Piątka wspaniałych

by 10:17
Poniższy tekst powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie.

  Uwielbiam blogowe projekty Klubu Polki na Obczyźnie, ponieważ dają mi kopa do działania oraz powodują, że czuję się częścią wyjątkowej wspólnoty. Moim dzisiejszym niełatwym zadaniem jest przedstawienie pięciu wyjątkowych miejsc w Italii, z czego niezmiernie się cieszę. Postanowiłam bowiem przybliżyć Wam między innymi ziemię mojego męża, którą z oczywistych względów darzę wyjątkową sympatią. Panie i panowie, zapraszam na Sardynię i nie tylko!

1. Costa Smeralda- Szmaragdowe Wybrzeże





  Odkrywanie Sardynii rozpoczęłam od magicznego Szmaragdowego Wybrzeża, które całkowicie mnie zauroczyło. Pojechaliśmy tam, bo miałam już dosyć wiecznego szczebiotu ciotek męża, więc musiałam psychicznie odpocząć, a całodniowa wycieczka na północ wyspy bardzo dobrze na mnie wpłynęła. Naładowana pozytywną energią wróciłam do rodziny Mystera Pi i żadne ciotki nie były już mi straszne, oczywiście do czasu, gdy wyskoczyły na mnie znienacka i zapytały o wrażenia. Do północy opowiadałam im, jak pięknie było na Costa Smeralda, a drogim cioteczkom i tak to nie wystarczyło. A mówią, że to Polki są ciekawskie!


2. Jedyny taki Rzym





  
  Nie ma takiego drugiego miasta jak Rzym! Nigdzie nie widziałam tylu turystów, w żadnym innym miejscu nie stałam tak długo w korkach, no i nigdy nie jadłam tak pysznych lodów, jak w stolicy Italii. Rzym jest romantyczny, Rzym jest klimatyczny, Rzym jest fantastyczny. I gdyby jeszcze rdzenni Rzymianie mówili po włosku, a nie w ich dialekcie, to wszystko byłoby idealne. Jadąc do Rzymu, nie zapomnijcie wziąć ze sobą kremu do opalania, inaczej będziecie cierpieć katusze. Durna autorka bloga tak zrobiła i wyglądała później jak natłuszczona patelnia, ale i tak miło wspomina Wieczne Miasto.


3. Akwarium w Genui



  

  Być w Genui, a nie odwiedzić słynnego Akwarium to niemalże zbrodnia. Gorzej jest, gdy mieszka się w Genui i przyjmuje się gości, lub ma się małe dziecko, wtedy trzeba wybrać się do Akwarium, nawet jeśli zna się to miejsce na wylot. Z tego powodu Akwarium stało się moim przekleństwem i ciągle powtarzam sobie, że moja noga już tam nie postanie, naturalnie do następnego razu. Jedno jest pewne- kiedy wreszcie wyniesiemy się z Genui (oby jak najszybciej), to Akwarium będzie brakować mi najbardziej.


4. Wenecja i wszystko jasne 







  To właśnie w Wenecji zdecydowałam, że czas w końcu przeprowadzić się do Włoch i zacząć myśleć poważnie o życiu. Miasto ma swój niewątpliwy urok, który i mną zawładnął. Łaziliśmy tam tyle, że po dwóch dniach nie czułam nóg, a zasoby pieniężne Mystera Pi mocno się uszczupliły, gdyż Wenecja jest niestety droga. Ze względu na wysoką cenę nie zdecydowaliśmy się na oglądanie miasta z perspektywy gondoli, czego do dzisiaj żałuję. Z rozrzewnieniem zaś wspominam tłum turystów uciekający z kadru, kiedy Myster Pi robił mi zdjęcie na jednej z uliczek (to optymalna interpretacja). Takie rzeczy tylko w Wenecji!


5. Ogródek teściowej i okolice




  
  
  W ogródku teściowej dużo się dzieje. Ogródek teściowej tętni życiem. W ogródku teściowej rosną najpyszniejsze na świecie pomarańcze i chyba dlatego tak kocham to miejsce. Okolice w pobliżu domu teściowej również zasługują na uwagę i bliższe poznanie. Tak, Sardynia jest niezwykła i nie mogę się doczekać następnej podróży na rodzinną wyspę męża. Nie miałabym nic przeciwko temu, by osiedlić się tam na stałe!


 "Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły. Jeśli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu":  http://klubpolek.pl/stowarzyszenie-piekne-anioly/


  

Granice miłości

by 17:20
  Nie odkryję ponownie Ameryki, jeśli napiszę, że macierzyństwo to cholernie ciężka sprawa. Tak jest i nie ma z tym co polemizować. Matczyna miłość wybaczy wiele, bowiem matczyna miłość często (a nawet prawie zawsze) bywa ślepa. Czy jednak matczyna miłość daje prawo do tego, by usprawiedliwić wszystko, choćby i najgorsze przewinienie swojej pociechy? Moim zdaniem nie. Traktowanie dziecka niczym świętej krowy nie przyniesie pożytku żadnej ze stron. Jestem w stanie zrozumieć, że matki kochają do przesady, ale nie potrafię pojąć, dlaczego bronią dzieci wówczas, gdy te popełniły przestępstwo. Bo zła nie da się uzasadnić. Jako przykład podam dwie historie, które wydarzyły się naprawdę. Niestety...

Przykład nr 1:

  Niepełnosprawna umysłowo dwunastoletnia uczennica wracała sama ze szkoły, jak zwykle idąc przez park. Szkołę od jej domu dzieliło niecałe dziesięć minut drogi, więc mama zgadzała się na to minimum niezależności, tak ważne dla córki. Gdy Marta przechodziła obok ławki, zwróciła uwagę trzech nastolatków, którzy zastawili jej przejście, a potem zaczęli popychać i bić. Dziewczynka zdołała się im jakoś wyrwać i zadzwonić do mamy na ratunek. Młodociani bandyci zbiegli z miejsca agresji, a przerażoną i poniżoną Martę zabrało pogotowie.

  Chłopców namierzono dzięki kamerom zamontowanym w parku. Reakcja rodziców na wieść o niecnym czynie ich potomków była mocno nieodpowiedzialna: "to nie są źli chłopcy, nie chcieli zrobić krzywdy tej małej, nie osądzajcie ich". Zamiast posypać głowy popiołem, a synalkom dać popalić, matki odwróciły kota ogonem i zrobiły z nich nieomal kozły ofiarne, których dziewczynka sprowokowała wzrokiem, zatem musieli jej dać do wiwatu. Dzięki takiemu postępowaniu chłopcy nie nauczą się niczego, ponieważ wiedzą, że rodzice wybronią ich z niejednej opresji. I tylko pobitej dziewczynki żal. Rany na ciele się zagoją, te na duszy już nie całkiem.

Przykład nr 2:

  Pewien młody chłopak zakochał się po raz pierwszy. Jego śliczna dziewczyna miała siedemnaście lat i była niezwykła. Chłopak oszalał z miłości do tego stopnia, że zaczął traktować ukochaną jak swoją własność. Zabraniał jej wychodzić z domu, spotykać się z koleżankami, a przede wszystkim rozmawiać z jego kolegami. Za każdym razem, gdy widział ją w pobliżu innego chłopaka, zżerała go zazdrość i nic nie mógł na to poradzić. W końcu dziewczyna zorientowała się, że zwyczajnie boi się tkwić w tym związku, toteż zerwała z chłopakiem, zarzucając mu skłonności do agresji. Nie przypuszczała, że ta decyzja będzie ją kosztować życie.

  Następnego dnia chłopak zadzwonił do niej z propozycją ostatniego spotkania, a dziewczyna dla świętego spokoju się zgodziła. Przyjechał po nią do szkoły i udali się do lasu, aby porozmawiać. Kiedy już byli z dala od ludzkich spojrzeń, chłopak wyjął nóż i zadał dziewczynie kilka ciosów, a później oblał ją benzyną i podpalił. Dziewczyna jeszcze żyła, gdy odjeżdżał z miejsca zbrodni, ale nie przejmował się tym. Dopiął swego- ukochana nie należała do niego, lecz istotniejsze było to, że do nikogo innego też.

  W momencie dokonywania zbrodni chłopak miał niecałe osiemnaście lat, więc nie mógł być sądzony jak dorosły. Rodzice ofiary przyrzekli jednak, że zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby morderca córki dostał dożywocie. Matka zabójcy pojawiła się zaś w telewizji i pozwoliła sobie na biadolenie w stosunku do nieszczęsnego synka, który według niej nie zasługiwał na aż tak duże potępienie. "Mój syn to nie potwór, to nie jest złe dziecko"- powtarzała jak mantra zdumionej dziennikarce. Jak zatem nazwać jego występek?

  To normalne, że matka nie odwróciła się od syna zabójcy. Serce matki jest w stanie przebaczyć i największą zbrodnię, bo miłość do dziecka jest bezwarunkowa. Usprawiedliwanie postępku syna uważam tymczasem za niewybaczalne i wysoce niemoralne. Matka chłopaka, mimo że w jakimś sensie także straciła syna, zawsze może go odwiedzić w więzieniu. Rodzice dziewczyny widują się z córką jedynie na cmentarzu...

  Nie ma nic piękniejszego od bycia matką, ale kochać dziecko trzeba rozsądnie. I właśnie tego życzę mamom w dniu naszego święta- by nie zabrakło nam rozsądku w wychowywaniu, a wszystko pójdzie jak z płatka (no, powiedzmy)!

zdjęcie-internet

Tajemnice Poli Szynel

by 21:21
  Znowu to samo- pomyślała Pola Szynel, gdy czekała na koleżankę, która wczesnym rankiem miała przyjechać po nią do pracy. Od ponad tygodnia Natalia, czyli Panna Punktualna, jak nazywała ją Pola, zjawiała się przed jej domem punkt ósma rano, zawsze przesadnie miła i nieskończenie empatyczna.Wspaniałomyślnie zgodziła się podrzucać Polę gratis do redakcji, chociaż nasza bohaterka wcale tam nie pracowała. Tak naprawdę była pomocą dentystyczną w gabinecie doktora Piły, ale w życiu by się do tego nie przyznała. Wolała uchodzić za przebojową dziennikarkę, która robi zawrotną karierę i ma przed sobą świetlaną przyszłość, a wszystkie stołeczne rauty stoją przed nią otworem. To niewinne kłamstwo trochę jej szkodziło, bowiem redakcję od gabinetu Piły dzieliło pół godziny drogi, ale czego się nie robi dla dobra sprawy? Najważniejsze, że Punktualna połknęła haczyk i była przekonana, że ma do czynienia z samą redaktor naczelną poczytnego miesięcznika "Damą się bywa".

-Mam zapełniony po brzegi grafik- powiedziała Pola, gdy tylko wsiadła do auta- o dziesiątej mam naradę, o dwunastej lancz z Kluczykiem, wiesz, tym bogaczem z listy Porsza, a o trzeciej przeprowadzam wywiad z Maciejem Szczurem. Do szóstej powinnam się wyrobić, więc nie będziesz na mnie długo czekać. Cholerne skurczybyki, którzy porwali mi auto, nogi bym im powyrywała wiadomo skąd!
  
  Auto Poli stało zaparkowane w garażu i nikt go, rzecz jasna nie porwał. Po prostu odebrano jej prawo jazdy, bo potrąciła przechodnia na pasach. Wracała z imprezy nieco podchmielona i nie zauważyła gościa, który przechodził na zielonym świetle. Ofiara nie doznała poważnych obrażeń, lecz okazała się wybitnie mściwa i nawet Piła nie zdołał nic zrobić, chociaż jego wpływowe macki sięgały daleko. Pola tkała zatem sieć kłamstw i nie przyjmowała do wiadomości, że jej tajemnice mogą wyjść na światło dzienne. Gdyby wiedziała, że za niedługo zdemaskuje ją ksiądz, nie byłaby taka pewna siebie. Tymczasem pożegnała się z Punktualną i pognała jak wicher do gabinetu Piły, który nie tolerował spóźnialstwa.

-Jesteś wreszcie- zaczął swoją codzienną tyradę- mamy kupę roboty dzisiaj, księdzu Rudzikowi podczas mszy wyleciala proteza i jego parafianki od rana okupują mój gabinet. Przychodzą, dają datki, chcą, żebym je skontrolował i błagają o pomoc dla ich proboszcza. Tłumaczę, że protezy wylatują, jeśli nie używa się odpowiedniej ilości kleju, lecz jak grochem o ścianę. Jedna chciała przekazać Rudzikowi w darze swoją szczękę, ale odesłałałem ją do diabła, znaczy do psychiatry. Poza tym od godziny wydzwania tu jakiś delikwent i pyta o Apolonię Chanel. Odkąd się tak nazywasz, co?

  Pola zrobiła się czerwona jak piwonia. Od niedawna spotykała się potajemnie z fantastycznym mężczyzną, którego poznała na czacie dla spragnionych gorących wrażeń. Gromek był chodzącym ideałem, ale problem w tym, że miał żonę, do czego przyznał się Poli po miesiącu intensywnej znajomości. Ustalili między sobą, że sprawy będą odbywać się po cichu i nikt się nie dowie o ich romansie, zwłaszcza szanowna małżonka Gromosława. Bardzo mu na tym zależało, lecz mimo to odważył się zadzwonić do pracy Poli, ryzykując to, że ktoś ich zdemaskuje. Nie zwlekając ani chwili, Pola postanowiła do niego oddzwonić, jednak nie zdążyła wziąć do ręki aparatu, gdyż Gromek właśnie przekroczył próg gabinetu. 

-Apolonio, kochanie- zagruchał, kompletnie ignorując Piłę- mamy kłopoty, moja żona wynajęła detektywa i dowiedziała się o nas. Zagroziła mi rozwodem, a tego nie chcę za żadne skarby świata, bo odetnie mnie od gotówki i będę musiał iść do pracy.

-Ale przecież ty pracujesz- odpowiedziała Pola- grasz na giełdzie, czy coś w tym stylu.

-Niestety Apolonio, minąłem się z prawdą. Jestem bezrobotny, a do tego uzależniony od hazardu. Gram, lecz nie tak, jakbyś chciała.

  W tym momencie do gabinetu wszedł ksiądz Rudzik z uszkodzoną protezą. Spojrzał na Polę i Gromosława, a później zwrócił się do Piły:

-Mógłbyś przyjąć najpierw moją siostrzenicę? Skarży się biedaczka na ból zęba, więc byłbym wdzięczny, gdybyś się zajął nią pierwszy. Jest ze mną, zawołam ją.

  W drzwiach stanęła Panna Punktualna, która zobaczywszy Polę, od razu pozbyła się sztucznego uśmiechu. Patrzyła na nią z góry i z lubieżną wprost satysfakcją, po czym wybuchnęła śmiechem:

-No proszę, pani redaktor dorabia sobie po godzinach. Mój wujek jest klientem doktora Piły i opowiadał mi o pomocy dentystycznej o imieniu Pola, której zabrano prawo jazdy. Taka z ciebie obywatelka świata, że mucha nie siada. Nasi znajomi będą mieli niezły ubaw.

  Drzwi otwarły się ponownie. Jedna z parafianek księdza Rudzika siłą wdarła się do gabinetu i nie bacząc na nic, wyciągnęła pistolet. Podeszła do Gromosława i chciała zadać mu cios prosto w serce, ale nie udała jej się ta sztuka, gdyż zapomniała okularów, więc strzeliła w kolano Gromka.

-Leokadio- powiedział jej mąż wyjąc z bólu- wracamy do domu, zaparzę ci ziółek..

-A co będzie ze mną- spytała Pola?

-Dasz sobie radę, potrafisz kłamać. Co się dzieje?- Gromek usłyszał huk.

Księdzu Rudzikowi ponownie wyleciała sztuczna szczęka. 

Takim oto sposobem tajemnice Poli Szynel wyszły na jaw. Kłamstwo ma zawsze krótkie nogi, pamiętajcie o tym:).

Koniec opowieści.


zdjęcie- internet

P.S. Wpis powstał pod wpływem chwili i jest kompletnie bez sensu. Wychodzę jednak z założenia, że bezsensowne wpisy też trzeba publikować, bo może kogoś rozbawią:). 

Gdyby chociaż mucha zjawiła się

by 18:37
  W życiu każdego blogera przychodzi taki moment, kiedy patrzy w klawiaturę i zastanawia się, co napisać. Mnie ta przypadłość dotknęła dzisiaj, mimo że teoretycznie pomysłów na wpisy mi nie brakuje, ale kto chciałby czytać o wszach (tak, tak) lub podobnych duperelach? W przedszkolu Gai panuje wszawica, o czym z uśmiechem na ustach poinformowała nas dzisiaj nauczycielka, a ja od razu zaczęłam się drapać. Tak reaguję, gdy tylko usłyszę słowo "wesz", lecz nie mam zamiaru męczyć się z tym problemem. Wolę popisać o niczym, zresztą to moja specjalność.

  Gryzie mnie trochę ten brak weny, ponieważ nie znoszę tego stanu. Zazwyczaj siadam przed kompem i słowa same spływają na wirtualny papier, niemniej od jakiegoś czasu odczuwam wpisową pustkę. Z tego powodu przygotowałam sobie małe vademecum dotyczące tego, co robić (albo nie) i o czym skrobać, gdy dopada nas niemoc twórcza. Wyszła mi dosyć zagmatwana lista, ale mam nadzieję, że pomoże ona niejednemu blagierowi, ups- blogerowi wydostać się z otchłani kreatywnej bezsilności. Tworzyłam ją na podstawie ciężkich osobistych doświadczeń, więc śmiem twierdzić, że naprawdę skutkuje. Oto ona:

1. Nie stresuj się. Nic się nie stanie, jeśli nie będziesz pisać codziennie. Weź pod uwagę fakt, że nie zdążysz nikogo zamęczyć swoją osobą i poglądami. Lepiej pisać mało, a efektywnie, niż dużo, a beznadziejnie. W przypadku blogowania hasło "od przybytku głowa nie boli" nie działa. Boli i to niestety bardzo!

2. Nie pisz na siłę, bo nie ma nic gorszego. Wypocone notki nie przyniosą Ci chwały, gdyż typowe "zapchajdziury" są dobre na portalach plotkarskich, a nie na ambitnych blogach.

3. Nie kradnij tematów. Blogerzy należą do grupy osób nadwrażliwych i kiedy widzą, że ktoś inny popełnił podobny wpis, dostają drgawek wściekłości. Odczekaj parę dni i dopiero wtedy wyraź swoją opinię, a nikt Ci nie zarzuci, że kopiujesz autorytety.

4. Zostań uczestnikiem blogowych wyzwań i baw się znakomicie, a przy okazji bloguj. To ciekawe inicjatywy, dzięki którym nie będzie Ci grozić pisarski impas, ponadto czytelnicy dowiedzą się o Tobie interesujących rzeczy (na przykład, że uwielbiasz Paulo Coelho, bądź kręci Cię zmysłowy głos wróżbity Macieja).

5. Pisz o dziecku, to zawsze się sprawdza. Dzieci to temat- rzeka i przynoszą masę inspiracji- pierwsze stawiane kroki, kolejne ząbki, pójście do żłobka, nowe wyrazy- "mama", "tata", "pizda" (znaczy pizza) - Twój potomek zapewni Ci ciąg w blogowaniu, natomiast jeżeli go nie posiadasz...

6. ...pisz o seksie, to najlepiej się sprawdza. Będą Cię czytać wszyscy, hejterom opadną szczęki z wrażenia i na pewno nie skrytykują Twoich zmysłowych wpisów. Nie cenzuruj się i nie kontroluj, a zobaczysz, że przestaniesz narzekać na brak weny. Bo seks to seks (zdarza się i seven).

7. Raz na ruski rok wrzuć fotki na bloga fotki i poszpanuj przystojnym mężem, piękną żoną, niesamowitymi widokami, drogimi ciuchami, czy zgrabną sylwetką. Większość zapomni o tym, że nie zamieściłeś tekstu, a nawet będzie Ci za to wdzięczna.

8. Nie traktuj blogowania śmiertelnie poważnie!

źródło-internet  

Być jak blogerka modowa

by 18:19
  Myster Pi twierdzi, że ubieram się z klasą. Nie wiem, na czym opiera te swoje przypuszczenia, niemniej wychodzę z założenia, że mężowi wypada (a nawet trzeba) wierzyć. Nie zauważyłam co prawda, żeby był jakoś szczególnie zakręcony na punkcie mody i miał o niej jakąkolwiek wiedzę, ale co tam. Ubieram się z klasą i tego się trzymajmy. W związku z tym postanowiłam zrobić z siebie blogerkę modową, a była ku temu wspaniała okazja, ponieważ wybrałam się wczoraj do stolicy mody, czyli Mediolanu. Pojechałam tam, żeby odebrać wreszcie paszport, a nie zdobywać wybiegi, lecz to nieistotny szczegół. Odwiedziłam Mediolan, więc jakby nie patrzeć, mam zadatki na blogerkę modową i to taką z prawdziwego zdarzenia. No bo tak:

1. Blogerki modowe robią sobie selfie przed wystawami sklepowami, czy przymierzalniami, a później publikują zdjęcia na blogu. Chcąc pójść ich śladem, stanęłam przed butikiem Prady, wysunęłam pierś do przodu (nie było to trudne) i z ważną miną zapozowałam do zdjęcia. Pech chciał, że co chwila przeszkadzali mi turyści z Japonii- niby niewysocy, a jednak dali mi się we znaki do tego stopnia, iż musiałam zrezygnować ze szpanerskiej fotki. Myster Pi mnie ponaglał, bowiem Konsulat był otwarty tylko do pierwszej (toż to prawdziwy skandal, żeby Polacy we Włoszech pracowali jak Włosi).



2. U blogerek modowych pełno jest rozmaitych stylówek. Wpadłam na pomysł, aby również coś tutaj zaprezentować i udowodnić, że mam faktycznie dobry gust. Weszłam do pierwszego lepszego butiku, wzięłam parę ciuchów, lecz zamiast je przymierzyć, zaczęłam komponować stylizacje. Nieskromnie przyznam, że bardzo pięknie mi wychodziły (samorodny talent ze mnie), aczkolwiek chyba nie spodobały się pani ekspedientce. Patrzyła na mnie z dezaprobatą, a jej wyraz twarzy mówił- wyłaź kobieto, i tak wiem, że nic nie kupisz. Chwileczkę, przecież blogerki modowe dostają ubrania gratis, dlaczego więc ja mam za nie płacić? Dobra, jestem początkującą szafiarką, ale mam naprawdę wielki potencjał. No i klasę.


3. Blogerki modowe zawsze noszą ze sobą torby z zakupami, a im więcej, tym lepiej. Tak się składa, że posiadam masę takich toreb, więc zabrałam kilka ze sobą. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo paradując po Mediolanie z torbami wypełnionymi starymi papierami, przyciągałam spojrzenia przechodniów i czułam się jak topowa blogerka modowa. Według Mystera Pi ludzie gapili się na mnie jak na wariatkę, a nie wyznawczynię trendów, ale jego słowa to nic innego, jak zwykła męska zazdrość, już ja go znam!



4. Szafiarki noszą modne dodatki- okulary przeciwsłoneczne, chustki i koraliki, a buty na wysokich obcasach to ich znak firmowy. Jadąc do Mediolanu, ubrałam czerwone szpilki, co odbiło mi się czkawką już po piętnastu minutach przechadzki. Nie wróży to najlepiej mojej karierze szafiarki, bo widział ktoś kulejeącą blogerkę modową? Chodzą wyprostowane i pewne siebie, a bąbli na nogach raczej nie mają.



5. Ażeby zostać blogerką modową, będę musiała zmienić nazwę mojego bloga. Mam w zanadrzu dwa wspaniałe tytuły: "tanie ubranie w Mediolanie" lub "śląska moda urody ci doda". Pojęcia nie mam, który wybrać, gdyż oba są genialne.



6. Blogerki modowe nie gubią się w stolicy mody, a ja wraz z Mysterem Pi po wyjściu z konsulatu bezskutecznie szukałam parkingu, na którym wylądowała nasza zasłużona mydelniczka. Zguba odnalazła się po długich poszukiwaniach i z tego powodu nie zdążyliśmy załapać się na EXPO, tylko pognaliśmy do Genui, aż się za nami kurzyło. 

  

Dobra, nie zostanę blogerką modową (jak widać, nie każdy się nadaje), ale za to mam paszport!

zdjęcia- internet  

Zawód: altruistka

by 18:43
  Czasem się zastanawiam, jak to jest, że ludzie odzywają się do mnie jedynie wtedy, kiedy potrzebują pomocy? Siedzę we Włoszech już kawał czasu i oprócz sporadycznych kontaktów z paroma znajomymi, nikt więcej nie nie interesuje tym, jak żyję. Pobyt na emigracji dał mi kolejną niezbyt przyjemną lekcję, czyli po prostu zweryfikował pojęcie przyjaźni. Okazało się, że w moim przypadku było to hasło na wyrost, bo większość osób za przyjaciół się podających, zwyczajnie o mnie zapomniała. Do czasu.

  Kilka dni temu dostałam ckliwą wiadomość od jednej z koleżanek. Moją pierwszą reakcją, gdy przeczytałam jej słowa, był gniew, ponieważ nie dawała znaku życia od ponad czterech lat, a tu nagle wyskoczyła jak Filip z konopii. Oczywiście nawet nie zapytała, jak tam Gaja, tylko od razu przyrąbała z grubej rury w stylu: "musisz mi pomóc, bo nie wiem, co będzie". Problem w tym, że nic nie muszę, gdyż takie szantaże emocjonalne przestały na mnie działać. Całe życie pozwalałam się wykorzystywać, ale w końcu powiedziałam dość. Nie jestem ani instytucją charytatywną, ani tym bardziej prywatną sponsorką, chociaż niektórzy by tego chcieli. Mam córkę i to ona jest dla mnie najważniejsza.

  Moją słabością zawsze było to, że nie potrafiłam odmawiać i pomagałam każdemu, kto mnie o to poprosił, a kiedy nie umiałam nic zrobić, odczuwałam ogromne wyrzuty sumienia. Ta moja natura altruistki doprowadzała do szału mamę, która powtarzała mi, że ludzie mnie wyzyskują, a sami z siebie nic nie dają. Wtedy byłam oburzona jej postawą, lecz dzisiaj dobrze wiem, że miała rację. Łatwo jest brać i robić z siebie sierotkę Marysię na miarę naszych czasów. Ofiarowałam wiele, ale nie dostawałam nic w zamian, jakby ciężko było powiedzieć pospolite "dziękuję". A może faktycznie to nie takie proste?

  Dojrzałam do tego, aby zacząć mówić: "nie". Skończyłam się zagryzać z tego powodu, że jeśli nie dam rady komuś pomóc, to jego świat się zawali, a ja będę tą złą, czy bez serca. Bo tak to nie działa i człowiekowi do prawidłowego funkcjonowania niezbędny jest również komfort odmowy, inaczej byśmy oszaleli. Znajomi zaś mogliby pamiętać, jak cieńka jest granica pomiędzy przyjmowaniem pomocy, a normalnym wykorzystywaniem, zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się znienacka po długiej nieobecności. 


źródło: internet

Małych biustów triumf

by 18:33
  Producenci markowej bielizny to potrafią robić kobiety w bambuko! Od lat czuję się przez nich dyskryminowana, ponieważ w ich asortymencie na próżno można znaleźć staniki dla pań, które mają nieco większy rozmiar, niż miseczka C. Całe życie próbuję kupić biustonosz na miarę moich możliwości, a muszę zadowolić się tylko targowymi spadochronami, bo znane firmy mają gdzieś takie klientki, jak ja. Wkurza mnie to lekceważące podejście i nic na to nie poradzę.

  Kiedy przyjechałam do Włoch, to naiwnie sądziłam, że chociaż tutaj znajdę stanikowy raj i nie będę miała problemów z zakupem bielizny. Nic bardziej mylnego, gdyż okazało się, że Włosi w tej kwestii uważają podobnie, jak Polacy (czyli co za dużo, to niezrowo) i ograniczają się jedynie do małych rozmiarów. Alternatywą mogą być co prawda sklepy internetowe, lecz u mnie nie wchodzą one w grę, nawet gdybym chciała. Dlatego też moja frustracja jest całkowicie zrozumiała, a złość sięgnęła zenitu, gdy zobaczyłam w telewizji reklamę pewnej słynnej firmy. 

  Jej hasło reklamowe brzmi "staniki nowej generacji", więc zaiskrzyła we mnie iskierka nadziei, że i dla mnie może coś się znajdzie. Kiedy jednak przejrzałam ofertę, to zrozumiałam, że znowu ktoś wcisnął mi reklamowy kit, bowiem prezentowana bielizna jest przeznaczona dla kobiet, które mają mały biust, ewentualnie nie mają go wcale. "Staniki nowej generacji" to nic innego, jak sprytny chwyt marketingowy, przedstawiony tak umiejętnie, że każda kobieta da się na niego nabrać. Jak to jest, że duże biusty podobają się prawie wszystkim, ale nikt nie chce przyjąć do wiadomości, iż one też potrzebują stylowych biustonoszy?

 A swoją drogą paradoksalny jest fakt, że ci, którzy mogliby na mnie zarabiać krocie, jakoś tego nie chcą. Szkoda tylko, że:

-duży biust znaczy dla producentów gorszy

-jedyną rzeczą, jaką dane mi było dostać w sklepie markowej firmy, był długopis gratis

-gdy poprosiłam sprzedającą, aby pokazała mi interesujący mnie biustonosz, ta odpowiedziała: "ale on kosztuje 250 zł" (w podtekście- ciebie na niego nie stać)

-szanowni producenci zdają się nie dostrzegać, że biuściaste także mają prawo do seksownej bielizny

  Reasumując mój stanikowy wywód- jestem prześladowana przez producentów bielizny. Cycki opadają od tej niesprawiedliwości...dosłownie i w przenośni. Nie zazdroście posiadaczkom wielkich biustów, bo nie macie czego. Nie dość, że taki ciężar trzeba nosić, to nie ma dla niego odpowiedniej oprawy.


Taki sobie sprawię i będzie po sprawie :)

źródło-internet

Plotkowisko #1

by 18:10
  Nawet nie chce mi się pisać o tym, jak spędziłam długi weekend, bo minął on pod znakiem deszczu i wiatru. W zamian za to postanowiłam uruchomić nowy cykl na blogu, który będzie polegał na... niewinnym plotkowaniu. Raz w miesiącu wezmę pod lupę znanych i niekoniecznie lubianych, a także przybliżę to, co zainteresowało mnie najbardziej. W końcu nie samą rodziną blogierka żyje. Nie przedłużając, przedstawiam mój subiektywny przegląd najważniejszych wydarzeń ostatnich dni:

1. Nie mogło być inaczej- księżna Kate urodziła! Mała księżniczka pojawiła się na świecie wczoraj rano, a promienna i świeża Kate pokazała się publicznie kilka godzin po porodzie. Patrząc na nią, przypomniałam sobie moment, kiedy sama zostałam mamą i pamiętam, że wyglądałam wtedy jak trzy ćwierci do śmierci. No cóż, zwykła baba zawsze zostanie zwykłą babą, choćby i dziecko powiła. Niech nam żyje Royal Baby!



2. W Mediolanie rozpoczęło się Expo 2015, czyli najważniejsze wydarzenie tego roku. Wraz z Expo przyszły zamieszki przeciwników Expo, które zamieniły się w chuligańskie wybryki oraz przyniosły ogromny wstyd państwu, miastu i prowincji. Zamieszanie, jak na kraj chaosu przystało, jest tak duże, że nikt już nie wie, o co biega. Straty są gigantyczne, opozycja domaga się natychmiastowej dymisji Ministra Spraw Wewnętrznych (akurat), a premier Renzi jak zwykle luzacko do sprawy podchodzi. Italia w pigułce, można by rzec!



3. Idol tłumów, David Beckham, skończył 40 lat i t tej okazji założył sobie konto na Instagramie (może pójdę jego śladem, kto wie). Beckham jest jak wino, im starszy tym lepszy, za to jego żona z każdym rokiem ma coraz bardziej skwaszoną minę. Takie ciacho wyrwała i niezadowolona, chyba dlatego, że wiecznie musi go pilnować:).



4. W nocy z soboty na niedzielę odbyła się walka bokserska, która jako tako nie zainteresowała mnie wcale. Zaciekawiłam się tymczasem kwotą, jaką zainkasował zwycięzca potyczki- "bagatela" 200 milionów dolarów. Pomyślałam sobie, że ktoś tutaj jest zdrowo kopnięty, bo żaden sportowiec nie jest wart takich pieniędzy, obojętnie czego by nie uprawiał. Zdjęcia boksera, gdzie pręży się otoczony szmalem dobitnie zaś pokazują, że klasy nie można kupić, nawet za dwieście baniek. Resztę już tak.


Więcej plotek nie pamiętam!

zdjęcia- internet
Obsługiwane przez usługę Blogger.