Edukacja na miarę czasów


   Stało się niemal tradycją, że za każdym razem, gdy jedziemy do IKEI, wracam stamtąd mocno zirytowana, żeby nie powiedzieć wściekła. Coś czuję, że moje "szlachetne" metody wychowawcze będę musiała włożyć głęboko do kieszeni, a w zamian zacznę uczyć Gai prawa dżungli, bo inaczej będzie z nią kiepsko. Całkiem niedawno wspominałam o tym, jak to musiałam użerać się z krewką mamuśką pewnego młodzieńca, która prędzej połknęłaby swojego peta, niż przyznała mi rację, a wczoraj ciśnienie podniosła mi babcia kilkuletniej dziewczynki, bawiącej się beztrosko w dziale zabawek. Ale po kolei (muszę trochę odsapnąć, gdyż nadal mnie nosi).

  Dział zabawek przeznaczony jest dla wszystkich dzieci, a nie tylko dla kapryśniej panienki i jej mającej klapki na oczach babci. Gaja bawiła się tam wyśmienicie do czasu, gdy zainteresował ją obrotowy fotel z zasłoną, na którym chciała usiąść. Nie pozwoliła jej jednak na to wspomniana dziewczynka, bo pojawiła się przy Kluseczce z prędkością błyskawicy i zwyczajnie ją odepchnęła, po czym sama usiadła na fotelu, a Gaja upadła. W tym momencie powinna była interweniować babcia i solidnie ochrzanić małą, lecz oczywiście tego nie zrobiła (a gdzieżby tam, cholera). Zamiast tego spoglądała zachwycona na dziewczynkę i ani jej do głowy nie przyszło, że wnuczka bardzo źle się zachowała. Koniec końców nie wytrzymałam ja, choć rzadko mi się zdarza stracić cierpliwość i powiedziałam kobiecie parę zdań do słuchu.

  No i zaczęły się schody, ponieważ babcia dziewczynki miała gdzieś to, że jej wnuczka przewróciła Gaję, co więcej, wydawała się być z tego powodu niesłychanie dumna. Takie czasy (rzekła), że silniejsze dzieci pokonują słabsze, zatem nie mam prawa się oburzać. Nie wiem już, jak mam dyskutować z ludźmi, skoro nic do nich nie dociera. To żaden sukces wygrać z dwuipółletnią dziewczynką, kiedy samemu ma się siedem lat i o wiele więcej siły. Spytałam kobietę jakby się czuła, gdyby jakiś krewki nastolatek przewrócił jej wnuczkę, ale dziwnym trafem nie raczyła mi odpowiedzieć. Po raz kolejny stwierdzam więc, że to nie dzieci są problemem, lecz ich rodzice lub opiekunowie. Wychowanie bez jakichkolwiek reguł rodzi zepsute owoce.

  Jestem dosyć wyluzowaną osobą, niemniej macierzyństwo traktuję zupełnie poważnie. Cieszę się widząc, że zasady, które wpajam Gai przynoszą wymierne efekty. Kluseczka jest ufna, pozdrawia każdego, mówi "dziękuję", "proszę", "do widzenia", ciągle się uśmiecha, a na inne dzieci reaguje wprost entuzjastycznie. Tymczasem wygląda na to, że dupa wołowa ze mnie, a nie matka, bo nie przekazuję jej tego, co jest obecnie najważniejsze. "Idź do przodu, nie patrz na nikogo, przepychaj się łokciami, gryź, kop, drap, pluj, popychaj, bij, nie zważaj na nic, obrażaj, wyśmiewaj, prowokuj"- to są "wartości", które według współczesnych rodziców należy dzieciakom wbijać od malutkości.
Wielokrotnie pisałam, że nie traktuję Gai jak świętej krowy, ale teraz sądzę, że to był duży błąd. Czas zacząć to robić, dla jej własnego dobra!

zdjęcie- internet
Obsługiwane przez usługę Blogger.