Po ci mi ten cały fanpejdż?

  Wszyscy blogerzy mają fanpejdż, muszę mieć i ja, postanowiłam sobie któregoś pięknego dnia. Wszak blog bez fanpejdża to wstyd i w ogóle zacofanie, jak mogłam o tym nie wiedzieć? Po roku blogowania, bijąc się z myślami (na co, po co i po kiego) zrobiłam to jednak i mój osobisty fanpejdż zadebiutował w wirtualnym świecie. Czy było warto?

 O fanpejdż trzeba dbać, niczym o wypielęgnowaną pupcię niemowlęcia, inaczej przepadnie pośród trylionów podobnych stron. Należy go promować, jak margarynę Rama i solidnie płacić za reklamę, albo zasięgi spadną do kilku procentów. Wypada także żebrać (o zgrozo) o lajki i zachęcać licznych znajomych do polubienia naszego skromnego fanpejdża (im bardziej będziemy natrętni, tym większe prawdopodobieństwo, że kumple dają lajka, abyśmy się w końcu od nich odczepili). Można też spamować u popularnych blogerów z nadzieją, że zauważą nasze poczynania i łaskawie nas polubią (płonna to wprawdzie nadzieja, ale warto ją mieć). A kiedy już się naprodukujemy z promocją, powinniśmy zrobić coś z treścią, czyli wrzucać na fanpejdż efektywne (bądź nie) wpisy. Mało kogo przecież obchodzi to, co pojawia się na blogu. Fp jest o wiele ważniejszy!

  W pewnym momencie dałam się nabrać na magię fanpejdża i wydawało mi się, że wraz z nim moje blogowanie osiągnie prawdziwy wymiar. Nic bardziej mylnego, bo odkąd założyłam ten cholerny fp, odczuwam natrętną presję, żeby publikować na nim posty, zdjęcia lub cokolwiek. Wcześniej tylko pisałam bloga, a teraz muszę się wysilać, by ktoś po drugiej stronie dał mi upragnionego lajka. I to zaczyna mnie irytować, ponieważ przez ponad rok żyłam bez polubień i blog jakoś się rozkręcał, a ja byłam zadowolona. Dzisiaj natomiast czasem się wkurzam, gdyż lajki, zupełnie jak euro, jakoś do mnie nie ciągną. Dobrze rozumiem, że żaden blog nie jest wyznacznikiem wartości bloga, lecz znikoma ich ilość powoduje moją (od niechcenia) irytację. Z tego właśnie powodu chciałabym wrócić do korzeni, zlikwidować fejsa i blogować bez obciążeń. Powstrzymuje mnie na razie pewność, z jaką znawcy tematu trąbią o jednym: bez fanpejdża przepadniesz. Serio?

  Do niedawna to fanpejdż był dodatkiem do bloga, dziś zaś blog stał się dodatkiem do fanpejdża. Zabiegając o ilość lajków zapominamy o tym, co jest rzeczą najistotniejszą w blogowaniu, a mianowicie treść. Tworzymy kręgi "kilkutysięczniaków" i z politowaniem patrzymy na te smutne fanpejdże, co to nie mogą nawet dojść do pierwszej setki. Spoglądamy na innych blogerów przez pryzmat lajków i szeregujemy ich do grona przeciętniaków. Kreujemy wyimaginowany świat nie tylko zresztą na fejsie, lecz na wszystkich możliwych portalach. Bo to przyszłość, wykrzykują eksperci, sukces bez mediów społecznościowych jest nieosiągalny, a jeśli chcesz być poważnym blogerem, nie masz wyjścia, musisz być wszędzie. Ja ograniczyłam się jedynie do posiadania fanpejdża, ale przestało mnie to kręcić. 

  Po co w takim razie nadal się nad tym zastanawiam, zamiast skasować fp i mieć go z głowy? Bo jako osoba w gorącej wodzie kąpana, paradoksalnie nigdy nie idę na żywioł. Być może fanpejdż będzie sobie tu wisiał, być może skasuję go jutro. Blogować nie przestanę, lecz nie zamierzam być uzależniona od społecznościówek. Nie na fejsie odbywa się życie i nie w necie siedzi moje dziecko. Poza tym znam blogi, które funkcjonują bez fanpejdży i znakomicie sobie radzą. Zresztą, uwielbiam być w opozycji, zwłaszcza do mody wszelakiej:).

  A jakie jest Wasze zdanie na temat posiadania kont na Facebook'u, Instagramie, Snapie, czy gdziekolwiek? Chętnie je poznam.


zdjęcie- www.villasirina.it
P.S. Słowo fanpage zostało spolszczone z premedytacją.
Obsługiwane przez usługę Blogger.