Wbrew sobie, wbrew wszystkim

  Miałam niecałe szesnaście lat, gdy to się zdarzyło i mój idealnie poukładany świat się zawalił. Z radosnej nastolatki stałam się kłębkiem nerwów i chodzącym nieszczęściem. Odechciało mi się śmiać, odechciało mi się bawić, odechciało mi się istnieć. Zostałam sama, chociaż nie byłam sama, bo kiełkowało we mnie nowe życie, które nienawidziłam z całej siły, gdyż obwiniałam je o wszystko. Gdyby nie ciąża, mój chłopak nadal byłby przy mnie, a tak odszedł, śmiejąc mi się w twarz i mówiąc, że nie da się wrobić w dziecko. Jak więc mogłam kochać kogoś, kto odebrał mi miłość? Byłam za młoda na macierzyństwo, zbyt naiwna na odpowiedzialność i nieprzygotowana na samotność, czyhającą na mnie z każdej strony...

  Dopiero po sześciu koszmarnych miesiącach odważyłam się powiedzieć mamie o moim stanie. Nie pytajcie mnie, jak przeżyłam te pół roku, ani jak ukrywałam ciążę przed rodzicami.W szkole dobrze sobie radziłam, choć niektóre osoby zauważyły, że jest ze mną coś nie tak, ponieważ już nie byłam duszą towarzystwa i zakochaną bez pamięci dziewczyną. Na szczęście koleżanki sądziły, że to złamane serce jest powodem mojego smutku i o nic nie pytały. Moja mama uważała podobnie, więc też dyskretnie milczała. Setki razy chciałam jej wyrzucić bolesną prawdę, ale nie potrafiłam tego zrobić. Brakowało mi słów i odwagi, lecz w końcu musiałam się przyznać, jako że psychicznie nie dawałam już rady. Wiedziałam, że reakcja mamy nie będzie entuzjastyczna, niemniej jednak postanowiłam zaryzykować. Z perspektywy czasu wiem, że była to najmądrzejsza decyzja, na jaką się wtedy zdobyłam. Jedyna mądra decyzja...

  Mama była na mnie wściekła, mimo że nie dawała tego po sobie poznać. Nie krzyczała, nie robiła mi scen, nawet nie zapytała o ojca dziecka, tylko spokojnie stwierdziła, że jak najszybciej trzeba się udać do lekarza, aby zobaczyć, czy maluch jest zdrowy. Było mi to najzupełniej obojętne, ale zgodziłam się na wizytę u ginekologa. Dla świętego spokoju oraz po to, żeby jeszcze bardziej nie rozczarować mamy. Jej pełen zawodu wzrok spowodował, że czułam się o wiele gorzej, niż zanim się przyznałam do niechcianej ciąży. Do tej pory byłam jej dumą i ukochaną córeczką, która nigdy nie przyniosła rodzicom wstydu. Zepsułam to szybko i boleśnie...

  Dziecko rozwijało się prawidłowo. Było zdrowe i silne, lecz mnie to nie ruszało. Nie obchodziło mnie nic, co dotyczyło malucha, a coraz częstsze kopnięcia w brzuch traktowałam niczym karę i daleko mi było do zachwytów, tak typowych dla kobiet w ciąży. Kiedy lekarz chciał ujawnić płeć małego, absolutnie się na to nie zgodziłam. Ciągle powtarzałam, że jest mi wszystko jedno i że nie mam ochoty bawić się w matkę. Wciąż bowiem nie pojmowałam, iż już nią jestem...

  Odliczałam dni do rozwiązania. Byłam pewna, że kiedy wreszcie urodzę, moje życie wróci do normy. Rozważałam oddanie dziecka do adopcji, a właściwie to już zdecydowałam się na ten krok, lecz kategorycznie zabroniła mi tego mama. Powiedziała, że prędzej to mnie wyrzuci z domu, niż przystanie na odebranie jej wnuka i po raz pierwszy, odkąd dowiedziała się o ciąży, opieprzyła mnie solidnie z góry na dół. Posłuchałam mamy, tak samo jak słuchałam jej wówczas, gdy kazała mi chodzić z podniesioną głową i nie przejmować się wścibskimi spojrzeniami. Dzięki mamie nie zawaliłam szkoły i nie czułam się wyklęta, ponieważ mi na to nie pozwoliła. Dla niej moja ciąża to nie był koniec świata, dla mnie niestety tak...

  Marysia urodziła się tydzień przed terminem. Poród odbył się bez żadnych komplikacji, a mała od początku okazywała swój charakterek. Była śliczna, ale ja nadal nie potrafiłam nazywać ją moją córeczką. Karmiłam ją, przewijałam i nie opuszczałam nawet na moment, lecz to jej babcia była dla niej prawdziwą matką. Ja przezwałam się opiekunką...

  Pewnego dnia w domu zjawił się nieproszony gość. Przyszedł do nas ten, który spłodził- tak go nazywałam, bo na miano ojca nie zasługiwał. Chciałam wyrzucić go z domu, ale mama przekonała mnie, że każdy zasługuje na drugą szansę, zwłaszcza tak młody chłopak. Zadziwiające jest to, jak ludzie potrafią rozgrzeszyć nastolatka ze względu na wiek, natomiast nad małoletnią matką rzadko kto się lituje. Gotowałam się w środku i buntowałam na samą myśl o tym, że tak zwany ojciec Marysi będzie do niej przychodził, lecz na to zezwoliłam. Od tamtej pory robił wszystko, żeby być dobrym ojcem i udawało mu się to. Nie umiałam mu jednak wybaczyć tego, że mnie zostawił. Stało się to dopiero po kilku latach...

  Marysia rosła jak na drożdżach, a moje uczucia względem niej powoli zaczęły się zmieniać. Często obserwowałam ją, gdy spała, sprawdzałam, czy aby na pewno oddycha i mogłam siedzieć przy niej godzinami, nie licząc upływającego czasu. Kiedy się jej przyglądałam, ogarniało mnie wzruszenie i ukradkiem ocierałam łzy, spływające ciurkiem po mojej twarzy. Zrozumiałam bowiem, że to, co się wydarzyło, nie było winą mojej malutkiej córeczki. Po kilku miesiącach od jej urodzin pojęłam, że jest moim największym skarbem i kocham ją ponad życie. Do teraz rumienię się na wspomnienie tych przeklętych chwil apatii i nieuzasadnionej złości. Powinnam była dojrzeć wcześniej...

  Dziś mam 28 lat i jestem dumną mamą rezolutnej nastolatki. Wczesne macierzyństwo odebrało mi trochę wolności i przyśpieszyło dorastanie, ale w niczym nie przeszkodziło. Skończyłam szkołę, zdałam maturę i poszłam na studia, a później znalazłam wymarzoną pracę. Udało mi się to dzięki pomocy rodziców, którzy stanęli na wysokości zadania i wspierali mnie ze wszystkich sił. Marysia jest oczkiem w głowie dziadków, a jej tata jest obecny w jej życiu i ani razu nie zawiódł córeczki. Nasze stosunki są więcej, niż poprawne, aczkolwiek miłość między nami już dawno wygasła. Łączy nas Maria i to dla niej zdecydowaliśmy się zostać przyjaciółmi. Bo nic nie jest ważniejsze od dobra naszego dziecka.


Opisana historia wydarzyła się naprawdę, ale to nie jest moja historia. Gaję- jak na razie moje jedyne dziecko- urodziłam w wieku 34 lat.



zdjęcie- vitadamamma.com
Obsługiwane przez usługę Blogger.