Wojny matek

  Ten wpis mogłabym zacząć tak:

Cześć, jestem Sabina i rodziłam przez cesarskie cięcie!

  Lub tak:

Nazywam się Sabina i tak naprawdę nigdy nie urodziłam dziecka. Zrobiono to za mnie!

  Albo jeszcze tak:

To ja, Sabina, inaczej gorsza matka!

  No i nie wytrzymałam! Długo się opierałam prowokacjom na temat cesarskiego cięcia, aż w końcu zdecydowałam się odpowiedzieć na sugestie innych matek. I nie dlatego, że poruszyły mnie słowa o byciu tą gorszą, czy mającą się czego wstydzić, gdyż wcale tak nie jest. Piszę to, bo zwyczajnie mi smutno, iż tak brzydkie określenia mogły paść z ust drugiej matki. Poród to nie wyścigi i nikt za powicie dziecka nie przyzna nam medalu, więc po co te złośliwości? Kluseczka urodziła się dzięki cesarce i jestem wdzięczna losowi, że tak się stało. Gdyby nie natychmiastowa decyzja lekarzy, mogłoby być z nią źle. Ze mną też, choć to akurat mało ważne.

  Każdy poród jest inny i każda z nas ma do opowiedzenia inną historię. Czytając farmazony o matkach- "cesarkach" pomyślałam sobie, że osoby, które to napisały, nie mają o niczym bladego pojęcia. Na sali operacyjnej nie leżałam sobie z uśmiechem na ustach (są takie, które chyba tak uważają), ale byłam zestresowana, jak nigdy przedtem. Czułam się skrępowana moją nagością i tym, że oglądali mnie młodzi adepci sztuki lekarskiej. W tamtej chwili nieważne było dla mnie to, że miałam przed sobą fachowców. Było mi głupio, bo nie mogłam się zakryć i nie podobało mi się, że widzieli mnie taką, jaką mnie matka natura stworzyła. Chciałam powiedzieć: "ubierzcie mnie", lecz nie zdołałam wykrztusić ani słowa.

  W trakcie porodu nic mnie fizycznie nie bolało, natomiast gdy narkoza przestała działać, ból się pojawił i to potężny. Pierwsze wyjście do toalety okazało się  męczarnią, zaś zejście z wysokiego szpitalnego łóżka stało się misją prawie niemożliwą. 12 godzin po cesarce musiałam spacerować po korytarzu i nikt nie przejmował się tym, że wyłam z rozpaczy. Zmiania opatrunków na bliźnie również nie należała do najprzyjemniejszych czynności, a sącząca się obficie krew tylko pogłębiała moje przygnębienie. W kołysce leżała moja malutka córeczka, a ja pragnęłam jedynie spać i nie odczuwać boleści. Te wszystkie "rozrywki" i wahania nastrojów zapewnił mi ten wyszydzany poród cesarski, to lekceważące pójście na łatwiznę. Nie mówcie więc, że nie wiem, co znaczy cierpieć przy urodzeniu dziecka. Nie umniejszajcie znaczenia mojej cesarki.

  Często odnoszę wrażenie, że niektóre kobiety chcą być odbierano jako współczesne heroiny wyłącznie dlatego, że są matkami. Pokolenie mojej mamy nie desperowało, że poświęciło się dla dzieci i zostało w domu, nie krytykowało tych, które nie karmiły piersią, a już tym bardziej nie wtrącało się do spraw porodowych. Czytając zdanie o tym, że mam "okazać szacunek lepszym kobietom", podnosi mi się ciśnienie. Szanuję matki, które nie krzywdzą swoich dzieci, a cała reszta mnie nie interesuje. Jeśli ktoś pisze, że nie urodziłam mojego dziecka, to mam ochotę pokazać mu wspomnienie mojego porodu, czyli piękną bliznę w okolicach podbrzusza (traktuję ją wręcz z pietyzmem!). Jeśli ktoś sądzi, że mi się zwyczajnie pofarciło, to naturalnie przyznam mu rację. Tak, pofarciło mi się, bo Gaja urodziła się zdrowa! Zawdzięczam to cesarce!

  Jestem Sabina i miałam cesarskie cięcie. Nie jestem ani gorsza, ani lepsza od innych matek!


źródło

Obsługiwane przez usługę Blogger.