Drażliwi rodzice

   Jestem matką od ponad dwóch lat i żadna ze mnie ekspertka w kwestii wychowywania dzieci. Cały czas uczę się macierzyństwa i często dochodzę do wniosku, że jeszcze mało umiem. Gaja jest dla mnie najważniejsza na świecie i dla niej mogłabym nawet góry przenieść, ale nie traktuję jej jak świętej krowy, która może wszystko. Często mówi się, że współczesne dzieci są o wiele bardziej rozwydrzone i niewychowane, niż my kiedyś. Z moich obserwacji wynika jednak, że to nie w nich leży problem, tylko w nas, rodzicach. Staliśmy się bowiem bardzo drażliwi, a przy tym głusi i ślepi na wybryki naszych pociech. Zwrócić uwagę obcemu dzieciakowi jest nieco ryzykowne, ponieważ rodzice nie są w stanie przyjąć choćby najmniejszej krytyki. Bo przecież ich maluch to aniołeczek, a jeśli się źle zachowuje, to nikt inny oprócz matki lub ojca nie powinien go upominać. Czy aby na pewno?

  Wiosna w pełni, więc korzystamy z uroków pięknej pogody i codziennie wychodzimy na ulubiony plac zabaw Gai. Część placu, gdzie stoją huśtawki, obłożona jest specjalną wykładziną brukową, dzięki której upadki nie są bolesne. Dzieci mogą po niej spokojnie i bezpiecznie biegać, aczkolwiek ostatnio pojawiła się tam drobna przeszkoda w postaci 10-letniego rowerzysty. Chłopak zaczął jeździć po wykładzinie jak szalony, nie bacząc na to, że wokół było dużo maluchów, które mógł z łatwością potrącić. Z tego powodu zatrzymałam go i grzecznie podpowiedziałam, by skorzystał z boiska (na placu zabaw są ich aż cztery). Chłopiec odpowiedział: "nie ma sprawy" i beztrosko odjechał, niemniej jego matka już tak łaskawa nie była. Podeszla do mnie wzburzona i między nami wywiązał się taki oto dialog:

-Dlaczego wyrzuciła pani stąd mojego syna, nie ma pani do tego prawa!

-Nie wyrzuciłam go, a jedynie zasugerowałam, żeby pojechał na boisko, bo tutaj biega za dużo małych dzieci.

-Ale ten plac jest dla wszystkich i mój syn może sobie na nim robić, co chce! A dzieci ślepe nie są i chyba z daleka widzą nadjeżdżający rower. 

-Proszę pani, moja córka ma dwa lata i gdy biegnie przed siebie, niczego i nikogo nie widzi. Nie chcę, by stała się jej krzywda i dlatego poprosiłam pani syna, aby się przeniósł, co zresztą zrobił bez problemu.

-Ale to moje dziecko, ja jestem za niego odpowiedzialna i jedynie ja mogę mu rozkazywać, a nie jakaś obca kobieta.

-A ja jestem odpowiedziałna za moją córkę i jeśli spadnie na nią ciężki rower wraz z pani synem, to pani będzie mieć kłopoty, że go nie upilnowała! Poza tym jedynie grzecznie go poprosiłam, a nie rozkazywałam, a to duża różnica.

  Kobieta odwróciła się na pięcie i odeszła do innych mam, siedzących obok na ławce. Oburzona opowiadała im o tym, że bezczelne babsko zwróciło uwagę jej synkowi, a przecież plac zabaw nie jest niczyją własnością i wszyscy mogą się tam bawić. Oczywiście, że tak, lecz szybkie jeżdżenie na rowerze obok maluchów stanowi dla nich zagrożenie, a tego szanowna pani nie była w stanie zrozumieć. Rzadko odzywam się nieproszona, albo wtrącam się w nie swoje sprawy, lecz gdy w drogę wchodzi bezpieczeństwo Gai, to reaguję. Moim celem nie jest upominanie cudzych dzieci, ani tym bardziej ich wychowywanie. Gdyby ktoś poprosił Gaję o przeniesienie się, nie miałabym o to wontów. Nie jestem drażliwą matką, a moje dziecko nie jest święte.

  Niedawno Myster Pi opowiedział mi historię z jego koleżanką z uczelni w roli głównej. Anna jest fizykiem i czasem dorabiała sobie, biorąc nadgodziny w szkole. Niestety była zmuszona z nich zrezygnować, bo rodzice jednego z uczniów podali ją do sądu. Chłopak (pietnastolatek) w trakcie lekcji wysikał się do kosza na śmieci, wobec czego nauczycielka (zupełnie słusznie) wyrzuciła go z klasy. Chyba każdy normalny rodzic przyznałby jej rację, a synalkowi zmył głowę, tymczasem jego rodzice postanowili się procesować z wredną nauczycielką. Jak ona śmiała wyprosić z lekcji ich niewinnego syna, skoro nie umiał wytrzymać, naturalnym jest, że skorzystał z kosza (skoro nie umiał wytrzymać, to mógł poprosić o wyjście, ewentualnie posikać się w gacie)! Chłoptaś chodzi teraz dumny po szkole i jest przekonany, że nikt mu nie podskoczy, ponieważ jego drażliwi rodzice zawsze go wybronią. Stoją za nim murem i usprawiedliwią najgorsze przewinienia, zamiast wstydzić się za jego zachowanie. 

  Gdy chodziłam do szkoły podstawowej, miałam w klasie kolegę, który zachowywał się dosyć niefrasobliwe i był nadpobudliwy. Pewnego razu na lekcji nauczycielka nie mogła sobie z nim poradzić, więc wezwano na pomoc jego mamę. Ta przyleciała w trymiga i narobiła takiego rabanu, że synek nie wiedział, gdzie oczy ma podziać. Kobieta dobitnie mu wytłumaczyła, że nauczycielkę ma traktować niczym drugę matkę i odnosić się do niej z należytym szacunkiem, inaczej będzie miał przechlapane. Poskutkowało i chłopak znacznie poprawił swój krąbrny charakterek oraz wyniki w nauce. Nauczycielka zachowała autorytet, gdyż matka była po jej stronie. Dzisiaj takie reakcje są prawie niemożliwe, jako że rodzice wierzą dzieciom, a nie nauczycielom.

  Dzieci mają prawo popełniać błędy, a zadaniem rodziców jest wskazanie im właściwej drogi. Wychowuję Gaję bez krzyków, klapsów, zastraszeń i stresu, ale nie pozwalam jej na wszystko. Od tego właśnie jestem- żeby wyznaczyć granice, niezależnie od tego, jak bardzo ją kocham. Kluseczka nie jest najgrzeczniejszą na świecie dziewczynką, lecz wcale jej za to nie potępiam, bo taka już jest i tyle. Nie zamierzam się upierać, że jest święta i nie psoci. To dziecko i ode mnie zależy, w jakim pójdzie kierunku, a jeśli w przyszłości ktoś ją upomni (oczywiście w cywilizowany sposób), nie będę miała o to pretensji. Nie jestem drażliwą matką.



Plac zabaw, na który chodzimy- widać brukową "wykładzinę"

  



Obsługiwane przez usługę Blogger.