Dlaczego Gaja nie została złapana w sieć?

by 09:01
  W listopadzie Gaja skończy trzy lata. Rozwija się prawidłowo, jest energiczną, sympatyczną i śliczną dziewczynką, a ja najchętniej pokazałabym ją całemu światu. Nie zrobię tego jednak, ponieważ wraz z mężem postanowiliśmy nie upubliczniać zdjęć Gai ani na fejsie, ani gdziekolwiek indziej (wyjątkiem jest tych parę fotek na blogu, na których nie widać jej twarzy). Powodów tej decyzji jest kilka:

1. Przede wszystkim szanuję prywatność córki. Nie wiem, czy byłaby zadowolona z tego, że wrzucam jej zdjęcia do sieci. Jako matka mam prawo o tym decydować, ale wolałabym, żeby Gaja wyraziła na to zgodę. Naturalnie teraz nie da rady mi odpowiedzieć, więc poczekam jeszcze dobry kawał czasu, zanim zrozumie, co w necie piszczy.

2. Zdjęcia, które publikujemy, łatwo można ukraść. Nie jestem w stanie kontrolować internetu, więc nie mam pojęcia, czy buzia mojego dziecka nie zostanie wykorzystana do niecnych celów. Przyswojenie sobie czyjegoś zdjęcia jest przestępstwem, lecz złodziejów internetowych to jakoś nie rusza, bo kradną fotki na potęgę.

3. Nie chcę, by Gaja już od najmłodszych lat stała się obiektem krytyki i polewką dla hejterów. Internetowi trolle nie odpuszczają nawet dzieciom i są w stanie wytknąć najmniej widoczną wadę, aby tylko dokopać rodzicom. Kluseczka jest dla mnie najpiękniejsza na świecie i nie pozwolę zniszczyć jej samooceny frustratom, którzy lubią się wyżywać na najsłabszych.

4. Pedofilów w sieci jest co niemiara i nie mam najmniejszej ochoty podawać im ofiarę na tacy. To fundamentalny argument przeciw temu, by Gaja pozostała anonimowa i nie była "inspiracją" dla żadnego parszywego zboczeńca. Jestem świadoma tego, że i na placu zabaw może pojawić się amator małych dzieci, ale potrafię przypilnować Gaję i ustrzec ją przed złem. Wirtualna rzeczywistość nie daje mi natomiast takiej mocy.

5. Mimo że blog pisany jest z myślą o Gai i należy do kategorii "rodzicielskich", to staram się dawkować informacje o życiu córeczki. Wynika to z faktu, że blog stał się bardziej uniwersalny i nie ogranicza się jedynie do perypetii związanych z byciem matką. Z tego też powodu sądzę, że zdjęcia Gai na blogu są po prostu zbędne.

  Wpis ten nie powstał dlatego, by krytykować matki, które pokazują w internecie zdjęcia swoich pociech. Każdy robi to, co uważa za stosowne i nikogo nie osądzam. W zdjęciach dzieci zresztą nie ma nic złego, to zachowanie niektórych jednostek jest skrajnie niebezpiecznie. A jako że przezorna ze mnie osoba, wolę dmuchać na zimne i chronić przed internetowym życiem moją małą Gaję. Zdaję sobie sprawę z tego, że w przyszłości portale społecznościowe staną się dla niej chlebem powszednim i nie zabronię jej korzystania z netu. W granicach rozsądku rzecz jasna, bo umiar jest dobry we wszystkim.



zdjęcie- www.laleggepertutti.it

Po ci mi ten cały fanpejdż?

by 15:20
  Wszyscy blogerzy mają fanpejdż, muszę mieć i ja, postanowiłam sobie któregoś pięknego dnia. Wszak blog bez fanpejdża to wstyd i w ogóle zacofanie, jak mogłam o tym nie wiedzieć? Po roku blogowania, bijąc się z myślami (na co, po co i po kiego) zrobiłam to jednak i mój osobisty fanpejdż zadebiutował w wirtualnym świecie. Czy było warto?

 O fanpejdż trzeba dbać, niczym o wypielęgnowaną pupcię niemowlęcia, inaczej przepadnie pośród trylionów podobnych stron. Należy go promować, jak margarynę Rama i solidnie płacić za reklamę, albo zasięgi spadną do kilku procentów. Wypada także żebrać (o zgrozo) o lajki i zachęcać licznych znajomych do polubienia naszego skromnego fanpejdża (im bardziej będziemy natrętni, tym większe prawdopodobieństwo, że kumple dają lajka, abyśmy się w końcu od nich odczepili). Można też spamować u popularnych blogerów z nadzieją, że zauważą nasze poczynania i łaskawie nas polubią (płonna to wprawdzie nadzieja, ale warto ją mieć). A kiedy już się naprodukujemy z promocją, powinniśmy zrobić coś z treścią, czyli wrzucać na fanpejdż efektywne (bądź nie) wpisy. Mało kogo przecież obchodzi to, co pojawia się na blogu. Fp jest o wiele ważniejszy!

  W pewnym momencie dałam się nabrać na magię fanpejdża i wydawało mi się, że wraz z nim moje blogowanie osiągnie prawdziwy wymiar. Nic bardziej mylnego, bo odkąd założyłam ten cholerny fp, odczuwam natrętną presję, żeby publikować na nim posty, zdjęcia lub cokolwiek. Wcześniej tylko pisałam bloga, a teraz muszę się wysilać, by ktoś po drugiej stronie dał mi upragnionego lajka. I to zaczyna mnie irytować, ponieważ przez ponad rok żyłam bez polubień i blog jakoś się rozkręcał, a ja byłam zadowolona. Dzisiaj natomiast czasem się wkurzam, gdyż lajki, zupełnie jak euro, jakoś do mnie nie ciągną. Dobrze rozumiem, że żaden blog nie jest wyznacznikiem wartości bloga, lecz znikoma ich ilość powoduje moją (od niechcenia) irytację. Z tego właśnie powodu chciałabym wrócić do korzeni, zlikwidować fejsa i blogować bez obciążeń. Powstrzymuje mnie na razie pewność, z jaką znawcy tematu trąbią o jednym: bez fanpejdża przepadniesz. Serio?

  Do niedawna to fanpejdż był dodatkiem do bloga, dziś zaś blog stał się dodatkiem do fanpejdża. Zabiegając o ilość lajków zapominamy o tym, co jest rzeczą najistotniejszą w blogowaniu, a mianowicie treść. Tworzymy kręgi "kilkutysięczniaków" i z politowaniem patrzymy na te smutne fanpejdże, co to nie mogą nawet dojść do pierwszej setki. Spoglądamy na innych blogerów przez pryzmat lajków i szeregujemy ich do grona przeciętniaków. Kreujemy wyimaginowany świat nie tylko zresztą na fejsie, lecz na wszystkich możliwych portalach. Bo to przyszłość, wykrzykują eksperci, sukces bez mediów społecznościowych jest nieosiągalny, a jeśli chcesz być poważnym blogerem, nie masz wyjścia, musisz być wszędzie. Ja ograniczyłam się jedynie do posiadania fanpejdża, ale przestało mnie to kręcić. 

  Po co w takim razie nadal się nad tym zastanawiam, zamiast skasować fp i mieć go z głowy? Bo jako osoba w gorącej wodzie kąpana, paradoksalnie nigdy nie idę na żywioł. Być może fanpejdż będzie sobie tu wisiał, być może skasuję go jutro. Blogować nie przestanę, lecz nie zamierzam być uzależniona od społecznościówek. Nie na fejsie odbywa się życie i nie w necie siedzi moje dziecko. Poza tym znam blogi, które funkcjonują bez fanpejdży i znakomicie sobie radzą. Zresztą, uwielbiam być w opozycji, zwłaszcza do mody wszelakiej:).

  A jakie jest Wasze zdanie na temat posiadania kont na Facebook'u, Instagramie, Snapie, czy gdziekolwiek? Chętnie je poznam.


zdjęcie- www.villasirina.it
P.S. Słowo fanpage zostało spolszczone z premedytacją.

Poranny blogowskaz Poli Szynel

by 16:15
  A to cwana bestia- pomyślała Pola Szynel, czytając nowy wpis na blogu Boskiej Matki, która po raz kolejny wezwała ją do bezpośredniej konfrontacji. Pola nie rozumiała, o co jej może chodzić, bo już dawno odniosła się do niefortunnej wypowiedzi z ByeBloggers, a nawet przeprosiła wszystkie wrażliwe mamy, co jak na nią było wielkim wyczynem. Nie miała jednak najmniejszej ochoty uczestniczyć w debacie na temat matek blogerek i nie zamierzała się pojawiać w telewizji. Dobrze wiedziała, że Boska Matka pożre ją żywcem, zresztą zaproszenie do dyskusji przyjęły inne popularne blogerki z paręstringów, ostrzące sobie zęby na Polę- Matka Wojująca Aktywistka, Matka Poniekąd Furiatka, Matka Przegina, Matka Kierowniczka, Matka Wyrodna i najgorsza z nich wszystkich- Matka Joanna od Bachorów. O nie, nie dam im tej satysfakcji- buntowała się Pola- rozerwą mnie na strzępy tymi swoimi nieżyciowymi argumentami. Z jedną z nich czy dwiema dałabym sobie radę, lecz gwardii wkurzonych mamusiek nie pokonam. Dodatkowo ma tam być znana psycholożka Dorota Zawadiacka, która na pewno mnie wyśmieje, a na to nie mogę sobie pozwolić. Nie idę i koniec.

  Tak też się stało. Z żalem, gdyż debata na oczach milionów widzów mogła być dla niej prawdziwą promocją, Pola zrezygnowała z uczestnictwa w programie, o czym poinformowała opinię publiczną na swoim blogu. Nie dam rady, moje kochane, jako że tego samego dnia dostałam zaproszenie do Trupałenu i nietaktem z mojej strony byłoby pójście do konkurencji- przekonywała swoje fanki. Trochę się zagalopowała, ponieważ nigdzie się nie wybierała i nie przypuszczała, że ktoś to podłapie i zrobi z tego sensację. Kiedy jej wielbicielki przeczytały wpis, rozpowszechniły go z szybkością błyskawicy i w krótkim czasie wszyscy dowiedzieli się, że autorka Majstajla będzie w Trupałenie. I co ja teraz zrobię- denerwowała się Pola, która nie miała chodów w telewizji, więc nie mogła się tam tak po prostu wkręcić- sama się wkopałam w telewizyjne bagno, zatem sama muszę się z tego wyplątać. Zrobią ze mną wywiad, jakem Pola Szynel!

  Nie namyślając się długo, napisała maila do redakcji Trupałenu, dołączyła do niego potrzebne linki i zareklamowała się tak ładnie, że i największy spec od autopromocji nie miałby nic do gadania. Po kilkunastu minutach napiętego oczekiwania dostała upragnioną odpowiedź od producenta, który bardzo chętnie zgodził się na rozmowę z tak znamienitą blogerką. Chciał co prawda umówić się na inny termin, ale Pola, mająca niebywałą siłę perswazji, zdołała go przekonać, że jej propozycja spotkania jest idealna, bowiem pokrywa się z debatą u konkurencji. Zasugerowała też temat rozmowy- Blogowanie okiem wybitnej influencerki lajfstajlowej, po czym pojechała na szoping, by godnie się zaprezentować na wizji. 

  Następnego dnia rano udała się do telewizji i z ważną miną przekroczyła jej próg. Ochroniarz stojący przed gmachem budynku chciał ją zatrzymać, lecz Pola poruszała się jak wielka gwiazda (którą w istocie się czuła). Zbliżywszy się, prawie krzyknęła: "Proszę mnie przepuścić, bo poniesiesz kontrowersje" i pomachała ochroniarzowi przed nosem jakimś papierkiem. Była to zwyczajna wizytówka Majstajla, lecz przedstawiciel ochrony o tym nie wiedział, więc wpuścił Polę, kłaniając się jej w pas, gdyż wolał nie zadzierać z tak wpływową damulką.

  W studio Pola od razu poczuła się jak w domu. Producent przedstawił jej prowadzących i wyjaśnił, jak będzie przebiegać rozmowa, niemniej Pola opracowała sobie własny plan. Nie dam się im przegadać- szydziła- skoro już tu jestem, to wykorzystam moje pięć minut i przeciągnę je do dwudziestu. 

  Pola nie była ani wykształcona, ani specjalnie inteligentna, nie brakowało jej natomiast sprytu i pewności siebie przekraczającej wszelkie granice. Weszła w świat blogerów z tupetem, albowiem szybko pojęła, że dla szarych myszek nie ma tam miejsca. Traktowała wyniośle każdego- od zwykłego zjadacza chleba po wielkie szychy, ponieważ takie zachowanie zjednowało jej szacunek otoczenia. Brak kompleksów spowodował, że i na dziennikarzy Trupałen patrzyła niejako z politowaniem, a ironii na jej twarzy nie dało się ukryć. Krótko mówiąc, postanowiła im pokazać, że nie jest byle kim.

-Dzień dobry państwu- powitał widzów prowadzący, Marcin Prototyp- wraz z Magdą Matołek będziemy się dziś zajmować tematem, który jest na czasie, a mianowicie blogowaniem. Naszym gościem jest pani Pola Szynel, znana w siecie pod własnym nazwiskiem. Pani Polu, proszę...

-Przede wszystkim chciałam powiedzieć, panie redaktorze- przerwała rozgniewana Pola- że piszę blog pod moim nazwiskiem, jak szanowny redaktor raczył zauważyć, ale nie podał pan jego nazwy, a to jest wysoce nieprofesjonalne! Majstajla, drodzy widzowie, szukajcie mnie jako Majstajla!

-Dojdziemy i do tego- wtrąciła Magda Matołek, znana z chłodnego podejścia do gości. Tym razem jednak trafiła kosa na kamień, gdyż Pola nie dała się wytrącić z równowagi i nie pozwoliła redaktor Matołek dokończyć zdania. Gadała i gadała, opowiadając o blogowaniu, zarabianiu i karierze, a za przykład kobiety sukcesu podała oczywiście siebie. Para prowadzących nie miała innego wyjścia, jak słuchać jej paplaniny, a producent programu przecierał oczy ze zdumienia. To niemożliwe- myślał- pierwszy raz spotykam się z czymś podobnym, trzeba będzie zatrzymać tę małą, to istne telewizyjne zwierzę!

-I jak, Zdzichu- Pola zwróciła się do niego po wygłoszeniu swojego monologu- dałam radę, co? Ale tych redaktorów to masz daremnych, zero profesji, rozczarowałam się. 

  Producent Zdzisław Szczypior nie odpowiedział, jako że wpadł mu do głowy pewien pomysł. Czemu by nie spróbować- rozważał- potrzebna nam nowa krew, a ta Szynel nadaje się do tej roli idealnie.

-Pani Polu- powiedział- mam dla pani ofertę nie do odrzucenia. Może pójdziemy na kawę i omówimy szczegóły?

  Podczas rozmowy producent Szczypior nie szczędził Poli komplementów i zaproponował jej, aby w "Poranku z Trupałen" zajmowała się codziennym przeglądem prasy. Pola zgodziła się bez wahania, lecz nie byłaby sobą, gdyby nie postawiła producentowi warunków:

-Przeglądem prasy parać się nie będę, bo nie czytam gazet i nic mnie nie obchodzi, o kim piszą. Tym niech się zajmie jakiś dziennikarzyna, a ja wolałabym poprowadzić kącik o blogowaniu. Jestem przekonana, że stanie się kultowy!

  Producent przystał na żądania Poli. Niedługo po ich rozmowie w "Poranku z Trupałen" zadebiutował nowy cykl- Poranny blogowskaz Poli Szynel i czołowa blogerka kraju została (jak sama siebie nazywała) miłą panią z telewizji. Celem programu była promocja ciekawych blogów, lecz cwana Pola promowała przede wszystkim Majstajla, a inne blogi gdzieś przy okazji. Może o tym świadczyć pierwszy odcinek blogowskazu:

  Moi kochani Szynoholicy, witam was w moim nowym programie. Od dzisiaj będę robiła dla was przegląd blogosfery i będzie on tak interesujący, że szelki opadną wam z wrażenia. Jak wiecie, Boska Matka zarzuciła na mnie sidła i od ukończenia ByeBloggers rozpuszcza o mnie plotki. Jej tekst "Dietetyczne Ozory jedzą same matoły, czyli blogosfera pod rządami ciemnej masy Szynel" to stek głupot i kłamstw na mój temat. Boska Matka wmówiła wszystkim, że zaatakowałam paręstringi, co jest piratalną bzdurą. Cóż mogę poradzić na to, że nic nie zrozumiała z moich słów i źle je zinterpretowała? Narobiła niepotrzebnego zamieszania, nastawiła do mnie wrogo połowę blogosfery i z tego powodu Rozmarynek umieścił mnie na swojej słynnej liście Najbardziej Obciachowych Blogerów minionego roku, a pewien portal uznał mnie za nieprzyjaciółkę matek! Dziwne to, ponieważ mam zamiar polecać wam przede wszystkim blogi z paręstringów, gdyż w kochanych mamusiach jest wielki potencjał! 

  Cztery blogi, o których teraz wam opowiem, są mi naprawdę bliskie, aczkolwiek niemiłosiernie przez nie cierpiałam. Spiskowały bowiem z Boską Matką, choć tak wiele mi zawdzięczają. Niejeden raz ciepło się o nich wypowiadałam, a nawet posłałam im zapas ozorów firmy Wątróbka, a dziewczyny nie doceniły moich starań i nagadały wszem wobec, że ozorki zrujnowały ich zdrowie (trzeba było się nie objadać). Ja jednak nie jestem pamiętliwa i z czystym sumieniem chciałabym polecić wam autorki blogów Bób and Brandy, Babskie Pianie, Matka na Orbicie i Antyradykalistka. Zaglądajcie do nich, bo to wielkie nadzieje blogosfery i przyszłość paręstringów. I nie obawiajcie się- nie znajdziecie tam tekstów szkalujących moją osobę, ponieważ szanowne blogerki są na tyle szlachetne, że na pewno usuną niewygodne dla mnie wpisy. Dajcie im szansę!

  Paręstringi to nie tylko Boska Matka i oderwany od rzeczywistości mejstrim! To także, a może przede wszystkim, blogi szczere i nie nastawione na zarabianie i współprace. Wymienię tutaj autorki, które depczą po piętach sławom i za niedługo będzie o nich głośno- Cyberniaki, Fikuśna Etażerka, Nie te Pszczółki, Kaczka z Elementarza i Gnuśne Bąble to blogi rozwojowe, gdzie każdy z was znajdzie coś dla siebie. Wiem, że ich nazwy są trochę nie ten teges, ale nie zniechęcajcie się, drodzy czytelnicy. I pamiętajcie- w paręstringach jest moc i chyba nikt ponownie nie zarzuci mi, że Pola Szynel drwi z blogów rodzicielskich, zwłaszcza Boska Matka. Dziękuję za uwagę!
 
  Boska Matka po wysłuchaniu programu Poli była zmuszona skapitulować. Jej ataki na Majstajla nie miały już racji bytu, skoro Pola zajęła się promowaniem blogujących mam. I o to właśnie chodziło Poli, gdy tak zachęcająco reklamowała paręstringi. Przywrócono ją do łask i zwrócono honor, a atakujące ją blogerki zaprzestały się mścić. Teraz miały inny cel- marzyły o tym, żeby Pola i je wypromowała, ponieważ jej kącik w Trupałenie miał wysoką oglądalność. Ambitna Pola nie była tymczasem usatysfakcjonowana, pełniąc tak skromną rolę w telewizji i coraz częściej myślała o zmianie klimatu. Spoglądała na Magdę Matołek, za którą nie przepadała od pamiętnego wywiadu i zdecydowała się wygryźć ją ze stanowiska. Dziennikarką nie jestem- kombinowała spokojnie- ale zrobię wszystko, by prowadzić Poranek w Trupałen. Szczypior ma do mnie słabość, a ja zawsze zdobywam to, czego pragnę. Poza tym sława blogowa to dla mnie za mało i chcę być prawdziwą gwiazdą!
 
  Czy Poli uda się strącić ze stołka Magdę Matołek? O tym przekonacie się, ogladając Trupałen od poniedziałku do piątku w godzinach rannych :).



zdjęcie- tedxbarcelonawomen.com

Poprzednie odcinki znajdziecie, klikając etykietę Pola Szynel, a jakże.

Urzędniczka z piekła rodem

by 18:11
  Włoska biurokracja nie ma sobie równych, wiem o tym od dawna. Z tego właśnie powodu nie cierpię latać po urzędach i niczego załatwiać, bo za każdym razem, gdy to robię, dostaję palpitacji i rozrywa mnie od środka. Tak było i dzisiaj, kiedy udałam się do tutejszego oddziału NFZ, by wyrobić nową Kartę Zdrowia (poprzedniej niedawno upłynęła data ważności). Nic bardziej prostego, wydawałoby się. A jednak! Nie życzę nikomu takiej obsługi, jaką nam dzisiaj zgotowała urzędniczka przez duże "U". Do tej pory się trzęsę na myśl o tej babie. Ale po kolei.

  Wstałam skoro świt, żeby szybko pojawić się w NFZ i jeszcze szybciej stamtąd wyjść. Myster Pi oczywiście mi towarzyszył, ponieważ niektóre urzędnicze zwroty są dla mnie niezrozumiałe, zatem mąż u boku w takich sytuacjach dodaje mi pewności siebie. Gdy weszliśmy do oddziału, nie minęła nawet minuta i już przyszła nasza kolej. Rozsiedliśmy się wygodnie, powiedziałam o co chodzi, na co "miła" urzędniczka odpowiedziała mi, że nic nie może zrobić, bo takie rzeczy wydają w Urzędzie Skarbowym. Zgłupiałam, Myster Pi również, niemniej prędko ochłonął i zapytał panią, co ma wspólnego Karta Zdrowia ze skarbówką? Według urzędniczki bardzo dużo, gdyż jestem Polką i dlatego tam muszę rozwiązać problem. Pozbieraliśmy się i pojechaliśmy na drugi koniec miasta, gdzie odesłano nas z powrotem do NFZ. Facet, który nas przyjął, stwierdził bez ogródek, że pani z urzędu musi być wczorajsza, jeśli plecie takie farmazony od rana.

  Kiedy urzędniczka ponownie ujrzała nas w drzwiach, uśmiechnęła się szyderczo i mruknęła coś pod nosem, czym tak mnie rozsierdziła, że miałam ochotę jej nagadać. Opanowałam się z trudnością i zostawiłam "przyjemność" konwersacji pokojowo nastawionemu Mysterowi Pi. Babsko przejrzało moje dokumenty, lecz nic to nie dało, jako że brakowało najważniejszej rzeczy- zaświadczenia z Urzędu Pracy, niezbędnego do wystawienia mi Karty Zdrowia. Zdumiałam się po raz kolejny i zaczęłam się głośno zastanawiać, jak to możliwe, że z powodu jednej, głupiej karty musimy latać od Annasza do Kajfasza? Urzędniczka stwierdziła, że tylko wdraża przepisy, a te trzeba bezwzględnie respektować, poza tym musi znać powód, dla którego ja, obywatelka innego państwa, żyję w Italii. Myślałam, że jest to rzeczą oczywistą dla wszystkich- mam męża Włocha, wychowujemy córeczkę i chyba nie potrzebuję się z tego nikomu tłumaczyć. Okazało się jednak, że tak, bo Myster Pi według urzędniczki nie jest wystarczającym motywem dla mojego pobytu na włoskiej ziemi. Poszliśmy więc do Urzędu Pracy po zaświadczenie i wróciliśmy z nim po godzinie, ku zadowoleniu jadowitej baby.

  Gdy zobaczyła dokument, wydawała się wreszcie usatysfakcjonowana, toteż wklepała dane do komputera i oświadczyła, że Kartę Zdrowia owszem, mi wyrobi, ale tylko na sześć miesięcy, więc za pół roku będę musiała starać się o następną. Na szczęście do pokoju weszła inna urzędniczka, która widząc moją zdesperowaną minę, spytała o co chodzi. Oświadczyłam, że biegamy od jednego końca miasta do drugiego, ponieważ jej koleżanka życzy sobie różnych zaświadczeń i papierków, a chcemy jedynie odnowić starą kartę. Pani wyjaśniła mi, iż jeśli posiadam Kartę Stałego Pobytu, nie muszę nic więcej przynosić, bo na jej podstawie wydawane są obcokrajowcom nie mającym obywatelstwa, inne dokumenty. Kartę Stałego Pobytu mam od samego początku i nawet zaprezentowałam ją niemiłej urzędniczce, lecz dla niej nie była miarodajna i poleciła ją schować. Moim zdaniem zrobiła to z premedytacją, gdyż bawiło ją to, że lataliśmy jak kopnięci po urzędach. Ten typ tak ma.

  Urzędniczka wyparła się tego, że przedstawiłam jej Kartę Stałego Pobytu, mimo że Myster Pi był naocznym świadkiem. Nigdy w życiu nie napisałam żadnej skargi, albowiem szanuję ludzi, którzy pracują, a wygląda na to, że chyba za niedługo nastąpi ten pierwszy raz. Kobieta świadomie wprowadziła mnie w błąd, chociaż dobrze wiedziała, że mam potrzebne papiery. Przez nią straciłam kilka cennych godzin, zaś Gaja w każdym z urzędów stawała się coraz bardziej marudna. Jestem ufna i mam wiarę w ludzi, ale nie pozwolę się traktować jak śmiecia, tylko dlatego, że zamieszkuję półwysep Apeniński. Nie wiem, jakie były pobudki tej baby i czy miały one cokolwiek wspólnego z rasizmem, lecz nic innego nie przychodzi mi do głowy. Jak można być tak złośliwym, powiedzcie mi? Nie zostawię tak tego, to wiem na pewno.


zdjęcie- www.vogliovivere.net
Obsługiwane przez usługę Blogger.