W domu, czyli gdzie

  Wróciliśmy... Powrót okazał się wyjątkowo trudny, bo jak cieszyć się z tego, że wraca się do miejsca, którego nie uważa się za swój skrawek na ziemi? Ostatnie tygodnie były intensywne i okraszone nieustającą radością, a dzisiaj przygniotła mnie włoska rzeczywistość. Co mnie tutaj czeka? Od dłuższego czasu moje życie w Genui jest przewidywalne aż do bólu i znam na pamięć rozkład każdego dnia. Już dawno powinniśmy się stąd wynieść, ale zawsze coś stoi na przeszkodzie i jeśli nie podejmiemy drastycznych kroków, niewątpliwie oszaleję. Jedynie Gaja trzyma mnie w ryzach, zresztą gdyby nie ona, uciekłabym, gdzie pieprz rośnie, a może nawet i dalej. Emigracja wysysa ze mnie szczęście, coraz bardziej mnie przytłacza i nigdy nie pogodzę się z tym, że obie nasze rodziny są tak daleko. Kocham i zarazem nienawidzę Italię...

  Status zwykłej kury domowej również nie pomaga uporać mi się z bolączkami, ponieważ pragnę w końcu wyjść z tych przeklętych garów. Chciałabym pracować i spełniać się zawodowo, lecz i na to nie mam (póki co) szans. Od września Gaja idzie do nowego przedszkola i teoretycznie mogłabym iść do pracy, tylko problem w tym, że raczej nikt mnie nie zatrudni. Nie mam bogatego CV, a na rozmowach kwalifikacyjnych zwykle się kompromitowałam i nie wyobrażam sobie przechodzenia podobnych męk w języku włoskim. Stanęłam więc w martwym punkcie i nie wiem, jak wyjść z tego egzystencjalnego impasu. Nie tak dawno byłam pochłonięta wyjazdem (który minął, jak z bicza strzelił), natomiast najbliższe miesiące nie zapowiadają nic nowego. I to mnie niesamowice wkurza, gdyż nie tak zaplanowałam sobie włoskie dolce vita...

  Wizyta w Polsce po dwóch latach nieobecności wpłynęła na mnie zdecydowanie pozytywnie, choć odniosłam wrażenie, odwiedzając rodzinny dom, że nic się tam nie zmieniło i nie mogło minąć aż tyle czasu, odkąd mnie tam nie było. A jednak! Nie zdążyłam praktycznie nic zrobić, ani odwiedzić nielicznych znajomych, bo priorytetem byli dla mnie najbliżsi. Gaja przystosowała się do otoczenia w okamgnieniu i chętnie bawiła się z kuzynami. Myster Pi po raz kolejny zauważył (jak zawsze, będąc w Polsce), że moglibyśmy zapuścić tu korzenie i zacząć poszukiwania, ale znowu skończyło się na pustych rozważaniach. Gdy zatem pojawiliśmy się w naszej samotni, miałam ochotę wyć z żalu. Od ponad roku bierzemy sprawę w nasze ręce i od ponad roku nie zrobiliśmy nic, aby zakończyć przygodę ze (skądinąd niezwykłą) stolicą Ligurii. Tak, wiem, jestem niewdzięczna, bowiem mieszkam w raju, mam morze na wyciągnięcie ręki i mogę się obżerać włoską pizzą i innymi rarytasami. Przy takich atrakcjach tęsknota to pikuś...

  Na razie chroni mnie pancerz marzeń, lecz tu i ówdzie się dziurawi, osiada kurzem i blaknie. Kiedy go zabraknie, zgasi się we mnie nadzieja na poprawę losu. Mam piękną córeczkę, kochającego męża i jestem szczęśliwa, ale się nie rozwijam. Nie robię nic dla siebie, nie idę do przodu i nie umiem sobie poradzić z pustką, która mnie otacza. Cierpię na brak ambicji, nie mogę odnaleźć sensu czegokolwiek i tkwię ciągle w tym samym miejscu. Znowu odliczam dni do następnej podróży i pocieszam się tym, że kiedyś wrócę do kraju. A tymczasem trwam...






Obsługiwane przez usługę Blogger.