiółki.

  Rozkapryszone dziewczynki gardzą ludźmi i nie znoszą biedaków. Od dziecka są przekonane o swojej wyjątkowości, więc z byle kim się nie zadają. Mają wszystko podane na tacy i dlatego uważają się za lepsze od innych.

  Rozkapryszone dziewczynki otoczone się wianuszkiem wyznawców, chociaż nawet nie są miłe, a większość znajomych robi wszystko, by wkraść się w ich łaski. Czy Ty na swojej drodze także spotkałeś rozkapryszoną dziewczynkę?

  Byliśmy biedakami i z tego powodu dotknął nas społeczny ostracyzm. Ludzie śmiali nam się w twarz, drwili z naszych ubrań oraz z tego, że nie posiadaliśmy auta i nigdzie nie jeździliśmy na wakacje.

  Byliśmy biedakami, a mimo to szczęście nas nie omijało. Potrafiliśmy się cieszyć małymi rzeczami i doceniać to, co mamy, a każdy dzień był dla nas przygodą.

 Byliśmy biedakami i mieszkaliśmy w pobliżu rozkapryszonych dziewczynek, które nie miały litości dla naszego niedostatku .

-Nie bawimy się z wami- usłyszeliśmy - jesteście tak biedni, że nie stać was ani na głupi rower.

  Te słowa osiągnęły zamierzony efekt. Poczuliśmy się poniżeni i wróciliśmy do domu. Na pytanie, czemu nie mamy dużo pieniędzy, nasza mama nie potrafiła odpowiedzieć.

  Rozkapryszona dziewczynka zaatakaowała powtórnie. Częstowała słodyczami inne dzieci, lecz nas pominęła:

-Wasz ojciec to zwykły robol, więc nic nie dostaniecie.

  Właśnie wtedy zaczęłam wstydzić się tego, że byłam biedna. Zapragnęłam być taka, jak rozkapryszone dziewczynki, ale nie dorastałam im do pięt. Dopiero po latach przyszła refleksja. Dosyć gorzka. I smutna.

  Rozkapryszone dziewczynki same by nie wpadły na to, żeby przezwać kolegę biedakiem. To rodzice wpoili im zasady, według których szufladkowali innych. To rodzice byli, są i będą odpowiedzialni za podziały wśród dzieci, ponieważ wynosimy z domu nie tylko to, co najlepsze. Najgorsze też.

  Nie zazdroszczę ludziom bogactwa, mimo że sama mam niewiele. Wartości człowieka nie mierzy się ilością złotówek, a dzieci nie powinno się osądzać na podstawie tego, kim są ich rodzice. Gaja w przyszłości na pewno spotka niejedną rozkapryszoną dziewczynkę, która będzie chciała obniżyć jej morale i zdyskredytować w oczach kolegów. Nauczę ją jednak tego, żeby się nie przejmowała takimi osądami. Nauczę ją być silną, dumną z siebie i z rodziców, bez względu na fakt, jaki będzie nasz status materialny. Nauczę ją szacunku do człowieka, obojętnie kim by nie był. Bo życie może przynieść wiele niespodzianek i ten wyśmiewany biedak jutro może być Twoim szefem. Pamiętaj o tym, szydząc z czyjegoś ubóstwa.

  Byliśmy biedakami. Już dawno przestaliśmy się tego wstydzić.


(zdjęcie wydobyte z czeluści internetu)

Nocne szaleństwa małżeństwa

by 21 kwietnia
  Los lubi płatać figle. Po przechodzonym niedawno wirusie byłam pewna, że już gorzej być nie może, ale się pomyliłam. Otóż może. Od kilku dni w naszym domu znowu szaleje cholerna grypa, która skutecznie odgania mnie od blogowania i innych ciekawych zajęć. Przeklinam przedszkole i kłócę się z mężem, bo jego stoicki spokój doprowadza mnie do szału.

  Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nabrałam potrzebnego doświadczenia, więc pomyślałam sobie, że podzielę się ze światem moimi sposobami na bezsenne noce. Postanowiłam stworzyć tu sobie kącik pt. "ciocia dobra rada", żeby moje słowne przepychanki z Mysterem Pi nie poszły na marne. I chociaż unikam czytania tych wszystkowiedzących samozwańczych ekspertów, którzy lepiej ode mnie wiedzą, co jest dobre dla mojego dziecka, to tym razem ja również zostanę internetową specjalistką. Kto blogierce zabroni?
   
 Nigdy nie byłam panikarą, ale odkąd mam Gaję, reaguję histerycznie na każde jej kichnięcie. W ciągu dnia jestem w stanie zapanować nad sobą i zachowywać się przykładnie, zaś gdy przychodzi noc, wstępuje we mnie diabeł i staję się bardzo przykra dla otoczenia (czytaj męża). W związku z tym dla własnej wygody stworzyłam mini poradnik traktujący o tym, jak przeżyć noc z wściekłą żoną u boku chorym dzieckiem i śpiącym mężem. Oto moje propozycje:

1. Nie panikuj! Grypa to nie dżuma, kaszel to nie suchoty, a katar to nie symptom postępującej alergii.

2. Nie obwiniaj męża o to, że śpi, kiedy Ty chodzisz po domu i usypiasz dziecko. To nie jego wina, że maluch woli Ciebie, ponieważ tylko Ty posiadasz poduszki powietrzne, dzięki którym Wasz szkrab w końcu zaśnie.

3. Nie czekaj na nadejście poranka, bo i tak nadejdzie szybciej, niż to sobie wyobrażasz. Ledwo zmęczona przyłożysz głowę do poduszki, a już mąż szepnie Ci do ucha: "wstawaj, jest siódma".

4. Nie patrz na śpiącego męża, jak na obiekt seksualny. Chore dziecko to skuteczny anty afrodyzjak i jeśli nabierzesz ochoty na to, żeby namiętnie pocałować męża, to wiedz, że za moment Twój potomek ponownie zakaszle i sprowadzi Cię na ziemię.

5. Nie przeklinaj męża i nie gadaj do niego w nocy (gdy jest przytomny). I tak Cię nie słucha, więc nie ma sensu się produkować.

6. Mąż też człowiek, więc nie zdziw się, gdy puści bąka, odbije mu się lub podłubie sobie w nosie. Nawet nie wie, że to robi, bo przecież śpi.

7. Nie oblewaj wodą śpiącego męża, nie zatykaj mu nosa, a przede wszystkim nie łaskocz go. Możesz obudzić dziecko, a wtedy nie ma zmiłuj (patrz punkt nr 2).

8. Udając się w wiadomym celu do toalety, nie szarp gwałtownie męża i z obłędem w oczach nie każ mu stać minutę nad łóżeczkiem podczas Twojej nieobecności. Przez ten czas dziecku nic złego się nie stanie.

9. Nie groź mężowi, że odeślesz go spać do drugiego pokoju, gdyż będzie to dla niego niczym wygrana na loterii.

10. Nie denerwuj się, gdy mąż rano Cię zapyta: "Jak spałaś, kochanie? Bo ja wyśmienicie"! Powtarzaj sobie, że dziecko czuje się lepiej, a to jest najważniejsze! Teraz możesz napić się kawy i zapomnieć o tym, co było. Przed Tobą kolejne nieprzespane noce:).

Cztery wesela i jedno zmartwienie

by 13 kwietnia
  Zazdroszczę facetom ich grubej skóry. Powróciliśmy do przedszkola, więc znowu drżę na samą myśl o kolejnym przeziębieniu. Myster Pi zarzuca mi, że zamartwiam się na zapas i radzi, abym zajęła się czymś pożyteczniejszym, niż dumanie o tym, co może (lecz nie musi) nastąpić. Gdybym potrafiła nie przejmować się choróbskami, byłabym najszczęśliwszą osobą pod słońcem. A tak dogaduję mężowi, że jest bezwrażliwcem, on natomiast nazywa mnie niepoprawną histeryczką. Czasem się zastanawiam, jacy są polscy mężowie, bo ci włoscy są wyzwaniem dla kobiet.

  Jako się rzekło, Gaja ponownie zasiliła szeregi przedszkolaków, wobec tego poziom stresu w moim ciele osiągnął niebezpieczny stan. Korzysta na tym mieszkanie, ponieważ gdy jestem nerwowa, to sprzątam jak szalona, zamiast (jak to mam w zwyczaju) się obżerać. Tym razem jednak nie wchodzi to w grę, gdyż przyplątało się do mnie zatrucie i nie mogę patrzeć na jedzenie. Jedno dobre, że chociaż schudnę. Dodatkowo ciśnienie podniósł mi uroczy sąsiad spod dwójki, który miał czelność zagadać Mystera Pi, czemu jego żona mu się nie kłania. Po moim trupie! Nie mam w zwyczaju pozdrawiać pierwsza małolatów, a facet (na oko) ma koło trzydziestki. Jak to jest, że starsi mężczyźni jakoś nie mają problemów z powiedzieniem "dzień dobry"? Gdzie ta kultura, ja się pytam?

  Tymczasem kuzyni Mystera Pi jakby się uparli i wszyscy jak jeden mąż biorą się za żeniaczkę. Dzisiaj rano nasza skrzynka pocztowa pękała w szwach od zaproszeń na śluby- dostaliśmy ich aż cztery. No i mamy kłopot, bowiem wesela będą się odbywać miesiąc po miesiącu, poczynając od maja. Pomijam fakt, że nasz portfel mógłby nie wytrzymać takiego obciążenia, ale logistycznie to jest raczej nie do ogarnięcia. Mąż nie będzie mógł wziąć tyle wolnego, zresztą podróż na Sardynię kosztowałaby nas majątek, a w perspektywie mamy przecież wizytę w Polsce. Na jednym ślubie moglibyśmy się pojawić, lecz trzej zignorowani kuzyni śmiertelnie by się obrazili, zatem musimy odmówić każdemu z nich. Szkoda, bo włoskie śluby dosyć mi się podobają, jako że nie trzeba na nich siedzieć do późna w nocy, ani nawet tańczyć (ku mojej uldze). Nigdy nie umiałam pojąć ślubnego balowania do białego rana i chyba nigdy tego nie pojmę. Tak czy siak, przystojnych kuzynów mężusia nieprędko zobaczę.

  W pracy Mystera Pi nastąpiło wielkie poruszenie! Jego koleżanka, zatwardziała singielka (żeby nie powiedzieć feministka), zakochała się na zabój. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jej wybranek jest o 9 lat młodszy. Mnie to wcale nie szokuje, ale widocznie pracowicy uczelni mają konserwatywne poglądy i dlatego się tak przejęli sytuacją. Młody kochanek pojawia się u nich codziennie w czasie siesty i przynosi wybrance bukieciki kwiatów, co wydaje mi się bardzo romantyczne. Mąż z ekipą zaś nie umieją patrzeć na parę zakochanych, bo podobno rozprasza ich w pracy. Na miłość nie ma rady, więc niech lepiej uzbroją się w cierpliwość, a nie pytają kumpeli, czy wraz z narzeczonym świnkę Peppę ogląda. Gdy przyjechałam do Italii, mój (jeszcze wtedy) narzeczony często zostawiał mi rano na stole serduszka i różyczki, a bywało, że i wierszyki układał. Wniosek z tego płynie taki, że na początku każdy się stara, by potem zwalić winę na ciężką prozę życia. A z takim toy-boyem (włoskie określenie młodszych partnerów) na pewno nie ma miejsca na nudę:).

źródło

Wojny matek

by 09 kwietnia
  Ten wpis mogłabym zacząć tak:

Cześć, jestem Sabina i rodziłam przez cesarskie cięcie!

  Lub tak:

Nazywam się Sabina i tak naprawdę nigdy nie urodziłam dziecka. Zrobiono to za mnie!

  Albo jeszcze tak:

To ja, Sabina, inaczej gorsza matka!

  No i nie wytrzymałam! Długo się opierałam prowokacjom na temat cesarskiego cięcia, aż w końcu zdecydowałam się odpowiedzieć na sugestie innych matek. I nie dlatego, że poruszyły mnie słowa o byciu tą gorszą, czy mającą się czego wstydzić, gdyż wcale tak nie jest. Piszę to, bo zwyczajnie mi smutno, iż tak brzydkie określenia mogły paść z ust drugiej matki. Poród to nie wyścigi i nikt za powicie dziecka nie przyzna nam medalu, więc po co te złośliwości? Kluseczka urodziła się dzięki cesarce i jestem wdzięczna losowi, że tak się stało. Gdyby nie natychmiastowa decyzja lekarzy, mogłoby być z nią źle. Ze mną też, choć to akurat mało ważne.

  Każdy poród jest inny i każda z nas ma do opowiedzenia inną historię. Czytając farmazony o matkach- "cesarkach" pomyślałam sobie, że osoby, które to napisały, nie mają o niczym bladego pojęcia. Na sali operacyjnej nie leżałam sobie z uśmiechem na ustach (są takie, które chyba tak uważają), ale byłam zestresowana, jak nigdy przedtem. Czułam się skrępowana moją nagością i tym, że oglądali mnie młodzi adepci sztuki lekarskiej. W tamtej chwili nieważne było dla mnie to, że miałam przed sobą fachowców. Było mi głupio, bo nie mogłam się zakryć i nie podobało mi się, że widzieli mnie taką, jaką mnie matka natura stworzyła. Chciałam powiedzieć: "ubierzcie mnie", lecz nie zdołałam wykrztusić ani słowa.

  W trakcie porodu nic mnie fizycznie nie bolało, natomiast gdy narkoza przestała działać, ból się pojawił i to potężny. Pierwsze wyjście do toalety okazało się  męczarnią, zaś zejście z wysokiego szpitalnego łóżka stało się misją prawie niemożliwą. 12 godzin po cesarce musiałam spacerować po korytarzu i nikt nie przejmował się tym, że wyłam z rozpaczy. Zmiania opatrunków na bliźnie również nie należała do najprzyjemniejszych czynności, a sącząca się obficie krew tylko pogłębiała moje przygnębienie. W kołysce leżała moja malutka córeczka, a ja pragnęłam jedynie spać i nie odczuwać boleści. Te wszystkie "rozrywki" i wahania nastrojów zapewnił mi ten wyszydzany poród cesarski, to lekceważące pójście na łatwiznę. Nie mówcie więc, że nie wiem, co znaczy cierpieć przy urodzeniu dziecka. Nie umniejszajcie znaczenia mojej cesarki.

  Często odnoszę wrażenie, że niektóre kobiety chcą być odbierano jako współczesne heroiny wyłącznie dlatego, że są matkami. Pokolenie mojej mamy nie desperowało, że poświęciło się dla dzieci i zostało w domu, nie krytykowało tych, które nie karmiły piersią, a już tym bardziej nie wtrącało się do spraw porodowych. Czytając zdanie o tym, że mam "okazać szacunek lepszym kobietom", podnosi mi się ciśnienie. Szanuję matki, które nie krzywdzą swoich dzieci, a cała reszta mnie nie interesuje. Jeśli ktoś pisze, że nie urodziłam mojego dziecka, to mam ochotę pokazać mu wspomnienie mojego porodu, czyli piękną bliznę w okolicach podbrzusza (traktuję ją wręcz z pietyzmem!). Jeśli ktoś sądzi, że mi się zwyczajnie pofarciło, to naturalnie przyznam mu rację. Tak, pofarciło mi się, bo Gaja urodziła się zdrowa! Zawdzięczam to cesarce!

  Jestem Sabina i miałam cesarskie cięcie. Nie jestem ani gorsza, ani lepsza od innych matek!


źródło

Ponarzekam na blogerki

by 07 kwietnia
  Wzięło mnie na poświąteczne "rzyganie tęczą". Co prawda nie lubię tego terminu, ale idealnie pasuje on do mojego stanu ducha, więc postanowiłam sobie tutaj "porzygać" (tak dla odmiany). Tym razem jednak bohaterką wpisu nie będzie Gaja, a koleżanki "po fachu", które lubię, cenię i regularnie odwiedzam. Dzięki ich wsparciu nie porzuciłam mej przestrzeni (chociaż byłam tego bliska), zatem chciałabym się w ten sposób jakoś im odwdzięczyć.

  Gdy zaczynałam pisanie bloga, nie przypuszczałam nawet, że blogowanie może zmienić moje życie. Wirtualny świat zapełnił mi emigracyjną pustkę, a internetowi znajomi zastąpili tych na jawie. Po mojej przeprowadzce do Włoch kontakty z większością przyjaciół się urwały, ponieważ wyszli oni z założenia, że skoro ja się wyniosłam, to zawsze muszę się pierwsza odzywać. Oprócz garstki kolegów rzadko kto interesował się tym, jak mi się wiedzie, toteż w końcu odpuściłam i przestałam wysyłać wiadomości. Założyłam bloga i spełniałam się pisając, a później okazało się, że zyskałam coś więcej- kilka bratnich dusz.

  Jedną z pierwszych poznanych przeze mnie osób była Ilona, z którą od razu złapałam wspólny język. Na jej blog trafiłam przypadkiem, bowiem przyciągnął mnie tam wpis na temat dysplazji stawu biodrowego (przechodziła ją Kluseczka). Wymieniłam się poglądami z Iloną i już u niej zostałam, gdyż to naprawdę świetna dziewczyna. Ciekawie pisze, jest bystra, konkretna i do rany przyłóż. Sama twierdzi, że się wymądrza, lecz to tylko kokieteria z jej strony:). Bardzo się cieszę, że nie umknęła mojej uwadze.

  Z Ewą życiowo łączy mnie chyba najwięcej- miejsce zamieszkania, mąż Włoch, jedno dziecko na stanie oraz tęsknota za ojczyzną. Od momentu, gdy wpadłam na blog Ewy, nie daję jej spokoju i prześladuję ją ile wlezie w komentarzach (mam nadzieję, że mi to wybaczy). Fajnie się patrzy na Italię z perspektywy innej Polki mieszkającej tutaj, a wyłapywanie razem włoskich absurdów jest wielką przyjemnością. Gdybyśmy były sąsiadkami, żaden Makaroniarz by nam nie podskoczył, aczkolwiek pech chciał, że Ewa wolała Perugię (miłość ją tam zaprowadziła), więc nasz sojusz jest niemożliwy.

  Gosia jest moim odkryciem, mimo że jej blog czytam od debiutanckiego wpisu, lecz dopiero niedawno miałam okazję poznać ją bliżej. O Gosi mogę pisać w samych superlatywach- potrafi poradzić, bezinteresownie pomóc, umie wysłuchać i podnieść człowieka na duchu. Wraz z nią (a także Mileną) tworzyłam akcję "Nieznane Wspierają!" i współpraca układała się nam tak dobrze, że zdecydowałyśmy pójść za ciosem. O tym jednak wolę nie wspominać, ponieważ Gosia mnie zabije, jeśli to zrobię. Ale i tak ją lubię!
  
  Niniejszym postem chciałam niejako obalić mit, że blogerki to rywalizujące ze sobą jędze. Wcale tak nie jest, o czym przekonały mnie również inne piszące mamy- Marzena, AniaDorota, Milena, Kasia O, Kasia T, Kasia Ka, Sara, Malwina, Asia, Monika oraz cała blogowa reszta, którą z powodu postępującej sklerozy pominęłam. A tytuł to oczywiście prowokacja.

  No to sobie "porzygałam. Polecam każdemu!

P.S. Dla lubiących ładne obrazki- wiosenna Genua.






  

Wyjątkowy czas

by 03 kwietnia
  Ogarnęło mnie przedświąteczne leserstwo, więc siedzę sobie przed kompem i dumam, o czym ciekawym by tu napisać. Znowu spędzimy Wielkanoc sami i trochę mi smutno, bowiem cholerna nostalgia dopadła mnie ze zdwojoną mocą. Jestem przyzwyczajona do rozłąki z rodziną, chociaż nutka żalu gdzieś tam we mnie drzemie. Postanowiłam jednak o tym nie myśleć, ponieważ święta to czas radości, a ja mam wiele powodów do tego, by cieszyć się życiem. Mój kochany mąż znalazł mi w internecie pięć skutecznych sposobów na pozbycie się cellulitu i jest głęboko przekonany, że poskutkują, córeczka zaś nic sobie nie robi z ambitnych zapędów mamusi do bycia idealną panią domu, zatem bałagani, ile wlezie. Zakupy zrobiłam, mieszkanie zajajcowałam do potęgi entej i zastanawiam się, kto zje całą czekoladę, gdy już otworzymy wszystkie słodkości? Na pewno nie ja, bo tradycyjnie jestem na diecie, która (też tradycyjnie) jest mało skuteczna.

  Teściowa zadbała o to, aby było mi naprawdę ciężko, gdyż posłała nam paczkę ze specjałami jej kuchni w roli głównej. Dzięki niej nie muszę co prawda już nic gotować, ani piec, ale nie wiem, czy dam radę wytrzymać z moją prywatną uchwałą na temat zakazu słodyczy. Babcia Gai jak zwykle skomplikowała mi byt, aczkolwiek zrobiła to w dobrej wierze. Za każdym razem, gdy spojrzę na te delicje, będę powtarzać: "do lata niedługo, sukienki czekają" i może to poskutkuje. We wiosennych ubraniach wyglądam jak tykająca bomba zegarowa, toteż staram się nie przeglądać w lustrze, jako że wydaje mi się, iż widzę podwójnie, a nawet potrójnie. Pobyt w Italii nie sprzyja w odchudzaniu, bo makaroniarskie żarcie to niebo w gębie. Kto by się oparł pokusie zjedzenia pizzy przygotowanej własnoręcznie przez najbliższą osobę? Myster Pi robi tak dobrą pizzę, że ślinka cieknie na sam jej widok. Kupiłam dzisiaj drożdże i chyba źle zrobiłam.

  Zamiast złożyć życzenia świąteczne, to smolę o pierdołach. Tak się zastanawiam, czego by tu życzyć i doszłam do wniosku, że dwie sprawy nie dają mi spokoju, mianowice hejt i empatia. Tak więc życzę wszystkim użytkownikom internetów mniej hejtów i więcej empatii, a wtedy świat wirtualny będzie piękniejszy. Akurat mam to szczęście, że poznałam same życzliwe dusze, dzięki którym blogowanie ciągle ma dla mnie sens, mimo kryzysów wszelakich. Widzę jednak, co dzieje się wokół i niepokoi mnie to powszechne zjawisko nienawiści. Nie byłoby lepiej zająć się czymś bardziej kreatywnym, drodzy hejterzy?

  A poza tym życzę Wam takich jajek: 



oraz

Chwili wytchnienia 
Odrobiny refleksji
Szczypty spokoju
Pięknych momentów
W rodzinnym gronie

Wesołego Alleluja, kochani!

Mama Kluseczki
Kluseczka
Myster Pi

Drażliwi rodzice

by 01 kwietnia
   Jestem matką od ponad dwóch lat i żadna ze mnie ekspertka w kwestii wychowywania dzieci. Cały czas uczę się macierzyństwa i często dochodzę do wniosku, że jeszcze mało umiem. Gaja jest dla mnie najważniejsza na świecie i dla niej mogłabym nawet góry przenieść, ale nie traktuję jej jak świętej krowy, która może wszystko. Często mówi się, że współczesne dzieci są o wiele bardziej rozwydrzone i niewychowane, niż my kiedyś. Z moich obserwacji wynika jednak, że to nie w nich leży problem, tylko w nas, rodzicach. Staliśmy się bowiem bardzo drażliwi, a przy tym głusi i ślepi na wybryki naszych pociech. Zwrócić uwagę obcemu dzieciakowi jest nieco ryzykowne, ponieważ rodzice nie są w stanie przyjąć choćby najmniejszej krytyki. Bo przecież ich maluch to aniołeczek, a jeśli się źle zachowuje, to nikt inny oprócz matki lub ojca nie powinien go upominać. Czy aby na pewno?

  Wiosna w pełni, więc korzystamy z uroków pięknej pogody i codziennie wychodzimy na ulubiony plac zabaw Gai. Część placu, gdzie stoją huśtawki, obłożona jest specjalną wykładziną brukową, dzięki której upadki nie są bolesne. Dzieci mogą po niej spokojnie i bezpiecznie biegać, aczkolwiek ostatnio pojawiła się tam drobna przeszkoda w postaci 10-letniego rowerzysty. Chłopak zaczął jeździć po wykładzinie jak szalony, nie bacząc na to, że wokół było dużo maluchów, które mógł z łatwością potrącić. Z tego powodu zatrzymałam go i grzecznie podpowiedziałam, by skorzystał z boiska (na placu zabaw są ich aż cztery). Chłopiec odpowiedział: "nie ma sprawy" i beztrosko odjechał, niemniej jego matka już tak łaskawa nie była. Podeszla do mnie wzburzona i między nami wywiązał się taki oto dialog:

-Dlaczego wyrzuciła pani stąd mojego syna, nie ma pani do tego prawa!

-Nie wyrzuciłam go, a jedynie zasugerowałam, żeby pojechał na boisko, bo tutaj biega za dużo małych dzieci.

-Ale ten plac jest dla wszystkich i mój syn może sobie na nim robić, co chce! A dzieci ślepe nie są i chyba z daleka widzą nadjeżdżający rower. 

-Proszę pani, moja córka ma dwa lata i gdy biegnie przed siebie, niczego i nikogo nie widzi. Nie chcę, by stała się jej krzywda i dlatego poprosiłam pani syna, aby się przeniósł, co zresztą zrobił bez problemu.

-Ale to moje dziecko, ja jestem za niego odpowiedzialna i jedynie ja mogę mu rozkazywać, a nie jakaś obca kobieta.

-A ja jestem odpowiedziałna za moją córkę i jeśli spadnie na nią ciężki rower wraz z pani synem, to pani będzie mieć kłopoty, że go nie upilnowała! Poza tym jedynie grzecznie go poprosiłam, a nie rozkazywałam, a to duża różnica.

  Kobieta odwróciła się na pięcie i odeszła do innych mam, siedzących obok na ławce. Oburzona opowiadała im o tym, że bezczelne babsko zwróciło uwagę jej synkowi, a przecież plac zabaw nie jest niczyją własnością i wszyscy mogą się tam bawić. Oczywiście, że tak, lecz szybkie jeżdżenie na rowerze obok maluchów stanowi dla nich zagrożenie, a tego szanowna pani nie była w stanie zrozumieć. Rzadko odzywam się nieproszona, albo wtrącam się w nie swoje sprawy, lecz gdy w drogę wchodzi bezpieczeństwo Gai, to reaguję. Moim celem nie jest upominanie cudzych dzieci, ani tym bardziej ich wychowywanie. Gdyby ktoś poprosił Gaję o przeniesienie się, nie miałabym o to wontów. Nie jestem drażliwą matką, a moje dziecko nie jest święte.

  Niedawno Myster Pi opowiedział mi historię z jego koleżanką z uczelni w roli głównej. Anna jest fizykiem i czasem dorabiała sobie, biorąc nadgodziny w szkole. Niestety była zmuszona z nich zrezygnować, bo rodzice jednego z uczniów podali ją do sądu. Chłopak (pietnastolatek) w trakcie lekcji wysikał się do kosza na śmieci, wobec czego nauczycielka (zupełnie słusznie) wyrzuciła go z klasy. Chyba każdy normalny rodzic przyznałby jej rację, a synalkowi zmył głowę, tymczasem jego rodzice postanowili się procesować z wredną nauczycielką. Jak ona śmiała wyprosić z lekcji ich niewinnego syna, skoro nie umiał wytrzymać, naturalnym jest, że skorzystał z kosza (skoro nie umiał wytrzymać, to mógł poprosić o wyjście, ewentualnie posikać się w gacie)! Chłoptaś chodzi teraz dumny po szkole i jest przekonany, że nikt mu nie podskoczy, ponieważ jego drażliwi rodzice zawsze go wybronią. Stoją za nim murem i usprawiedliwią najgorsze przewinienia, zamiast wstydzić się za jego zachowanie. 

  Gdy chodziłam do szkoły podstawowej, miałam w klasie kolegę, który zachowywał się dosyć niefrasobliwe i był nadpobudliwy. Pewnego razu na lekcji nauczycielka nie mogła sobie z nim poradzić, więc wezwano na pomoc jego mamę. Ta przyleciała w trymiga i narobiła takiego rabanu, że synek nie wiedział, gdzie oczy ma podziać. Kobieta dobitnie mu wytłumaczyła, że nauczycielkę ma traktować niczym drugę matkę i odnosić się do niej z należytym szacunkiem, inaczej będzie miał przechlapane. Poskutkowało i chłopak znacznie poprawił swój krąbrny charakterek oraz wyniki w nauce. Nauczycielka zachowała autorytet, gdyż matka była po jej stronie. Dzisiaj takie reakcje są prawie niemożliwe, jako że rodzice wierzą dzieciom, a nie nauczycielom.

  Dzieci mają prawo popełniać błędy, a zadaniem rodziców jest wskazanie im właściwej drogi. Wychowuję Gaję bez krzyków, klapsów, zastraszeń i stresu, ale nie pozwalam jej na wszystko. Od tego właśnie jestem- żeby wyznaczyć granice, niezależnie od tego, jak bardzo ją kocham. Kluseczka nie jest najgrzeczniejszą na świecie dziewczynką, lecz wcale jej za to nie potępiam, bo taka już jest i tyle. Nie zamierzam się upierać, że jest święta i nie psoci. To dziecko i ode mnie zależy, w jakim pójdzie kierunku, a jeśli w przyszłości ktoś ją upomni (oczywiście w cywilizowany sposób), nie będę miała o to pretensji. Nie jestem drażliwą matką.



Plac zabaw, na który chodzimy- widać brukową "wykładzinę"

  



Obsługiwane przez usługę Blogger.