Cztery wesela i jedno zmartwienie

  Zazdroszczę facetom ich grubej skóry. Powróciliśmy do przedszkola, więc znowu drżę na samą myśl o kolejnym przeziębieniu. Myster Pi zarzuca mi, że zamartwiam się na zapas i radzi, abym zajęła się czymś pożyteczniejszym, niż dumanie o tym, co może (lecz nie musi) nastąpić. Gdybym potrafiła nie przejmować się choróbskami, byłabym najszczęśliwszą osobą pod słońcem. A tak dogaduję mężowi, że jest bezwrażliwcem, on natomiast nazywa mnie niepoprawną histeryczką. Czasem się zastanawiam, jacy są polscy mężowie, bo ci włoscy są wyzwaniem dla kobiet.

  Jako się rzekło, Gaja ponownie zasiliła szeregi przedszkolaków, wobec tego poziom stresu w moim ciele osiągnął niebezpieczny stan. Korzysta na tym mieszkanie, ponieważ gdy jestem nerwowa, to sprzątam jak szalona, zamiast (jak to mam w zwyczaju) się obżerać. Tym razem jednak nie wchodzi to w grę, gdyż przyplątało się do mnie zatrucie i nie mogę patrzeć na jedzenie. Jedno dobre, że chociaż schudnę. Dodatkowo ciśnienie podniósł mi uroczy sąsiad spod dwójki, który miał czelność zagadać Mystera Pi, czemu jego żona mu się nie kłania. Po moim trupie! Nie mam w zwyczaju pozdrawiać pierwsza małolatów, a facet (na oko) ma koło trzydziestki. Jak to jest, że starsi mężczyźni jakoś nie mają problemów z powiedzieniem "dzień dobry"? Gdzie ta kultura, ja się pytam?

  Tymczasem kuzyni Mystera Pi jakby się uparli i wszyscy jak jeden mąż biorą się za żeniaczkę. Dzisiaj rano nasza skrzynka pocztowa pękała w szwach od zaproszeń na śluby- dostaliśmy ich aż cztery. No i mamy kłopot, bowiem wesela będą się odbywać miesiąc po miesiącu, poczynając od maja. Pomijam fakt, że nasz portfel mógłby nie wytrzymać takiego obciążenia, ale logistycznie to jest raczej nie do ogarnięcia. Mąż nie będzie mógł wziąć tyle wolnego, zresztą podróż na Sardynię kosztowałaby nas majątek, a w perspektywie mamy przecież wizytę w Polsce. Na jednym ślubie moglibyśmy się pojawić, lecz trzej zignorowani kuzyni śmiertelnie by się obrazili, zatem musimy odmówić każdemu z nich. Szkoda, bo włoskie śluby dosyć mi się podobają, jako że nie trzeba na nich siedzieć do późna w nocy, ani nawet tańczyć (ku mojej uldze). Nigdy nie umiałam pojąć ślubnego balowania do białego rana i chyba nigdy tego nie pojmę. Tak czy siak, przystojnych kuzynów mężusia nieprędko zobaczę.

  W pracy Mystera Pi nastąpiło wielkie poruszenie! Jego koleżanka, zatwardziała singielka (żeby nie powiedzieć feministka), zakochała się na zabój. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jej wybranek jest o 9 lat młodszy. Mnie to wcale nie szokuje, ale widocznie pracowicy uczelni mają konserwatywne poglądy i dlatego się tak przejęli sytuacją. Młody kochanek pojawia się u nich codziennie w czasie siesty i przynosi wybrance bukieciki kwiatów, co wydaje mi się bardzo romantyczne. Mąż z ekipą zaś nie umieją patrzeć na parę zakochanych, bo podobno rozprasza ich w pracy. Na miłość nie ma rady, więc niech lepiej uzbroją się w cierpliwość, a nie pytają kumpeli, czy wraz z narzeczonym świnkę Peppę ogląda. Gdy przyjechałam do Italii, mój (jeszcze wtedy) narzeczony często zostawiał mi rano na stole serduszka i różyczki, a bywało, że i wierszyki układał. Wniosek z tego płynie taki, że na początku każdy się stara, by potem zwalić winę na ciężką prozę życia. A z takim toy-boyem (włoskie określenie młodszych partnerów) na pewno nie ma miejsca na nudę:).

źródło
Obsługiwane przez usługę Blogger.