Negatywne skutki blogowej wyobraźni

by 17:26
   Minęły dwa lata, odkąd prowadzę bloga i wiele rzeczy się przez ten czas zmieniło. Na początku traktowałam blogowanie niezwykle poważnie, a każde słowo krytyki mocno przeżywałam. Zdarzało mi się polemizować z osobą, która zarzuciła mi, że tworzę "stylistycznego trupa", ale dzisiaj już bym tego nie zrobiła. Wiecie dlaczego? Bo wyluzowałam. Zrozumiałam, że nie zadowolę wszystkich, choćbym zaczęła komponować wybitne limeryki, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś, kto zauważy w tekście błąd, nieścisłość, czy inną cholerę. Nie skończyłam polonistyki, piszę jak potrafię, czyli ani lepiej, ani gorzej, tylko po mojemu. I dlatego to lubię.

  Od paru tygodni na moim blogu króluje niejaka Pola Szynel- kobieta sukcesu, cwana bestia, w głównej zaś mierze przebojowa blogerka. Wymyśliłam ją spontanicznie, napisałam jeden odcinek i byłam przekonana, że na tym zakończę, jednak tak się nie stało. Historyjka o Poli spotkała się z ciepłym przyjęciem, zwłaszcza od momentu, gdy zrobiłam z niej popularną blogerkę. Nie będę ukrywać, że zainspirowałam się niektórymi czołowymi postaciami blogosfery, a rozdziały z "blogiem" w tytule są wynikiem moich subiektywnych obserwacji dotyczących wirtualnego świata. Mogłam napisać wprost, czego nie akceptuję, ale wolałam stworzyć prześmiewczą opowiastkę, przy płodzeniu której za każdym razem świetnie się bawię. I to jest dla mnie dosyć istotne, bowiem pisanie bloga bez radości nie byłoby takie fajne.

  W niedzielę opublikowałam kolejną część, w planach roboczych widnieją dwie następne, więc wygląda na to, że Pola zdominowała mój blog (cała ona). I kiedy w poniedziałkowy wieczór układałam kanwę do nowej przygody blogerki Szynel, nieoczekiwanie dostałam maila od anonimowego użytkownika, który napisał jedynie:

"Daj sobie spokój z tą Szynel, bo to już nawet nie jest śmieszne."

  Na początku pomyślałam, że to jakaś wzburzona blogerka posłała mi wiadomość (w sumie to nadal tak sądzę) i chciałam wykorzystać mail do nowego odcinka. Pomysł ten odrzuciłam i postanowiłam odpowiedzieć anonimowi, czemu nie wezmę jego słów do serca. A zatem, nie dam sobie spokoju z Polą, bo zwyczajnie ją polubiłam, chociaż nie jest zbyt miła. Nie dam sobie spokoju z Polą, jako że odwiedzający kluseczkowy blog by mi tego nie darowali (wybaczcie nieskromną i przesadzoną opinię). Nie dam sobie spokoju z Polą, gdyż wyłącznie ja decyduję o tym, co zamieszczam na blogu. Nie dam sobie spokoju z Polą bez względu na to, ile podobnych anonimów dostanę. Za to Ty, wzburzony czytelniku, możesz dać sobie spokój, aczkolwiek nie z Polą. Daj sobie spokój z moim blogiem! Po kiego tu wchodzisz, skoro wcale nie musisz?

  I tak teraz się zastanawiam, czytając ten wpis, czy sympatycznego maila nie wysłał mi wkurzony psychofan Najdżeliny :)?



zdjęcie- ideageek.it

Upadek blogowy Poli Szynel

by 17:36
  Niełatwo być gwiazdą- zadumała się Pola Szynel, czytając po raz setny wywiad, który przeprowadziła z nią dziennikarka tygodnika "Plotki i pomówienia", Adelajda Konieczny. Odkąd Pola pojawiła się w telewizji, stała się jeszcze bardziej rozchwytywana, a jej blog wymieniany był wśród faworytów do prestiżowych Kufelków Blogowych. O tym właśnie rozmawiała z naczelną Konieczny, chociaż ta ciągle dopytywała się o rzekomy romans z królem blogosfery- Rozmarynkiem. Pola poznała go na spotkaniu gwiazd internetu i szybko między nimi zaiskrzyło. Zostali parą, ale Rozmarynek wolał trzymać ich związek w tajemnicy, ku utrapieniu przebojowej Szynel. Tak będzie lepiej- tłumaczył- jeśli chcesz zdobyć Kufelka, musisz siedzieć cicho, inaczej Najdżelina nie przepuści okazji i przyczepi się do wyników. Rozmarynek był przewodniczącym żyri i obiecał Poli zwycięstwa w trzech z czterech kategorii, mimo że jej to nie satysfakcjonowało. Przekonam go, że i Kufelek za tekst mi się należy- myślała zirytowana- w końcu jak szaleć, to na całego!

  Do blogowej gali zostało trochę czasu, a Pola nie próżnowała. Chcąc zdobyć sympatię czołowych blogerów, stawiała się na wszystkich imprezach (nawet tych najmniej znaczących), gdzie z każdym starała się zamienić parę słów. Nie pomijała również nieznanych autorów, których do tej pory konskewentnie lekceważyła, bowiem nie życzyła sobie, aby pławili się w blasku jej sukcesu. Wspięłam się na wyżyny bez niczyjej pomocy- mówiła Bozi- i nie zamierzam nikomu ułatwiać zadania, a już blogaskami ze znikomą ilością lajków zwyczajnie gardzę. Na moje 25 tysięcy solidnie zapracowałam, więc inni niech się ode mnie uczą, a nie spamują jak szaleni. Bozia co prawda przytakiwała Poli, lecz po cichu z niej kpiła, ponieważ dobrze pamiętała początki Majstajla. Wedle życzenia szefowej latała od bloga do bloga, zostawiała komentarze z namiarami na Polę, a wydatki na promocję srogo ją kosztowały. Fanpejdż "Szynel i Krówka" rozkręcił się błyskawicznie, bo Pola wpadła na pomysł kupienia lajków, o czym teraz najwyraźniej wolała zapomnieć. Wypomnę jej to w swoim czasie- cieszyła się Bozia- zobaczymy, kto kogo wykiwa!

  Oprócz wiecznie niezadowolonej Bozi, Pola musiała się też użerać z Marcelem Klałniczkiem. Główny stylista Majstajla zrobił jej na złość i zajął się ubraniem Najdżeliny na blogową galę, podczas gdy Pola była zmuszona skorzystać z pomocy mniej znanego (i nie tak utalentowanego) Tobiasza Szymioła. Marcel wypiął się na Polę, gdyż nie chciała zatrudnić do blogowych projektów jego chłopaka, modnego fotografa Michała Buca. Nie mogę tego zrobić- wyjaśniała Klałniczkowi- zostanę oskarżona o dewotyzm i reklamodawcy odwrócą się ode mnie. W rzeczywistości chodziło jej o kasę, jako że ten cały Buc kazał sobie solidnie płacić za sesję, a Pola miała węża w kieszeni. Wymyśliła więc naprędce argument o dewotyźmie, zaś czepialski Klałniczek zarzucił jej, że nie zna znaczenia słów, których używa. Dewotyzm, narkotyzm, czy nepotyzm- odpowiedziała Pola- jest mi to wsio równo. Nie dam pracy twojemu Bucowi, choćby i zatańczył przede mną nago. Chciałabyś- żachnął się Klałniczek i na tym skończyła się ich znajomość.

  Nic dziwnego, że na godzinę przed rozpoczęciem Kufelkowej gali, humor Poli niezbyt dopisywał. Nie wątpiła, że nadchodzą jej największe triumfy, ale bunt Bozi, odejście Klałniczka oraz milczenie Rozmarynka psuły jej znakomity nastrój. Była przekonana, że pójdą razem na wręczenie nagród i zrobią wielkie ontre wreszcie się ujawniając, a tu masz ci los, Rozmarynek przepadł. Co za cham- wkurzała się Pola, wchodząc do galowej sali i śląc uśmiechy na prawo i lewo- pożal się Boziu guru blogowy się znalazł, nie ręcze za siebie, gdy go zobaczę! Rozsiadła się wygodnie w pierwszym rzędzie, czekając znudzona na wyniki Kufelków Blogowych, ponieważ artystyczna część gali zupełnie jej nie interesowała. Gdyby nie fakt, że paparazzi cykali jej fotki, ucięłaby sobie drzemkę, lub choć soczyście ziewnęła, a tak udawała zachwyconą przedstawieniem. Kiedy po męczącej godzinie śpiewów i tańców znany reporter Jaromir Wuźniar oznajmił, że przyszedł czas na Kufelki, Pola aż poskoczyła z wrażenia. Zaczyna się- myślała podniecona-  Pola Szynel nadchodzi!

  Kufelki Blogowe przyznawano od kilku lat i były one trampoliną do kariery, więc niejeden bloger ostrzył sobie na nie zęby. Pola w swej miłości własnej nie miała sobie równych i nie dopuszczała do siebie, że ktoś może zgarnąć jej statuetki sprzed nosa. Gdy na scenie pojawił się Rozmarynek z wynikami, zapomniała o chwilowej niechęci i wpatrywała się w niego, jak urzeczona.

-No dobra- zaczął Rozmarynek- będę się streszczał, bo nic mnie te nagrody nie obchodzą. Król jest jeden, kapujecie, zresztą mam was gdzieś, jeśli nie dalej. A oto, hmmgrrr, tak zwani zwycięzcy (Pola zadygotała):

-W kategorii "Odkrycie Roku" zwycięzcą zostaje....Najdżelina!

-"Tekst Roku" żyri zgodnie przyznało Najdżelinie i jej "Piątym bramom do raju, czyli rzeczy o szminkach i obcasach"!

-"Stylizacja Roku" wędruje do Najdżeliny i Marcela Klałniczka za sesję "Manekiny na wystawie"!

-Najważniejsza nagroda, czyli "Blog Roku" wędruje do, uwaga, uwaga, Najdżeliny! Jej blog, NajdżejlaFaszion to prawdziwy majstersztyk i perełka. Niech Kufel będzie z tobą, Najdż!

  Pola dzielnie dobrnęła do końca gali. Słuchała podziękowań Najdżeliny, uczestniczyła w owacji na stojąco, lecz gdy Najdżelina wyznała zgromadzonym, że Rozmarynek to jej partner, uciekła stamtąd. Pech chciał, że w holu natknęła się na uradowanego Klałniczka z Bucem, a z daleka kiwała do niej wystrojona po pachy Bozia Kużajka. Jakby tego było mało, do towarzystwa podeszła gorąca para blogosfery- Najdżelina z Rozmarynkiem, który bezlitośnie rzekł Poli:

-Dałaś się nabrać, mała. Uwiodłem cię, by odwrócić twoją uwagę i jak widać, nieźle mi się to udało. Najdżelina wygrała, mimo że wielokrotnie próbowałaś ją zdyskredytować, jednak to Bozia i jej rewelacje dotyczące fałszywych lajków zapewniły Najdżi zwycięstwo. Dam ci dobrą radę- na przyszłość staranniej dobieraj współpracowników, albo chociaż płać im nieco lepiej.

Upokorzona Pola spojrzała na Bozię.

-I ty przeciw mnie, Brajanusie!- wykrzyknęła dramatycznie- jak mogłaś?

  Po kilku minutach krępującej ciszy, Pola Szynel zdołała się opanować. Podniosła wysoko głowę, wyniosłym spojrzeniem omiotła obecnych, odwróciła się na pięcie i odeszła.

-To nie koniec- rzuciła na odchodnym- ja wam jeszcze pokażę!



    zdjęcie- teatrodellangelo.it

    P.S. Wszelkie podobieństwa przypadkowe!

    Poprzednie opowieści o Poli:

    1. Tajemnice Poli Szynel

    2. Blogowy sukces Poli Szynel

    3. Współpraca blogowa Poli Szynel

Mała miss z podwórka

by 16:50
  Nigdy nie miałam okazji widzieć programu o małych miss, bo jestem przeciwniczką tego typu show. Uważam, że są nie tylko niebezpieczne dla dzieci, gdyż mogą zniszczyć ich psychikę, ale także (a może przede wszystkim) są pożywką dla pedofilów. Gdyby ktoś zaproponował Gai udział w czymś podobnym, zareagowałabym ostro. Moja córeczka ma jeszcze czas na bycie dorosłą i w życiu bym jej nie ciągnęła na jakieś chore konkursy. Nie i koniec, nawet jeśli Kluseczka pragnęłaby wziąć udział w programie dla malutkich piękności.

  Piszę o tym nie po to, żeby po raz kolejny deklarować niechęć do audycji o małej miss, lecz z całkiem innego powodu. Do tej pory widziałam wymalowane dziewczynki jedynie w telewizji i nie kryłam niezadowolenia, patrząc na nie. Kiedy jednak parę dni temu na zobaczyłam na placu zabaw dziewięciolatkę (na oko) w pełnym i naprawdę wyzywającym makijażu, dosłownie szczęka mi opadła. Na żywo bowiem dziecko z tapetą na twarzy wygląda o wiele bardziej groteskowo i niesmacznie, niż w ekranie telewizora. 

  Patrząc na dziewczynkę myślałam, że jej buzia to wynik kaprysu, na który matka jednorazowo się zgodziła. Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia (i dzień później) znowu pojawiła się na boisku profesjonalnie umalowana. Jej usta świeciły z daleka w krwistoczerwonym kolorze, oczy miała podkreślone grubą kreską i niebieskim cieniem, a na policzkach królował ciemny róż. Dziewczynka jeździła spokojnie na rowerze lub bawiła się z dziećmi, a umalowana twarz małej kontrastowała z otoczeniem i "normalnymi" kilkulatkami. Kiedy znalazła się w pobliżu, nie wytrzymałam i zapytałam ją, czemu się maluje. Odpowiedziała, że chce być tak piękna, jak mama, która codziennie przed wyjściem z domu robi jej (i sobie) make-up.

  I rzeczywiście, mama Natalii (nazwijmy ją tak) wyróżniała się mocnym makijażem, lecz co przystoi dorosłemu, dziecku już niekoniecznie. Z nią też zamieniłam kilka słów i muszę przyznać, że dawno nikt mnie tak nie zaskoczył. Kobieta nie widziała nic złego w tym, że córka wychodzi na dwór umalowana, a na moją sugestię, że Natalia jest na to za młoda, zareagowała nieśmiertelnym: "jeśli jej się podoba, to niech ma". Dla mnie taki argument to żaden argumet, jako że nic nie usprawiedliwa produkowania ośmioletnich lolitek (okazało się, że Natalia ma osiem lat). Poza tym matki są od tego, żeby wyznaczać granice i powiedzieć "stop". A może nie mam racji?
  
  Według mamy Natalii nie jestem postępowa. To prawda, ponieważ moje poglądy na wychowanie są dosyć konserwatywne i bynajmniej się tego nie wstydzę. Dzieciństwo to piękny okres i nie zamierzam odbierać go Gai. Niech będzie jak najdłużej dzieckiem- brudnym, spoconym, głośnym, szczęśliwym i naturalnym. Małej miss z podwórka zapewne nie brakuje miłości, chociaż rozsądnej matki chyba trochę tak. Myster Pi, zobaczywszy Natalię, stwierdził bez ogródek (jak to facet), że zarówno matka, jak i córka to osobne przypadki dla psychiatry. A co Wy, drogie mamy (i tatusiowie), sądzicie na ten temat? Czy Waszym zdaniem matka zrobiła dobrze, spełniając życzenie córeczki? Jak postąpilibyście w podobnej sytuacji? 
  
zdjęcie- pianettamamma.it

Współpraca blogowa Poli Szynel

by 16:42
  Jestem boska- zachwycała się nad sobą Pola Szynel, spoglądając z uśmiechem w lustro, gdy szykowała się do wyjścia. Od czasu założenia bloga minęło pół roku, a Nasz życiowy lajfstajl, przemianowany po miesiącu na Majstajla, okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko był oblegany przez miliony fanów, ale także przynosił konkretne zyski, które Pola bardzo sprawiedliwie (w jej mniemaniu) dzieliła. 80% dochodów zasilało jej konto, natomiast reszta trafiała do Bozi Kużajki i stylisty Marcela Klałniczka. Bozia nie protestowała i nie żądała podwyżki, bo nie orientowała się, ile Pola naprawdę zarabia, zaś Marcel często się buntował, lecz Pola go olewała. Miała na niego haka i przypominała mu o tym za każdym razem, gdy domagał się premii, poza tym jej głowę zaprzątały poważniejsze sprawy, niż pretensje jakiegoś tam Klałniczka. Stylista od siedmiu boleści się znalazł- kpiła bezlitośnie Pola, myśląc w podnieceniu o nowym byznesie. Niedawno otrzymała maila od samego prezesa Międzynarodowej Wytwórni Mięsnej "Wątróbka", który zaprosił ją na lunch i ego Poli urosło jeszcze bardziej. Kto jak kto, ale Joachim Malapata z byle kim się nie spotykał!

-Prezesie- zagruchała Pola, wchodząc do jego wypasionego biura- jak miło pana poznać!

-Mnie również- odpowiedział prezes Malapata, trochę oszołomiony przebojowością Poli- słyszałem o pani same dobre rzeczy.

-Robi się to i owo, prezesie, nie powiem, ale gdzie mi tam do pana. Przy pana firmie to ja płotką jestem, albo co najwyżej kaszanką- Pola roześmiała się promiennie, niezmiernie rozbawiona swoją błyskotliwą puentą.

-Jest pani za skromna- odpowiedział prezes- sposób, w jaki zrobiła pani karierę jest iście imponujący, zatem od razu pomyślałem o pani.

-Nie owijajmy w bawełnę, prezesie- przerwała Pola- proszę o konkrety, mój czas jest cenny.

-Takie podejście mi się podoba! Droga Polu, działam na rynku od 30-lat, moje wyroby świetnie się sprzedają, a klienci darzą firmę wielkim zaufaniem. Kiedy więc mój syn wpadł na pomysł nowej produkcji, natychmiast się zgodziłem i szybko przystąpiliśmy do pracy. Niestety, Dietetyczne Ozory nie przypadły do gustu konsumentom i jeśli czegoś nie zrobię, to zanotuję milionowe straty, a na to nie mogę sobie pozwolić. Jednym słowem, pani pomoc jest mi niezbędna!

-Ale prezesie, ja nie prowadzę bloga kulinarnego!

-Nie bądźmy drobiazgowi, Polu. Założy sobie pani na blogu zakładkę "kulinaria" i po sprawie, zresztą sama wie pani najlepiej, co zrobić. Czytałem ostatnie tendencje na rynku i analizy internetowe, z których jasno wynika, że jest pani liderką w branży i cokolwiek zareklamuje, zawsze się sprzeda. 

-No tak, to prawda. Krem na gęstsze włosy rozszedł się ze sklepów w jeden dzień, a żel na brodawki w trymiga. Rozumie pan prezesie, że taka skuteczność nie jest tania?

-Ależ naturalnie- prezes Malapata podał Poli karteczkę z wypisaną cyfrą. Pola aż przełknęła ślinę z wrażenia, lecz zdążyła się opanować.

-Cóż prezesie, propozycja jest kusząca, ale...

-Tak?- zachęcił Polę prezes.

-Widzi pan, moja największa blogowa rywalka Najdżelina wyjechała niedawno na sponsorowane wakacje. Laska naśladuje mój styl, nasyła mi hejterów, choć tym akurat się nie przejmuję, bo generuje mi wejścia, durna pała. Jest popyt, to jest i prodiż, nieprawda prezesie? Dołoży pan wyjazd do pakietu, to tak zareklamuję te pana ozorki, że w pięty pójdą, a Najdżelina pęknie z zazdrości!

-Umie się pani targować! Czy dwa tygodnie na Lazurowym Wybrzeżu panią usatysfakcjonują?

-Jak najbardziej- podziękowała Pola- pokaż mi pan teraz te ozorki. 

  A co to za cholerstwo- pomyślała, przypatrując sią Dietetycznym Ozorom firmy "Wątróbka"- nie zjadłabym tego, choćby mi zapłacili. Na szczęście muszę to tylko opisać.

-Co to ma być, Achim?- Pola uznała, że skoro byznes wypalił, to może nazywać prezesa po imieniu- Dietetyczne Ozory lepsze niż kalafiory? Taki stary wyjadacz dał się namówić na takie hasło! Nie dziwię się, że ludzie nie chcą tego kupować. Jak się za to wezmę, to będziesz musiał urządzić nadprodukcję. Uciekam zabierać się do pracy, a ty przygotuj się na ozorkowe trzęsienie ziemi!

  Prezes Malapata był bardzo zadowolony, a entuzjazm Poli udzielił się i jemu. Nieszczęsne ozory spędzały mu sen z powiek, a wyszło na to, że rozwiązanie sytuacji prędko się wyjaśni. Malapata nie wątpił, że dzięki zaangażowaniu Poli Szynel Dietetyczne Ozory okażą się największym hitem w historii "Wątróbki". Ta dziewczyna miała siłę przebicia i potrafiła zdziałać cuda na tym swoim blogu.

  No i Pola pokazała, na co ją stać. Dzień po wizycie u Malapaty na Majstajla pojawiła się recenzja wyśmienitych ozorków. Czytelniczki Poli na początku były zszokowane reklamą, lecz przeczytawszy opis Dietetycznych Ozorów, zmieniły zdanie. Z magazynów "Wątróbki" ozorki zaczęły znikać w ekspresowym tempie, a prezes Malapata przecierał oczy ze zdumienia. Slogan reklamowy, który wymyśliła Pola- Dietetyczne Ozory- Twego podniebienia rozpędzone motory- tak mu się spodobał, że zaproponował Poli kolejną współpracę (tym razem na ogień miały pójść winerki-śmierdzielki). A Pola, jak to ona, przyjmowała wszystkie splendory z należytą powagą i nie zniechęciły jej nawet nowe przydomki, krążące po sieci- "blogerka od ozorków" i "ozorkowa królowa". W końcu potunia non omlet- powiedziała Pola Bozi- dopiero się rozkręcam!



zdjęcie- donna.nanopress.it

Opowiadanie nr 1- Tajemnice Poli Szynel
Opowiadanie nr 2- Blogowy sukces Poli Szynel

W obronie Italii

by 16:23
   Nie znoszę polityki i nie lubię o niej pisać, jako że na klawiaturę cisną mi się same wulgaryzmy, gdy zdarza mi się wspomnieć na ten temat. W dzisiejszym poście zahaczę wszakże o politykę, ponieważ to konieczne. Ten wpis by nie powstał, gdyby nie pewien raport dotyczący Makaroniarzy, o którym niedawno czytałam i bardzo mnie wkurzył. Wynika bowiem z niego, że Włosi to najwięksi rasiści w Europie i nikt nie może się z nimi równać na tym polu. I jakkolwiek życie w Italii nie jest sielanką i mam dużo zastrzeżeń do tutejszej biurokracji, to jednak uważam, iż nazwanie Włochów rasistami jest mocno krzywdzące. Bo to nieprawda, a żeby powiedzieć dosadniej, to gówno prawda. Włosi mają dość imigrantów, ale rasizm tu nie ma nic do rzeczy. Powody są zupełnie inne. I całkowicie zrozumiałe, przynajmniej dla mnie.

  Od kilku lat w Italii panuje kryzys, o czym przekonałam się również na własnej skórze. Drobni przedsiębiorcy są okładani coraz większymi podatkami i często są zmuszani do tego, żeby zamknąć interes. Przepisy są tak absurdalne, że niejednego Włocha doprowadziły do skraju rozpaczy, a nawet do samobójstwa. Przepisy te dotyczą wyłącznie Włochów, gdyż obcokrajowcom rząd pomaga i to jak! Włosi są wściekli i nie rozumieją, czemu traktuje się ich niczym obywateli drugiej kategorii. Gdzie tu więc rasizm?

  Mało kogo stać na to, aby kupić mieszkanie, a w zasadzie to nikogo nie stać. Ceny są nieziemskie, a pomoc państwa ogranicza się do kilku porad bądź załatwienia kredytu (warunki spełnia być może 5 procent składających podanie). W obwodzie pozostaje jedynie wynajem, lub mieszkania socjalne, ale pierwszeństwo w tej kwestii także należy do przyjezdnych. Przecież Włoch prędzej sobie poradzi i jakimś cudem zdobędzie te (minimum) 80 tysięcy euro, a przybysz z Afryki czy Azji już nie. Czyżby? 

  Kolejną kością niezgody są zasiłki, które Włochom prawie nie przysługują, natomiast imigranci dostają miesięcznie wikt i opierunek. Nic dziwnego, że Włosi są oburzeni, bo też bym była. Bezrobocie jest duże, młodzi ludzie nie mają szans na zatrudnienie, a ci, którzy znaleźli się w opałach, od państwa dostają figę z makiem. Włosi psioczą zatem na obcokrajowców i wkurzają się na polityków, bowiem zabierają im wszystko, a zwłaszcza godność.

  Od początku roku do Italii przybyło kilkadziesiąt tysięcy uchodźców, a Europa niezbyt się tym problemem przejmuje. Francja zamknęła swoje granice, inne kraje też nie zamierzają przyjąć imigrantów pod swój dach i tylko rząd włoski nie chce podjąć arcyważnej decyzji, chociaż opinia społeczna się tego domaga. Zdaniem Mystera Pi coś z tym należy zrobić, ponieważ za niedługo do Włoch przypłynie pół Afryki. Jego rodacy w większości sądzą podobnie i nie boją się do tego przyznać. W dobie konfliktów i terroryzmu powinno się mieć na uwadze bezpieczeństwo obywateli, a Italii nie stać na dalszy napływ uchodźców. Rasizm jest tutaj na ostatnim miejscu.

  I tak sobie myślę, że nasz rząd jest o wiele sprawiedliwszy od włoskiego, bo nie pomaga nikomu bez względu na narodowość i jest w tym bardzo konsekwentny :).


zdjęcie- laltraitalia.eu
  

Blogowy sukces Poli Szynel

by 18:04
   No i poszło- westchnęła Pola Szynel, wychodząc po raz ostatni z gabinetu doktora Piły. Po niedawnej kompromitacji związanej z księdzem Rudzikiem, przełożony Poli nie miał innego wyjścia, jak zwolnić ją z pracy i to natychmiastowo. Pola przypuszczała, że to robota księdza i jego "milutkiej" siostrzenicy Pauliny, ale nawet nie protestowała. Praca u Piły już dawno jej się przejadła, zresztą nie zarabiała tam kokosów, więc zwolnienie było jej na rękę. Poza tym jako życiowa optymistka, Pola nie przejmowała się zbytnio chwilowym bezrobociem, tylko beztrosko spoglądała w przyszłość. Była pewna, że praca sama do niej przyjdzie i nie opędzi się od ofert. Niejeden szef chciałby mieć taką pracownicę jak ona, co do tego Pola Szynel nie miała wątpliwości.

  Tymczasem propozycje nie napływały i Pola, chcąc nie chcąc, musiała udać się do pośredniaka. Nie uśmiechała jej się ta wizyta, ponieważ uwielbiała uchodzić za kobietę sukcesu, a takie byznesmenki nie mają przecież nic do szukania w Urzędzie Pracy. W każdym razie na wszelki wypadek wymyśliła sobie łzawą historię, gdyby spotkała kogoś bliskiego i z dziarską miną weszła do "raju" dla bezrobotnych. Nie zdążyła dobrze przekroczyć progu pośredniaka, gdy od razu natknęła się na znajomą twarz. No proszę, Bozia Kużajka- roześmiała się w myślach Pola- jeszcze tej mi tu brakowało.

  Bozia Kużajka, a właściwie Bożena Kużajka, chodziła z Polą razem do wieczorówki. Dziewczyny przyjaźniły się ze sobą, jednak odkąd Pola odbiła chłopaka Bozi, ta śmiertelnie się na nią obraziła. Chłopak okazał się strasznym nudziarzem, a do tego nieludzkim wręcz sknerą, zatem Pola szybko się go pozbyła. Poderwała go dlatego, aby udowodnić wszystkim, iż żaden facet nie jest w stanie się jej oprzeć, bo o zakochaniu nie było mowy. Pola zwyczajnie lubiła robić koleżankom na złość i wcale się z tym nie kryła. Nikt nie jest idealny- odpowiadała krytykantkom.

 -Bozia- Pola podeszła do dawnej przyjaciółki, wspominając stare czasy i witając się z nią wylewnie- co za spotkanie! 

  Mina Bozi nie wskazywała na to, by przebaczyła jej tamtą podłość, lecz Pola zupełnie nie strwożyła się obojętnością koleżanki.

-Daj spokój, Bozia- powiedziała- powinnaś być mi wdzięczna, że dzięki mnie pozbyłaś się tego debila. Chodź, pójdziemy oblać nasze spotkanie, a przy okazji pogadamy o interesie, który chcę założyć. Wiesz, potrzebuję udziałowca i z tego powodu tutaj jestem.

  Pola roztoczyła przed Bozią cały swój czar i jakoś udało się jej nakłonić znajomą do spędzenia razem popołudnia. Kiedy dotarły na miejsce i rozsiadły się wygodnie przy stoliku uroczej kawiarenki "Mewa i towarzysze", Pola zaczęła urabiać koleżankę, aby została jej wspólniczką.

-Kumasz, jak to jest- prawiła- nie chcę być od nikogo zależna. Postanowiłam otworzyć byznes i być sama sobie panią. Przeglądałam rynek i szybko doszłam, na czym można zarobić kokosy i żyć, jak pączek w margarynie. Zakładam bloga, Bozia!

-Co- zdziwiła się Bozia- i uważasz, że będzie z tego kasa? Daj spokój, nie wchodzę w to.

- Nie znasz się, teraz blogi są na czasie. Trzeba mieć pomysł, trochę sprytu, a zwłaszcza siły przebicia i za niedługo to my będziemy jeździć do Barcelony. To jak, chcesz ze mną pisać, czy nie?

-Ale Pola, ja nie umiem pisać, nie pamiętasz, że nie zdałam matury z polskiego?

-A kto o tym wie? Na pewno nie nasze przyszłe czytelniczki, a w ogóle to nie martw się na zapas. Pisać będę ja, chociaż też nie potrafię, za to nieźle bajeruję. Nazwę bloga już wymyśliłam- "Nasz życiowy lajfstajl". Bajerancka, prawda?

-No to do czego ja jestem ci potrzebna, skoro już wszystko masz?

-Bo odcięli mi neta i brakuje mi narzędzia do zarabiania. Jeden raz zapomniałam zapłacić i tak mnie potraktowali. To jak, zaczynamy od jutra? 

  Dzień później, zaopatrzona w poradniki i ulubione pisma, Pola w znakomitym humorze pojechała do mieszkania Bozi. Namówiła starego kumpla, znanego stylistę Marcela Klałniczka, do darmowej współpracy blogowej. Marcel był winien przysługę Poli, więc zobowiązał się podrzucić jakieś czaderskie stylówki, z czego Pola była bardzo zadowolona. Oczami wyobraźni widziała siebie na piedestale blogosfery, a pęczniejące w myślach konto dodawało jej skrzydeł, ponadto dokonała niezłej transkacji, która miała pomóc jej w promocji bloga.
  
 -No to zaczynamy- powiedziała do Bozi- zrobiłam nagłówek bloga, jest wprost boski, zobacz sama: Nasz życiowy lajfstajl by Pola Szynel and Bozia Krówka!

-Jaka krówka? Nazywam się Kużajka i nie będę żadną krową!

-Daj spokój, Bozia, nie ma się co dąsać. Twoje nazwisko jest obciachowe i koniecznie musiałam je zmienić. Kużajka nie brzmi zachęcająco i odstraszyłoby nam potencjalnych reklamodawców, a Bozia Krówka jest niesamowite i oryginalne. Dodatkowo powiem ci, że większość sławnych blogerów nosi pseudonimy- Mataszyn, Szarliz Majsterek, Dżejson Fajw, Starta Płyta albo Zębaty Samograj, a ty jako Bozia Krówka przebijesz wszystkich!

-No dobra, przekonałaś mnie. A co to znaczy "baj"?

-Jakie "baj"?

-No w tytule jest napisane "baj Pola Szynel i Bozia Krówka".

-Nie mam zielonego pojęcia, po prostu zgapiłam z innych blogów, bo prawie każdy tak ma. Nie możemy być gorsze, pamiętaj. Odpalaj kompa, Bozia, zaczynamy!

  Po kilku godzinach wytężonej pracy blog Nasz życiowy lajfstajl zadebiutował w wirtualnym świecie, a powitalny wpis widnał dumnie na stronie Poli i Bozi:

"Witajcie u nas, jeśli raz wejdziecie w nasze progi, to więcej z nich nie zejdziecie. Wasze nowe blogowe boginie- Pola i Bozia".

 Pod wpisem pojawiło się prawie sto komentarzy, zaś fanpejdż "Szynel i Krówka" w pierwszy dzień nazbierał ponad 2 tysiące lajków. Pola była zachwycona swoją obrotnością, natomiast Bozia nie pojmowała, skąd w tak krótkim czasie blog stał się niemal kultowy.

-Oj Boziu, dużo nauki przed tobą! Zainwestowałam w naszą firmę- kupiłam na allegro 2000 lajków, założyłam sto fikcyjnych kont, żeby z nich pisać pochlebne komentarze. Teraz pozostało nam zdobyć folowników i zobaczysz, że najdalej pojutrze pojawi się pierwsza oferta współpracy.

-A co to są folownicy? Masz na myśli wojowników?

-No, tych współczesnych, z Instagrama. Nie pamiętam dokładnie, jak się na nich mówi- folownicy, folowdżersi, ale jeśli i oni zaczną nas śledzić, to szybko rozwalimy system. 

  I tak się stało. Po dwóch miesiącach Pola i Bozia wraz z wymierną pomocą Marcela Klałniczka odcisnęły wyraźne piętno w blogosferze, a jeden z czołowych portali internetowych nazwał Polę wybitną influencerką. A jak poradziła sobie Pola Szynel z blogową sławą i co ciekawego jeszcze wykombinowała, o tym napiszę w następnym odcinku, o ile powstanie.



zdjęcie- lagazzettadiluca.it

Część pierwsza przygód Poli- Tajemnice Poli Szynel
Wpis ma charakter ironiczny i tak należy go traktować :).

Wieści z placu boju

by 15:26
  Tak sobie myślę, że chyba napiszę książkę o naszych przygodach z placu zabaw, bowiem za każdym razem, gdy idę tam z Gają, coś nam się przytrafia. Czuję się tak, jakbym uprawiała sporty ekstremalne, a nie spędzała czas z dzieckiem na dworze i zastanawiam się, co się z ludźmi porobiło. A może to we mnie jest problem, tylko tego nie dostrzegam? Sama już nie wiem...

  Ostatnio miałam wątpliwą przyjemność zdenerwować się po raz enty, ponieważ doprowadziła mnie do tego pewna wyluzowana mamuśka dwuletniego brzdąca. Podeszła do mnie, a jej synek podbiegł do Gai, która bawiła się swoimi samochodzikami (z jajek niespodzianek) i spuszczała je na ślizgawce. Widząc chłopczyka, dała mu do zabawy autko i zaczęli uprawiać ślizgawkowe wyścigi dziecięce. Obserwowałam ich wraz z mamą chłopca, a po chwili nawiązała się między nami dosyć ciekawa konwersacja:

- Jak to jest- zapytała kobieta- że dziewczynka woli samochody?

-Normalnie- odpowiedziałam- skoro je lubi, to niech się nimi bawi.

- Bo widzi pani, moje dzieci nie mają w domu żadnych zabawek i szczycę się tym. Nie zamierzam ich rozpuszczać.

  Moim zdaniem nie ma się czym szczycić, gdyż dzieci powinny mieć się czym bawić, a zabranianie im wszelkiej przyjemności (jak zabawek albo słodyczy) może przynieść poważne konsekwencje w przyszłości. Rzadko jednak wtrącam się do metod wychowawczych innych rodziców, więc zbyłam jej uwagę wymownym milczeniem.

  Minęło trochę czasu i mama z synkiem poszli do domu, a ja dopiero później zorientowałam się, że chłopczyk nie oddał Gai zabawki. Nic to- pomyślałam- odbiorę ją jutro, na pewno tu przyjdą i mały zwróci autko Kluseczce. Przyjść przyszli, a jakże, ale o oddaniu samochodziku nie było już mowy. Bo przecież to taka tania pierdoła i zawsze mogę kupić Gai następne jajko niespodziankę.

-Wie pani- zwróciłam się wzburzona do kobiety- nie chodzi o to, czy zabawka jest tania, czy nie, ale to własność mojej córeczki i proszę ją oddać!

-No co też pani, na dobrą sprawę to pani nie ma pewności, kto wziął auto, a oskarża mojego syna.

-O nic go nie oskarżam, jedynie domagam się zwrotu samochodu, który pani synek wziął ze sobą do domu.

-Wziął i zapomniał go przynieść. Zresztą jeden samochodzik chyba nie robi różnicy?

-Wczoraj pani mówiła, że nie kupuje dzieciom zabawek i teraz wiem dlaczego. Po co wydawać pieniądze, skoro można zabrać innym? To się nazywa kradzież!

-Pani jest bezczelna!

  I kto tu jest bezczelny? Nie mam nic przeciwko temu, żeby dzieci bawiły się zabawkami Gai, ale kiedy wywija się nam taki numer, to naprawdę dostaję szału. Nie przywłaszcza się cudzych rzeczy, nawet jeśli nie kosztują wiele. Po tym zdarzeniu mam oczy szeroko otwarte, a chłopczykowi nie pozwalam więcej dotykać zabawek Gai. Przykro mi z tego powodu, lecz jego matka (która patrzy na mnie, jak gdyby nic się nie stało) nie dała mi wyjścia.



zdjęcie- Automodellando.it

Wbrew sobie, wbrew wszystkim

by 13:20
  Miałam niecałe szesnaście lat, gdy to się zdarzyło i mój idealnie poukładany świat się zawalił. Z radosnej nastolatki stałam się kłębkiem nerwów i chodzącym nieszczęściem. Odechciało mi się śmiać, odechciało mi się bawić, odechciało mi się istnieć. Zostałam sama, chociaż nie byłam sama, bo kiełkowało we mnie nowe życie, które nienawidziłam z całej siły, gdyż obwiniałam je o wszystko. Gdyby nie ciąża, mój chłopak nadal byłby przy mnie, a tak odszedł, śmiejąc mi się w twarz i mówiąc, że nie da się wrobić w dziecko. Jak więc mogłam kochać kogoś, kto odebrał mi miłość? Byłam za młoda na macierzyństwo, zbyt naiwna na odpowiedzialność i nieprzygotowana na samotność, czyhającą na mnie z każdej strony...

  Dopiero po sześciu koszmarnych miesiącach odważyłam się powiedzieć mamie o moim stanie. Nie pytajcie mnie, jak przeżyłam te pół roku, ani jak ukrywałam ciążę przed rodzicami.W szkole dobrze sobie radziłam, choć niektóre osoby zauważyły, że jest ze mną coś nie tak, ponieważ już nie byłam duszą towarzystwa i zakochaną bez pamięci dziewczyną. Na szczęście koleżanki sądziły, że to złamane serce jest powodem mojego smutku i o nic nie pytały. Moja mama uważała podobnie, więc też dyskretnie milczała. Setki razy chciałam jej wyrzucić bolesną prawdę, ale nie potrafiłam tego zrobić. Brakowało mi słów i odwagi, lecz w końcu musiałam się przyznać, jako że psychicznie nie dawałam już rady. Wiedziałam, że reakcja mamy nie będzie entuzjastyczna, niemniej jednak postanowiłam zaryzykować. Z perspektywy czasu wiem, że była to najmądrzejsza decyzja, na jaką się wtedy zdobyłam. Jedyna mądra decyzja...

  Mama była na mnie wściekła, mimo że nie dawała tego po sobie poznać. Nie krzyczała, nie robiła mi scen, nawet nie zapytała o ojca dziecka, tylko spokojnie stwierdziła, że jak najszybciej trzeba się udać do lekarza, aby zobaczyć, czy maluch jest zdrowy. Było mi to najzupełniej obojętne, ale zgodziłam się na wizytę u ginekologa. Dla świętego spokoju oraz po to, żeby jeszcze bardziej nie rozczarować mamy. Jej pełen zawodu wzrok spowodował, że czułam się o wiele gorzej, niż zanim się przyznałam do niechcianej ciąży. Do tej pory byłam jej dumą i ukochaną córeczką, która nigdy nie przyniosła rodzicom wstydu. Zepsułam to szybko i boleśnie...

  Dziecko rozwijało się prawidłowo. Było zdrowe i silne, lecz mnie to nie ruszało. Nie obchodziło mnie nic, co dotyczyło malucha, a coraz częstsze kopnięcia w brzuch traktowałam niczym karę i daleko mi było do zachwytów, tak typowych dla kobiet w ciąży. Kiedy lekarz chciał ujawnić płeć małego, absolutnie się na to nie zgodziłam. Ciągle powtarzałam, że jest mi wszystko jedno i że nie mam ochoty bawić się w matkę. Wciąż bowiem nie pojmowałam, iż już nią jestem...

  Odliczałam dni do rozwiązania. Byłam pewna, że kiedy wreszcie urodzę, moje życie wróci do normy. Rozważałam oddanie dziecka do adopcji, a właściwie to już zdecydowałam się na ten krok, lecz kategorycznie zabroniła mi tego mama. Powiedziała, że prędzej to mnie wyrzuci z domu, niż przystanie na odebranie jej wnuka i po raz pierwszy, odkąd dowiedziała się o ciąży, opieprzyła mnie solidnie z góry na dół. Posłuchałam mamy, tak samo jak słuchałam jej wówczas, gdy kazała mi chodzić z podniesioną głową i nie przejmować się wścibskimi spojrzeniami. Dzięki mamie nie zawaliłam szkoły i nie czułam się wyklęta, ponieważ mi na to nie pozwoliła. Dla niej moja ciąża to nie był koniec świata, dla mnie niestety tak...

  Marysia urodziła się tydzień przed terminem. Poród odbył się bez żadnych komplikacji, a mała od początku okazywała swój charakterek. Była śliczna, ale ja nadal nie potrafiłam nazywać ją moją córeczką. Karmiłam ją, przewijałam i nie opuszczałam nawet na moment, lecz to jej babcia była dla niej prawdziwą matką. Ja przezwałam się opiekunką...

  Pewnego dnia w domu zjawił się nieproszony gość. Przyszedł do nas ten, który spłodził- tak go nazywałam, bo na miano ojca nie zasługiwał. Chciałam wyrzucić go z domu, ale mama przekonała mnie, że każdy zasługuje na drugą szansę, zwłaszcza tak młody chłopak. Zadziwiające jest to, jak ludzie potrafią rozgrzeszyć nastolatka ze względu na wiek, natomiast nad małoletnią matką rzadko kto się lituje. Gotowałam się w środku i buntowałam na samą myśl o tym, że tak zwany ojciec Marysi będzie do niej przychodził, lecz na to zezwoliłam. Od tamtej pory robił wszystko, żeby być dobrym ojcem i udawało mu się to. Nie umiałam mu jednak wybaczyć tego, że mnie zostawił. Stało się to dopiero po kilku latach...

  Marysia rosła jak na drożdżach, a moje uczucia względem niej powoli zaczęły się zmieniać. Często obserwowałam ją, gdy spała, sprawdzałam, czy aby na pewno oddycha i mogłam siedzieć przy niej godzinami, nie licząc upływającego czasu. Kiedy się jej przyglądałam, ogarniało mnie wzruszenie i ukradkiem ocierałam łzy, spływające ciurkiem po mojej twarzy. Zrozumiałam bowiem, że to, co się wydarzyło, nie było winą mojej malutkiej córeczki. Po kilku miesiącach od jej urodzin pojęłam, że jest moim największym skarbem i kocham ją ponad życie. Do teraz rumienię się na wspomnienie tych przeklętych chwil apatii i nieuzasadnionej złości. Powinnam była dojrzeć wcześniej...

  Dziś mam 28 lat i jestem dumną mamą rezolutnej nastolatki. Wczesne macierzyństwo odebrało mi trochę wolności i przyśpieszyło dorastanie, ale w niczym nie przeszkodziło. Skończyłam szkołę, zdałam maturę i poszłam na studia, a później znalazłam wymarzoną pracę. Udało mi się to dzięki pomocy rodziców, którzy stanęli na wysokości zadania i wspierali mnie ze wszystkich sił. Marysia jest oczkiem w głowie dziadków, a jej tata jest obecny w jej życiu i ani razu nie zawiódł córeczki. Nasze stosunki są więcej, niż poprawne, aczkolwiek miłość między nami już dawno wygasła. Łączy nas Maria i to dla niej zdecydowaliśmy się zostać przyjaciółmi. Bo nic nie jest ważniejsze od dobra naszego dziecka.


Opisana historia wydarzyła się naprawdę, ale to nie jest moja historia. Gaję- jak na razie moje jedyne dziecko- urodziłam w wieku 34 lat.



zdjęcie- vitadamamma.com

Jak małej Zosi urosły duże skrzydła

by 17:03
  Tej nocy Zosia znowu źle spała. Niedawno przeprowadziła się wraz z rodzicami i młodszym bratem do nowego miasta, które bardzo się jej podobało, ale nie czuła się w nim zbyt komfortowo, bowiem nikogo jeszcze nie poznała. Tymczasem zbliżał się jej debiut w klasie drugiej "a", więc z tego powodu Zosia znacznie się stresowała i miała problemy ze snem. Była nieśmiałą dziewczynką i perspektywa stanięcia przed trzydziestoma osobami zdecydowanie ją przerażała. Z jednej strony nie mogła się doczekać pójścia do szkoły, a z drugiej paraliżował ją strach, o którym nikomu nie mówiła. Kiedyś tatuś jej powiedział, że jest dzielna, dlatego Zosia wolała na nic się nie skarżyć, ponieważ nie chciała go rozczarować swoim zachowaniem.

  Ale zarówno tatuś, jak i mamusia szybko dostrzegli, że coś jest nie tak z ich ukochaną córeczką. Dzień przed pójściem do szkoły, gdy mama zaprowadziła małego Mikołaja do przedszkola, tato Zosi postanowił z nią porozmawiać.

-Co się dzieje, córeczko- spytał, wchodząc do pokoju- masz jakieś kłopoty?

-Nie, tatusiu- odpowiedziała wymijająco Zosia- wszystko jest w porządku.

-Przecież widzę- powiedział tata- mnie nie oszukasz. Wytłumacz mi, o co chodzi, a na pewno ci pomogę.

-No dobrze. Nie wiem, czy sobie poradzę w nowej klasie i czy znajdę tam przyjaciół, a przede wszystkim martwi mnie jutrzejsze zapoznanie. Tam będzie tyle nowych dzieci, że chyba stamtąd ucieknę. Boję się, tatusiu!

-Ależ to naturalne, kochanie, przed tobą tyle wyzwań. Mieszkamy teraz tutaj, bo zmieniłem pracę i kiedy przedstawiono mnie nowym kolegom, czułem się podobnie. Przełknąłem jednak ślinę, spojrzałem w lustro i powiedziałem sobie: "dasz radę, stary". Nie było łatwo, lecz jakoś mi poszło i tobie też się uda, jestem tego pewien!

-Naprawdę się bałeś?

-Tak! Widzisz, każdy się czegoś boi. Kiedy byłem w twoim wieku, spałem przy włączonym świetle, gdyż panicznie bałem się ciemności. Twoja mama do dzisiaj nienawidzi myszy i pająków, ale niech to zostanie naszą słodką tajemnicą.

-I nie złościsz się na mnie, że nie jestem aż tak dzielna, jak mówiłeś?

-Jesteś bardzo dzielna, Zosiu! Tylko odważna osoba jest w stanie przyznać się do swoich lęków i obaw, pamiętaj o tym.

-A jeśli jutro ucieknę z klasy?

-Nic takiego się nie wydarzy. Zrobimy tak: pójdę z tobą rano do szkoły i będę czekał przed klasą. Jeżeli będziesz chciała, wejdę z tobą, ale wierzę, że wszystko dobrze się skończy. W weekend zaś zaprosimy twoich kolegów i urządzimy wielkie przyjęcie.

  Zosia rzuciła się tacie na szyję i mocno go objęła. Następnego dnia rano, uzbrojona w potężną oręż, jaką było wsparcie rodziców i wiara w jej możliwości, wyruszyła do szkoły razem z tatusiem. W podskokach pokonywała drogę i wyobrażała sobie moment, gdy przekroczy drzwi klasy i pozna nowych kolegów. Wiedziała, że cokolwiek się stanie, tata i tak będzie z niej dumny.  


P.S. Tekst powstał w ramach wyzwania Mądrych Rodziców, a wyzwanie można zaliczyć do udanych:
http://madrzy-rodzice.pl/2015/06/blogowe-wyzwanie-wyniki/


zdjęcie- internet

Edukacja na miarę czasów

by 08:31

   Stało się niemal tradycją, że za każdym razem, gdy jedziemy do IKEI, wracam stamtąd mocno zirytowana, żeby nie powiedzieć wściekła. Coś czuję, że moje "szlachetne" metody wychowawcze będę musiała włożyć głęboko do kieszeni, a w zamian zacznę uczyć Gai prawa dżungli, bo inaczej będzie z nią kiepsko. Całkiem niedawno wspominałam o tym, jak to musiałam użerać się z krewką mamuśką pewnego młodzieńca, która prędzej połknęłaby swojego peta, niż przyznała mi rację, a wczoraj ciśnienie podniosła mi babcia kilkuletniej dziewczynki, bawiącej się beztrosko w dziale zabawek. Ale po kolei (muszę trochę odsapnąć, gdyż nadal mnie nosi).

  Dział zabawek przeznaczony jest dla wszystkich dzieci, a nie tylko dla kapryśniej panienki i jej mającej klapki na oczach babci. Gaja bawiła się tam wyśmienicie do czasu, gdy zainteresował ją obrotowy fotel z zasłoną, na którym chciała usiąść. Nie pozwoliła jej jednak na to wspomniana dziewczynka, bo pojawiła się przy Kluseczce z prędkością błyskawicy i zwyczajnie ją odepchnęła, po czym sama usiadła na fotelu, a Gaja upadła. W tym momencie powinna była interweniować babcia i solidnie ochrzanić małą, lecz oczywiście tego nie zrobiła (a gdzieżby tam, cholera). Zamiast tego spoglądała zachwycona na dziewczynkę i ani jej do głowy nie przyszło, że wnuczka bardzo źle się zachowała. Koniec końców nie wytrzymałam ja, choć rzadko mi się zdarza stracić cierpliwość i powiedziałam kobiecie parę zdań do słuchu.

  No i zaczęły się schody, ponieważ babcia dziewczynki miała gdzieś to, że jej wnuczka przewróciła Gaję, co więcej, wydawała się być z tego powodu niesłychanie dumna. Takie czasy (rzekła), że silniejsze dzieci pokonują słabsze, zatem nie mam prawa się oburzać. Nie wiem już, jak mam dyskutować z ludźmi, skoro nic do nich nie dociera. To żaden sukces wygrać z dwuipółletnią dziewczynką, kiedy samemu ma się siedem lat i o wiele więcej siły. Spytałam kobietę jakby się czuła, gdyby jakiś krewki nastolatek przewrócił jej wnuczkę, ale dziwnym trafem nie raczyła mi odpowiedzieć. Po raz kolejny stwierdzam więc, że to nie dzieci są problemem, lecz ich rodzice lub opiekunowie. Wychowanie bez jakichkolwiek reguł rodzi zepsute owoce.

  Jestem dosyć wyluzowaną osobą, niemniej macierzyństwo traktuję zupełnie poważnie. Cieszę się widząc, że zasady, które wpajam Gai przynoszą wymierne efekty. Kluseczka jest ufna, pozdrawia każdego, mówi "dziękuję", "proszę", "do widzenia", ciągle się uśmiecha, a na inne dzieci reaguje wprost entuzjastycznie. Tymczasem wygląda na to, że dupa wołowa ze mnie, a nie matka, bo nie przekazuję jej tego, co jest obecnie najważniejsze. "Idź do przodu, nie patrz na nikogo, przepychaj się łokciami, gryź, kop, drap, pluj, popychaj, bij, nie zważaj na nic, obrażaj, wyśmiewaj, prowokuj"- to są "wartości", które według współczesnych rodziców należy dzieciakom wbijać od malutkości.
Wielokrotnie pisałam, że nie traktuję Gai jak świętej krowy, ale teraz sądzę, że to był duży błąd. Czas zacząć to robić, dla jej własnego dobra!

zdjęcie- internet
Obsługiwane przez usługę Blogger.