Ponarzekam na blogerki

  Wzięło mnie na poświąteczne "rzyganie tęczą". Co prawda nie lubię tego terminu, ale idealnie pasuje on do mojego stanu ducha, więc postanowiłam sobie tutaj "porzygać" (tak dla odmiany). Tym razem jednak bohaterką wpisu nie będzie Gaja, a koleżanki "po fachu", które lubię, cenię i regularnie odwiedzam. Dzięki ich wsparciu nie porzuciłam mej przestrzeni (chociaż byłam tego bliska), zatem chciałabym się w ten sposób jakoś im odwdzięczyć.

  Gdy zaczynałam pisanie bloga, nie przypuszczałam nawet, że blogowanie może zmienić moje życie. Wirtualny świat zapełnił mi emigracyjną pustkę, a internetowi znajomi zastąpili tych na jawie. Po mojej przeprowadzce do Włoch kontakty z większością przyjaciół się urwały, ponieważ wyszli oni z założenia, że skoro ja się wyniosłam, to zawsze muszę się pierwsza odzywać. Oprócz garstki kolegów rzadko kto interesował się tym, jak mi się wiedzie, toteż w końcu odpuściłam i przestałam wysyłać wiadomości. Założyłam bloga i spełniałam się pisając, a później okazało się, że zyskałam coś więcej- kilka bratnich dusz.

  Jedną z pierwszych poznanych przeze mnie osób była Ilona, z którą od razu złapałam wspólny język. Na jej blog trafiłam przypadkiem, bowiem przyciągnął mnie tam wpis na temat dysplazji stawu biodrowego (przechodziła ją Kluseczka). Wymieniłam się poglądami z Iloną i już u niej zostałam, gdyż to naprawdę świetna dziewczyna. Ciekawie pisze, jest bystra, konkretna i do rany przyłóż. Sama twierdzi, że się wymądrza, lecz to tylko kokieteria z jej strony:). Bardzo się cieszę, że nie umknęła mojej uwadze.

  Z Ewą życiowo łączy mnie chyba najwięcej- miejsce zamieszkania, mąż Włoch, jedno dziecko na stanie oraz tęsknota za ojczyzną. Od momentu, gdy wpadłam na blog Ewy, nie daję jej spokoju i prześladuję ją ile wlezie w komentarzach (mam nadzieję, że mi to wybaczy). Fajnie się patrzy na Italię z perspektywy innej Polki mieszkającej tutaj, a wyłapywanie razem włoskich absurdów jest wielką przyjemnością. Gdybyśmy były sąsiadkami, żaden Makaroniarz by nam nie podskoczył, aczkolwiek pech chciał, że Ewa wolała Perugię (miłość ją tam zaprowadziła), więc nasz sojusz jest niemożliwy.

  Gosia jest moim odkryciem, mimo że jej blog czytam od debiutanckiego wpisu, lecz dopiero niedawno miałam okazję poznać ją bliżej. O Gosi mogę pisać w samych superlatywach- potrafi poradzić, bezinteresownie pomóc, umie wysłuchać i podnieść człowieka na duchu. Wraz z nią (a także Mileną) tworzyłam akcję "Nieznane Wspierają!" i współpraca układała się nam tak dobrze, że zdecydowałyśmy pójść za ciosem. O tym jednak wolę nie wspominać, ponieważ Gosia mnie zabije, jeśli to zrobię. Ale i tak ją lubię!
  
  Niniejszym postem chciałam niejako obalić mit, że blogerki to rywalizujące ze sobą jędze. Wcale tak nie jest, o czym przekonały mnie również inne piszące mamy- Marzena, AniaDorota, Milena, Kasia O, Kasia T, Kasia Ka, Sara, Malwina, Asia, Monika oraz cała blogowa reszta, którą z powodu postępującej sklerozy pominęłam. A tytuł to oczywiście prowokacja.

  No to sobie "porzygałam. Polecam każdemu!

P.S. Dla lubiących ładne obrazki- wiosenna Genua.






  
Obsługiwane przez usługę Blogger.